Coraz więcej otyłych dzieci w Polsce

Ostatnio pisałyśmy dla was o postępującym problemie otyłości wśród dzieci i młodzieży w Polsce. Okazuje się, że znajdujemy się w czołówce Europy, jeśli chodzi o nadwagę i otyłość wśród najmłodszych. Na ten fakt wpłynęło wiele czynników. By dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego zjawiska, postanowiłam porozmawiać z panią Małgorzatą Leniewicz, która wraz z Centrum Medycznym w Karpaczu, od 11 lat prowadzi obozy odchudzające dla dzieci. Jak przyznaje, pomysł na obóz narodził się w 2009 roku, gdy do Centrum Medycznego zaczęło przyjeżdżać coraz więcej dzieci z nadwagą. Chodziło o to, by stworzyć bezpieczną przestrzeń połączoną z profesjonalną opieką medyczną. Do współpracy zaproszono dietetyczkę, rehabilitantów i wychowawców. Jak wyglądają zajęcia i z czym najczęściej zmagają się obozowicze? Być może wina za stan zdrowia dziecka leży po stronie rodziców?

Wiktoria Grochowska KOBIETA.PL: Co pani zdaniem wpłynęło na to, że Polska znalazła się w czołówce krajów europejskich, jeśli chodzi o rosnąca liczbę otyłych dzieci?

Małgorzata Leniewicz: My i nasze dzieci nagle dostaliśmy dostęp do śmieciowego jedzenia, do słodyczy. W PRL nie było takich rzeczy. Zachłysnęliśmy się tym. Popularne stały się fast foody. Chcieliśmy żyć, tak jak żyją ludzie na Zachodzie.

Czerpaliśmy z tego, bo było to coś nowego, nie patrzyliśmy na konsekwencje. Wydaje mi się też, że nie zwracało się na to uwagi w szkołach. Nie edukowano ani dzieci, ani rodziców. Brakowało wsparcia ze strony lekarzy pierwszego kontaktu. By dziecko mogło przyjechać na obóz, lekarz musi podpisać orzeczenie o stanie zdrowia. Często spotykamy się, z tym że lekarze nie chcą tego robić. Jest to niezbędne, ponieważ zdarzało się, że ktoś nie mógł aktywnie współuczestniczyć w zajęciach, ze względu na choroby współistniejące.

Moim zdaniem, jeśli dziecko przychodzi na badanie, na przykład z anginą lub na bilans lekarz powinien zwrócić na to uwagę. Zaniechano edukacji zdrowotnej. Winy upatruje przede wszystkim w służbie zdrowia, która nie reaguje, nie rozmawia z rodzicami.

To jak to się dzieje, że dziecko trafia do was na obóz odchudzający? Kto uczestniczy w tych „odchudzających terapiach”?

Często jest to własna inicjatywa lub inicjatywa rodzica. Bywa, że dziecko, które było szykanowane w szkole, szuka po prostu rozwiązania. Zdarza się, że jest to błędne koło. Dziecko zajada stres, przez co jeszcze bardziej tyje. Unika kontaktu z rówieśnikami, bo kończy się to wyzwiskami. Często najpierw trzeba rozwiązać problem w rodzinie. Rodzice się rozwodzą. Wprowadzane są nadmierne restrykcje. Niektóre dzieci pochodzą z rozbitych domów. Dziecko, chcąc zwrócić na siebie uwagę, ucieka w uzależnienie od jedzenia. Rodzic zajęty swoimi sprawami nie tego widzi.

Dzieci potrzebują akceptacji?

Tak, oczywiście! Mamy też warsztaty motywacji. Staramy się stworzyć dzieciom azyl. Dlatego też ograniczamy odwiedziny i telefony. Odcinamy się od tego, czy w domu jest fajnie, czy nie. Jesteśmy rodziną na te dwa tygodnie. Dzieci zaczynają opowiadać o pewnym rzeczach. Czasem okazuje się, że dziecko jest agresywne, lub ma orzeczenie, czy opinię psychologiczno-pedagogiczną o problemach z adaptacją lub z koncentracją. Zdarza się, że rodzice nie przedstawiają nam tych dokumentów. Jeśli mamy te wiedzę, jest nam łatwiej. Cudownie jest stworzyć taką enklawę, w której dzieci się otwierają.

W pewnym sensie wszystkie dzieciaki na obozie jadą na tym samym wózku. Czego nie można powiedzieć na przykład o szkole.

Tak! Dzieci nie boją się mówić o swoich przeżyciach. Kiedy organizujemy „Mam talent”, nagle okazuje się, że dziecko, które stało w kącie, jest gwiazdą! Raz powiedziałam dzieciom, że widzę, jak z brzydkich kaczątek wyrastają pod naszym okiem piękne łabędzie. Pamiętam, jak przyjeżdżały do nas zagubione, a dziś wspaniale się rozwijają, współpracują, motywują innych do pracy. Raz na obozie zimowym mieliśmy jedną dziewczynę. Zawsze była ubrana na czarno. Była bardzo zamknięta. Wszystko w niej mówiło „Nie podchodź do mnie”. Później przełamała się. Po rozmowie z osobami, które były wcześniej na obozie, zmieniła się o 180 stopni. W tym roku mama zapisała ją aż na dwa turnusy! To wielki sukces, że chce do nas wrócić. Baliśmy się, że do niej nie dotrzemy. Nawiązała też przyjaźń z jednym z chłopców na obozie i to bardzo pomogło jej się otworzyć. Dzieci świetnie dogadują się ze sobą, mają wiele wspólnych tematów.

Oczywiście, nie powinniśmy wyobrażać sobie, że całe zainteresowanie tych dzieci sprowadza się jedynie do jednego, wspólnego problemu.

Absolutnie! Nagle okazuje się, że osoby, które wydają się swoimi przeciwieństwami, zaczynają rozmawiać o anime, o muzyce, która mi – osobie z innego pokolenia - nie jest znana, o filmach, razem rysują. Znajdują tu przyjaciół. Dla mnie ważne jest bezpieczeństwo nie tylko fizyczne, ale tez psychiczne dziecka. Mamy wychowawców, którzy są wyczuleni na pewne rzeczy, rozmawiamy też z rodzicami. Jeśli widzimy, że coś jest nie tak, kontaktujemy się od razu. Czasami oni przyznają, że był jakiś problem, ale myśleli, że to już za nimi. Nie do końca. Dziecko czasami zakopuje swoje zmartwienia, tutaj udaje się je odkopać. Czasem wolą otworzyć się przed rówieśnikami lub specjalistą. Mamy wspaniałych wychowawców, którzy też kiedyś byli naszymi podopiecznymi. Powtarzają: „Pani dyrektor, ja wiem jak pomóc, bo miałam ten sam problem. Jestem przykładem na to, że można”.

Foto: Centrum Medyczne Karpacz

Dla tych dzieci to pewnie najlepsza motywacja. Mają żywy przykład tego, że da się zmienić swoje życie.

Tak. Mamy kilku wychowawców, którzy jako dzieci przyjeżdżali do nas kilka razy. Po maturze trafiali na AWF albo na psychologię, gdzie świetnie się odnajdywali. Teraz są dla nas wzorem do naśladowania.

Ich wybory życiowe dotyczące studiów faktycznie pokazują, że pozostali w kręgu zainteresowań jakie kształtuje obóz. Świadczy to też o tym, jak wiele im on dał.

Zdecydowanie. Jedna z naszych wychowawczyń, gdy jeszcze jako dziecko po raz pierwszy wróciła do domu z obozu, diametralnie zmieniła nawyki żywieniowe całej rodziny. Rodzice mówią, że do tej pory trzymają się diety, która służy im wszystkim. To dzięki córce, która tego od nich wymagała. Sama zaczęła robić zakupy i gotować. Pokazywała rodzicom, jakie produkty wybierać. Historie tych dzieci są niesamowite. Sama jestem w szoku. Nie wiedziałam, że możemy aż tak inspirować. Gdy wyjeżdżają, dostają od naszej pani dietetyk jadłospisy i wykaz przykładowych produktów, które warto wprowadzić do codziennej diety.

 Jak wyglądają takie jadłospisy?

To są jadłospisy na dwa tygodnie, które można dowolnie modyfikować. Dzieci zaczynają naukę na obozie. Odkrywają, że takie jedzenie może być smaczne i można się nim najadać. Pokazujemy, jak zamieniać pewne produkty. Zawsze tłumaczę to na przykładzie pomidorowej. Każdy uważa, że jego mama robi najlepszą, ale innym dzieciom nie będzie ona smakować. Lubimy smaki, które znamy z domów rodzinnych, na przykład kuchnię naszej babci, która wiadomo jak wygląda: kotlecik, zasmażka, zabielona zupa. Wszystko smażone w głębokim tłuszczu. To oczywiście jest smaczne, dlatego trzeba chcieć się przestawić.

To odsyła mnie do mojego pierwszego pytania, o to czemu problem otyłości jest w Polsce tak powszechny. Być może nie bez znaczenia jest też nasza rodzima tradycja kulinarna?

Tradycja odgrywa ogromną rolę. Smażone kotlety, ziemniaki polane masłem, to wszystko ma znaczenie. Czasem rodzice mówią, że choć gotują dla dzieci w domu, cała dieta przepada przy pierwszej wizycie u babci. Wiadomo, chce rozpieścić wnuka i gotuje wszystko tak, jak była tego nauczona od swojej mamy, czyli smaży w głębokim tłuszczu, zabiela zupy, polewa wszystko zasmażką. Zmiana musi dotyczyć nawyków żywieniowych całej rodziny. To nie kończy się po dwóch tygodniach. Ten proces trwa całe życie.

Myślę, że po tych dwóch tygodniach łatwo byłoby o efekt jo-jo, gdyby dzieci same nie chciały podtrzymać diety.

Tak, dlatego ważne jest wsparcie w rodzinie. Dzieci zjedzą to, co jest w lodówce, ale od rodziców zależy, czym ją wypełnią. Dajemy im narzędzia. Często dzieci odpuszczają w trakcie, czasem uda się zmienić nawyki na stałe. Pamiętam jednego chłopaka, który schudł u nas aż 10 kg, potem w domu schudł kolejne 10 kg. Gdy zaczęło się gimnazjum, wracał do domu o 15, a o 16 miał dodatkowe zajęcia. Nie miał czasu na aktywność fizyczną i regularne posiłki. Znów przytył. Bardzo wiele zależy od planu dnia dziecka i od tego, czy rodzice są w stanie przygotować mu odpowiednie produkty na cały dzień. Mówimy dzieciom, że jeśli coś się stanie, nie powinny się poddawać. Wszyscy jesteśmy ludźmi, błądzimy, ale wracamy. Chcemy, by dzieciaki jak najbardziej skorzystały z czasu na obozie. Być może to jedyna szansa, by zmienić coś w swoim życiu. Często dzieci podejmują decyzję o przyjeździe przy zmianie szkoły. Chcą inaczej wyglądać. To wielka motywacja, gdy dziewczyna wejdzie w spodnie, w które nie wchodziła od dwóch lat. Gdy chłopiec założy koszulkę i nic się na niej nie odciska. Dzieci widzą, że praca nie poszła na marne. Dla mnie najbardziej wzruszający jest moment, kiedy rodzice przyjeżdżają po dzieci. Są zachwyceni, gdy widzą efekty, ale chyba nie mają świadomości, jak ciężko one na to zapracowały.

Jakie są motywacje rodziców, którzy wysyłają dzieci na obóz. Jest to kwestia zdrowia czy estetyki? A może zdarza się, że przyjeżdżają dzieci, które nie mają problemów z wagą, a rodzic zadecydował o odchudzaniu?

Czasami tak się zdarza, że „rodzic idealny” próbuje na siłę uszczęśliwić dziecko. Są przypadki, że przyjeżdżają dzieci, które są w normie. Jednak one też na pewno skorzystają na zdrowej diecie i aktywności fizycznej. Powiedziałabym, że 60 proc. inicjatywy to rodzice i 40 proc. to dzieci. Chyba przeważają względy estetyczne, chociaż my kładziemy nacisk przede wszystkim na zdrowie. Dzieci to nie interesuje. Chcą tylko zgubić kilka kilogramów. Przyjechało kiedyś do nas dwóch braci z bardzo dużą nadwagą, którzy po tygodniu musieli wyjechać. Próbowali nam uciec, schowali się w lesie. Nie radzili sobie z dyscypliną na obozie. Rodzice wysłali ich jakby za karę. Okazało się, że były to dzieci rozwodzących się ludzi. Dodatkowo obaj chłopcy mieli orzeczenia z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Być może indywidualna praca by pomogła. Ja też rozumiem takie dziecko. Nawet jeśli rodzice obiecują nagrodę, za udział w obozie, co też się zdarza, to ona nie jest warta tego, co ono przeżywa tu i teraz. To była złożona sytuacja. Rodzice cisnęli, ale oni nie chcieli u nas być. Czasem też dziecko emocjonalnie nie znosi rozłąki z domem. Nic na siłę. Wtedy najważniejsze, żeby go nie zrazić, bo może to przynieść odwrotny efekt.

Czy nadprogramowe kilogramy są częściej kwestią fizyczną, czy dotyczą raczej psychiki lub wychowania?

Większość rodziców dzieci, które do nas przyjeżdżają, sami mają nadwagę. To są złe nawyki żywieniowe. Kiedy rodzic ma nadwagę i chce odchudzać dziecko na siłę, to już widzimy, że to w domu jest problem. Czasem rodzice są szczupli i nie wiedzą, czemu dziecko ma nadwagę. Proponujemy pakiet badań skomponowanych przez panią dietetyk. Dzięki nim możemy znaleźć ewentualne przyczyny nadprogramowych kilogramów. Mogą to być problemy z tarczycą lub wątrobą. Rodzice nie biorą pod uwagę chorób współistniejących. Widzą tylko, że dziecko tyje. Patrzymy na stan zdrowia całościowo. W badaniach może kryć się odpowiedź, co jest źródłem problemu. Czasem też różne rzeczy wychodzą w trakcie wywiadu. Może się okazać, że zbyt duże restrykcje nałożone na dziecko sprawiają, że zaczyna ono oszukiwać, podjadać po kryjomu.

Łatwo popaść ze skrajności w skrajność?

Tak, dlatego raczej nie mówimy o diecie. Mówimy o racjonalnym żywieniu. Nie rezygnujemy na przykład z deserów, dziecko może zjeść sorbet lub batonik musli. Chodzi o to, żeby dieta była zbilansowana. Uczymy też dzieci elastyczności. Rotowania posiłkami w ramach bilansu kalorycznego. Jeżeli zdarzy się odstępstwo, to świat się nie zawali. Ważne, by pokazać im gotowe rozwiązania, z których mogą czerpać. Mamy regułę, że w lodówce u nas na obozie są pokrojone warzywa, które dzieci mogą jeść do woli. One sięgają po to, co jest pod ręką. Na początku większość z nich nie przepada za warzywami, potem przekonują się i sami proszą, żeby dołożyć do lodówki, to co najbardziej im smakowało.

Foto: Centrum Medyczne Karpacz

Ile kosztuje taki obóz?

Obóz trwa dwa tygodnie. Na chwile obecną jest to koszt 1995 zł. Proszę jeszcze wziąć pod uwagę to, że mamy dodatkowo instruktorów zajęć sportowych, dietetyka, który prowadzi konsultacje, spotkania z rodzicami. Od niedawna mamy nawet własny basen. Jest też sala do zajęć sportowych. Dzieci mają przygotowane zbilansowane posiłki. Mniej więcej tyle kosztują kolonie, na których ten czas nie jest wykorzystany tak intensywnie.

Mówi pani, że dietetyk spotyka się z rodzicami. O czym rozmawiają?

Po przyjeździe mierzymy i ważymy dziecko. Dietetyk pyta o to, kto był inicjatorem wyjazdu. Jak wyglądają nawyki żywieniowe w domu. Pierwsza rozmowa jest zawsze z samym dzieckiem. Potem jest spotkanie grupowe dla rodziców. Rozmawiamy o błędach, które rodzice popełniają, na przykład nakładaniu na dzieci zbyt dużych restrykcji. Czasem mówią „Nie wiemy co robić, ustępujemy dziecku. Wolimy oddać sprawę w ręce fachowców”.

Jak pani zdaniem pandemia mogła wpłynąć na pani podopiecznych? Mam na myśli ograniczoną dawkę ruchu, dzieci nie brały udziału w lekcji WF. Wiele z nich pewnie zajadało stres. Czego się pani spodziewa po tegorocznym turnusie?

Tylko w poprzednim tygodniu wpłynęły do mnie 24 zgłoszenia. Myślę, że niedługo zamkniemy nabór. W tym roku turnusy będą mniejsze – trzydziestoosobowe. Rodzice pewnie zauważyli to, że kwarantanna wywołała problem. Dzieci na pewno zajadały stres związany ze zdalnym nauczaniem, większość czasu spędzały w domu. Myślę, że będziemy mieli dużo pracy. Problem mogą też stanowić kwestie psychologiczne. Po przyjeździe na obóz dzieci poczują, jakby urwały się z łańcucha. Zachłysną się wolnością. Możliwe, że trzeba będzie wprowadzić surowszą dyscyplinę.

Żyjemy w czasach body positive. Popularnością cieszą się gwiazdy XXL, które są dumne ze swojego ciała. Co pani myśli o tym zjawisku? Jakie wnioski wyciągają z niego dzieci?

Najważniejszy dla mnie jest aspekt zdrowotny. Nie powinniśmy popadać ze skrajności w skrajność. W pewnych sytuacjach, kiedy dziecko nie może schudnąć, na przykład przez problemy z hormonami lub w wypadku cukrzycy, wtedy chcemy, by pogodziło się ze swoją wagą, ale żeby zdrowe odżywianie szło w parze. Chcemy, żeby dzieci akceptowały siebie, ale przede wszystkim dążyły do tego, co zdrowe i co dla nich najlepsze. Nie chodzi też o to, by za bardzo się zafiksować. Zdarzało się, że rodzice przywozili dzieci, które miały dwa kilogramy nadwagi i koniecznie chcieli coś z tym zrobić. Zdrowie dzieci przede wszystkim.

Dzieci pewnie dużo bardziej jednak obchodzą kwestie estetyczne niż zdrowotne?

Oczywiście, dzieci nie mają świadomości, że przez nadwagę za chwilę będą zmierzyć się z chorobami czy nadciśnieniem. Kiedy dziecko jest małe, często nie zwraca się na to uwagi. W okresie dorastania waga zaczyna stanowić problem. Ani rodzic, ani dziecko nie myśli o aspektach zdrowotnych, tylko estetycznych. Mieliśmy dwóch braci, bardzo otyłych. Dietetyk mówiła im, że w tych warunkach mogą nie dożyć 40 roku życia. To była dla nich abstrakcja. Dopiero kiedy napotykają problem ze strony otoczenia, zaczynają o tym myśleć. Akceptacja wśród rówieśników to dla nich podstawa. Dziecko, gdziekolwiek nie pójdzie, jest wytykane palcami. To odbija się na dorosłym życiu. Nie akceptują się. Później może to prowadzić do depresji, bulimii, anoreksji.

Foto: Centrum Medyczne Karpacz

Kiedy dzieciom najtrudniej jest się zaakceptować?

Dziewczynki wstydzą się rozebrać na basenie. Nie chcą się pokazać. To powoduje ograniczenia w aktywności fizycznej „Źle wyglądam, nie pójdę na basen”, „Nie będę biegać, bo będą się śmiali”. To błędne koło. Na obozie szukamy dyscyplin, które będą dopasowane do możliwości tych dzieci. Gdy przyjeżdżają na obóz, porównują się ze sobą, mierzą się wzrokiem, Licytują się, kto ile schudł. Po ich wynikach często widać, kto przykłada się do zajęć. To staje się dla nich motywacją, żeby dać z siebie jak najwięcej. Jestem niezmiernie szczęśliwa, że mam możliwość pracy z takimi wspaniałymi dziećmi i ich rodzicami dlatego kocham to co robię.

Małgorzata Leniewicz – wychowawca, nauczyciel, pedagog, od 15 lat dyrektor Szkoły Podstawowej Specjalnej w Centrum Medycznym Karpacz SA. Od 12 lat Kierownik obozów odchudzajacych dla dzieci. Ukończone studia podyplomowe z zakresu psychodietetyki.