Olga Frycz to jedna z najbardziej znanych polskich aktorek młodego pokolenia. Publiczność pokochała ją za role w uznanych polskich produkcjach (m.in. "Wszystko, co kocham", "Płynące wieżowce", "80 milionów"), czy uwielbianych przez widzów serialach, na czele z "Domem nad Rozlewiskiem". Ale również za naturalność i dystans do siebie, z jakim prowadzi komunikację na Instagramie. Gdy dowiedziała się, że jest w ciąży, postanowiła założyć odrębny profil, poświęcony tematyce parentingowej - bo, jak sama przyznaje - nie każdy ma ochotę czytać o dziecięcych sprawach. Niedawno Olga Frycz została mamą - na świat przyszła jej córeczka, Helenka. Rozmawiamy z nią o macierzyństwie, internetowym hejcie na młode mamy i akceptacji siebie po urodzeniu dziecka. 

Pokazywać dziecko na Instagramie czy nie? Podobno są dwie szkoły.

Olga Frycz:  Nie pokażesz twarzy dziecka - źle. Pokażesz? Też niedobrze. Jestem zdania, że każdy powinien robić tak jak uważa za stosowne i nie należy popadać w jakieś skrajności. Dziecko jest nieodłączną częścią naszego życia i nas w ogóle, więc dlaczego mamy go nie pokazywać w normalnych, naturalnych sytuacjach? Jeśli to jest rodzinne zdjęcie, na którym mała jest uśmiechnięta, to nie widzę problemu, żeby pokazać jej twarz. Mam wrażenie, że robi się z tego zupełnie niepotrzebną „sprawę” i zaobserwowałam, że jest jakieś ogromne ciśnienie żeby zobaczyć twarz dziecka osób rozpoznawalnych. Zastanawiam się dlaczego na przykład zupełnie obcym mi osobom tak bardzo  zależy na tym żeby zobaczyć buzię mojej córeczki? I te nagłówki na plotkarskich portalach: „pani x pokazała dziecko”. Jestem przekonana, że duża część osób wstrzymuje się z upublicznianiem wizerunku swoich dzieci również dlatego, że komentarze w internecie potrafią być bardzo krzywdzące.

Tematyka parentingowa to temat, który wzbudza chyba najwięcej emocji w polskim Internecie. Siłą rzeczy skupia się wokół niego dużo hejtu. Jak sobie z nim radzisz?

Raczej radzę sobie z hejtem, ale może dlatego, że wbrew pozorom nie ma go aż tak dużo na moim profilu. W ogóle wydaje mi się, że trochę nadużywamy tego słowa i nie wszystkie krytyczne komentarze w internecie powinny być traktowane jak hejt. Zdarzają mi się czasami wiadomości od internetowych troglodytów, ale staram się na nie nie reagować. Jeśli ktoś zostawia pod moimi postami obraźliwe, hejterskie komentarze, to od razu je kasuję i takiego trolla blokuję. Czasami czytam co kobiety wypisują w internecie i nie wierzę, że matka matce może pisać takie straszne rzeczy w komentarzach.

Osławione „instamatki”. Pewnie nie brakuje ich również na twoim profilu?

Tak, ale często te „instamatki” wyrażają też po prostu swoje opinie i moim zdaniem mają do tego prawo. Dla mnie to nie jest hejt, tylko zwykła krytyka (choć przyznaję, że czasem bezsensowna) - i trzeba to odróżnić. Z drugiej strony nawet jeśli ktoś ma inne zdanie niż ja, to nie oznacza, że muszę wchodzić z nim w dyskusję. Wiem, że najczęściej spotkam się ze ścianą, bo ktoś jest przekonany o swojej racji. Ale zdarza się też, że ktoś zwróci uwagę na coś ważnego – i wtedy warto podyskutować.

Co wzbudza najwięcej emocji na Twoim profilu?

Szeroka dyskusja zawsze pojawia się przy okazji zdjęć z naszą suczką - Kluską. Kluska jest bulterierem i niestety wciąż panuje przekonanie, że to „pies morderca”. Jak pokazujemy Kluskę na jednym zdjęciu razem z córką to część osób reaguje tak, jakbyśmy chcieli rzucić ją na pożarcie. A przecież obecnie bulteriery to głównie psy rodzinne. Natomiast jak na zdjęciu jest nasz drugi pies - Kapsel, który wyglądem przypomina Kłapouchego to nikt się nie czepia. Chciałabym uświadamiać ludzi, że dziecko wychowywane z psami, czy w ogóle ze zwierzętami w domu to super sprawa i jestem zdania, że trzymanie dziecka w super sterylnych warunkach to nie jest najlepsze rozwiązanie.

A co z produktami dla dzieci? Pokazujesz u siebie różne kosmetyki, akcesoria dziecięce. Twoje wybory są inspiracją dla wielu młodych mam. Czym się kierujesz wybierając te marki?

Gdy założyłam profil parentingowy, rzeczywiście zgłosiło się do mnie sporo firm, które chciały ze mną współpracować. Na początku trochę mnie to przytłoczyło, ale nauczyłam się odmawiać tym markom, które nie do końca mi odpowiadały. Bo niestety, rynek parentingowy jest pod tym względem bardzo „brutalny”. Przykładowo, po narodzinach Heleny dostałam od moich koleżanek bardzo dużo praktycznych prezentów, między innymi mokre chusteczki. Niby ekologiczne, biodegradowalne i tak dalej, ale po wyciągnięciu śmierdziały silnie drażniącym detergentem. Jakby były czymś nasączane. Później rozmawiałam o tym ze znajomą z branży kosmetycznej i uświadomiła mi, że te chusteczki są sztucznie wybielane! Więc człowiek czyta etykietę, niby produkt jest hipoalergiczny i delikatny, czuje, że to bezpieczne dla dziecka – po czym okazuje się, że to nieprawda. Dlatego ucieszyłam się, gdy zgłosiła się do mnie Derma, która ma całą hipoalergiczną linię kosmetyków dla dzieci. Używam maści łagodzącej, która jest super alternatywą dla słynnego Sudocremu i krem, który można stosować na dzień i na noc. Wcześniej wypatrzyłam je u Mai Bohosiewicz i teraz sama z czystym sumieniem mogę je polecić młodym mamom.

Obawiałaś się czegoś w trakcie ciąży i przed porodem?

Przede wszystkim przed ciążą i w trakcie jej trwania zrobiłam bardzo dużo badań, bo chciałam mieć pewność, że jestem zdrowa i że urodzę zdrowe dziecko. To było dla mnie najważniejsze. Poza tym, byłam w ciąży super aktywna. Sprzątałam, ogarniałam, latałam z odkurzaczem, myłam okna i robiłam te wszystkie rzeczy, których teoretycznie kobieta w ciąży nie powinna robić. Czułam się bardzo dobrze i byłam pod czujnym okiem lekarza. Roznosiła mnie energia, a przygotowywanie domu na pojawianie się naszej córki sprawiało mi dużą radość.

A co z aktorstwem? Miałaś obawy, że będziesz musiała zrezygnować z niego na dłuższy czas?

Nie. W ogóle nie mam z tym problemu, bo pracuję właściwie od 5 roku życia. Na razie chcę poświęcić czas mojemu dziecku i cieszę się że mam taką możliwość.

A jednak daleko ci do tej przysłowiowej "matki Polki". Chciałabyś ją trochę odczarować?

Macierzyństwo sprawia mi wielką radość. To nie jest tak że pieluchy mnie przytłaczają, że codziennie rano wygrzebuję się z tego, że jestem jakoś potwornie umordowana. Oczywiście zdążają się gorsze momenty, kiedy jestem zmęczona, zła i nie daję sobie z niczym rady - ale pozwalam sobie również na takie chwile. Wtedy nie boję się poprosić o pomoc. Pomaga mi moja mama i moja przyjaciółka Zuzia. No i nie zapominajmy, że moja córka ma też wspaniałego tatę. Chcę być taką super aktywną mamą, ale nic na siłę. Słucham swojego organizmu i jeśli jest już naprawdę źle, to po prostu odpuszczam.

Ostatnio w środowisku instamam echem odbiła się afera wokół jednej z blogerek, Anny Skury, która wyjechała na kilka dni na Bali, żeby relacjonować partnerskie wydarzenie. Spadła na nią fala krytyki za to, że zostawiła kilkumiesięczne dziecko. Czy słusznie?

Mam wrażenie, że kobiety często mają taką misję poświęcenia się, że muszą być styrane, zmęczone, niewyspane. Myślę, że każdy powinien postępować zgodnie z własnym przekonaniem. Jeśli ta kobieta w ten sposób zarabia na życie, to dlaczego miałaby nie wyjechać? Przecież nie zostawiła swojego dziecka samego, tylko z ojcem - albo z babcią, przyjaciółką, opiekunką. Na pewno zadbała o to, żeby jej dziecku nie działa się żadna krzywda.

Żyjemy w czasach, w których  kobiety są pod ogromną presją, by dobrze wyglądać. Mamy przykład księżnej Kate, która kilka godzin po porodzie wygląda nienagannie, czy znanych trenerek – jak Ania Lewandowska - które miesiąc później demonstrują na Instagramie płaski brzuch. Jak sobie radzisz z tą presją?

Aktywność na Instagramie to poniekąd moja praca, chcę żeby zdjęcia były ładne, estetyczne i żebym wyglądała na nich po prostu dobrze, jednocześnie nie zakłamując rzeczywistości. Przeglądając  instagramowe zdjęcia innych dziewczyn mam świadomość, że prawdziwe życie nie zawsze wygląda tak dobrze jak w internecie. Ania Lewandowska zawsze miała wspaniałą figurę i sportem zajmuje się zawodowo od wielu lat. Nie ma w tym nic dziwnego, że po urodzeniu dziecka tak szybko wróciła do formy. Super, że mobilizuje inne dziewczyny do tego, żeby dbały o swoją kondycje, dietę i figurę i super ogląda się jej zdjęcia. Jeśli chodzi o księżną Kate która zawsze wyglądała bardzo pięknie, to trudno oczekiwać od niej żeby na pierwszym oficjalnym zdjęciu po porodzie zaprezentowała się w jakimś totalnie gorszym wydaniu. Ja w ciąży przytyłam 22 kilogramy. Biorąc pod uwagę, że norma przy mojej posturze wynosi około 14-16 kilogramów, moje 22 były dla mnie prawdziwą traumą. Teraz powolutku wracam do formy, ale daję sobie na wszystko czas. Dziewczynom, które obserwują mój profil na Instagramie chcę pokazać, że nie musimy się z niczym spieszyć, że nie musimy być od razu idealne, ale trzeba też pamiętać, że mięśnie same nie urosną, a pupa sama nie zmaleje. Jeśli chcemy wrócić do formy sprzed ciąży, czeka nas długa i ciężka praca. Natomiast nie widzę niczego złego w tym, że inne dziewczyny tak szybko wracają na siłownie. Niech każda robi tak jak sama czuje, że będzie dla niej najlepiej.

Z drugiej strony coraz więcej kobiet ma odwagę mówić o tym, że ciało kobiety zmienia się po urodzeniu dziecka. Niektóre z nich nie wstydzą się pokazywać na Instagramie zdjęć w poporodowych majtkach czy z dodatkowymi kilogramami. Co o tym sądzisz?

Zdjęcie w poporodowych majtkach  mam i ja. Poprosiłam mamę, żeby mnie sfotografowała. Na wieczną pamiątkę :) Moje ciało wygląda jak siedem nieszczęść ale na twarzy jestem szczęśliwa i mam zakochane oczy bo trzymam na rękach moją ukochaną córeczkę. Pewnie nigdy nie pokażę tego zdjęcia na moim Instagramie. Pomimo tego, że znalazłabym zrozumienie u dziewczyn, które mnie obserwują, to na bank jakiś portal plotkarski przedrukowałby je i mnie obśmiał. A tego na razie chciałabym sobie oszczędzić.

Dziękuję za rozmowę.