Olga Bończyk jest bardziej ostrożna, bo uczuciowość, empatia mogą czasem w życiu podciąć skrzydła, odebrać radość, chęć działania. – To, co jednych w ogóle nie dotyka i spływa po nich jak woda po kaczce, ja noszę niczym kangurzyca maleństwo w torbie. Tę moją cechę nie każdy jest w stanie zrozumieć – przyznaje.

Na najnowszej płycie Olga śpiewa piosenkę o rodzicach. Bardzo osobistą. Sama napisała tekst i muzykę. – Cała płyta będzie nieprawdopodobnie optymistyczna. O tym, że trzeba zamykać pewne sprawy i iść naprzód. Ja miałam z tym problem od dziecka.

Wrocław. Olga i jej brat Mirek mają niesłyszących rodziców. W takim domu emocje dziecka słyszącego są wymazane. Olga bardzo szybko pojmuje, że jej krzyk, płacz, okrzyki radości nie zdadzą się na nic. Bo nikt tego nie usłyszy. – Zazwyczaj dzieci wyrzucają emocje na zewnątrz i tak sobie z nimi radzą. Ja nie mogłam tego robić, tłumiłam je w sobie. Emocje zbierały się we mnie latami – wspomina aktorka. Przez całe dzieciństwo dostawała od świata informację, że ma nienormalną rodzinę. Nie rozumiała, dlaczego: widzi zadbany, ciepły dom, czułych rodziców. A że nie słyszą... – To potwornie bolało, ale zaciskałam zęby, emocje trzymałam w sobie. – Ten schemat jest w niej nadal.

Ludzie nigdy nie rozumieli, dlaczego nie potrafi mówić o pewnych rzeczach. – Nie rozczulam się nad sobą, bo nie umiem poradzić sobie z tym, co na zewnątrz. Czasem myślę, że nie nadaję się do tego świata, do zawodu. Kocham aktorstwo, ale w kształcie: scena, koncert, praca nad rolą w studiu. Gdy wychodzę z tego kokonu, za bardzo dotykają mnie opinie. Jestem nieodporna, „naga”. Jeśli coś mnie dręczy, coś zaboli, dotknie, emocje nabrzmiewają tak, że stają się nieznośne. Muszę mieć kilka dni, czasem tygodni, by to przetrawić. Wycofuję się wtedy, chowam „do nory” – przyznaje.

Ma za sobą dwa małżeństwa, kilka związków. Zdaje sobie sprawę, że przez nadwrażliwość bywa trudną partnerką, zwłaszcza gdy „włazi do nory”. – Tracę wtedy pogodę ducha, niby rozmawiam, ale myśli krążą wokół sytuacji, która mnie poruszyła. Mój partner musi to zrozumieć, a nie irytować się: „No nie! Jeszcze o tym myślisz?”.

Od niedawna jest w związku. Szczęśliwa, spełniona. Informacja o tym poszła w świat. – I przy okazji ktoś wylał na mojego partnera wiadro żółci, ale to JA przez trzy dni chodziłam do tyłu. W gardle ścisk i od razu chrypa. – Pół godziny temu Olga wyszła od laryngologa. Zajrzał do gardła: „Jesteś zdrowa. Chrypa to objaw stresu”. Olga potrafi wieczorem zdenerwować się, a rano nie móc powiedzieć słowa. – Bo nie umiem wykrzyczeć emocji. Intelektualnie potrafię sobie rozpracować sytuację: „Nie przejmuj się, to idioci”, ale emocji nie da się okiełznać. Od dziecka żyje ze stemplem na czole: opiekun. Jest „dzieckiem CODA”. To międzynarodowe oznaczenie dzieci słyszących, które wychowywały się w domach osób głuchych. – W takich rodzinach role się odwracają – opowiada. – Jako 10-latka musiałam zadbać, by mama i tata prawidłowo komunikowali się ze światem. Osoby głuche wyrażają swoje uczucia przez ciało, mimikę. Miałam wyostrzony zmysł odbierania tego, co moi rodzice czuli. Byłam uwrażliwiona na najmniejszy ich gest, skrzywienie kącików ust, drgnienie brwi, mimikę. To rozwinęło w niej wyjątkową empatyczność, taki szósty zmysł.

Całe życie jest czujna. Skupiona na drugim człowieku. Pomaga, choć czasem wychodzi na tym jak Zabłocki na mydle. – Nie zmienię tego – zapewnia. – To odruch, nie kalkulacja. Zawiodłam się na wielu ludziach. Dziś powinnam mieć skórę aligatora. Mimo to, poznając nowe osoby, daję im wielki kredyt zaufania. „Nigdy się nie zmienię. I nie chcę się zmienić”, powiedziała kiedyś przyjaciółce. – Świat staje się coraz bardziej brutalny, interesowny, chamski, ale to nie znaczy, że i ja przepoczwarzę się w tym kierunku. Jestem niereformowalna w rozdawaniu siebie.

Zobacz także:

Była akcja: aktorzy jeździli po Polsce i czytali w szpitalach bajki dzieciom. Zauważyłam, że im bliżej imprezy, tym więcej aktorów się wycofuje. „Pani Olgo, pani nie odmówi, prawda?”, pytali organizatorzy. Po pewnym czasie okazało się, że przejechałam pół Polski, bo co rusz zastępowałam kolegów. Myślałam sobie: „Aktorzy niesłowni, a chore dzieci czekają”.

Od kilku lat pracuje z terapeutką. – Potrzebuję tego, aby nie oszaleć. Uczę się rozdzielać sprawy na ważne i te mniej, aby nie dotykały mnie w równym stopniu. Wiem, że na wiele z nich nie mam wpływu, np. gdy coś o mnie napiszą. Nie da się strzepnąć pewnych rzeczy jak pyłku z ramienia. Czy to mi przeszkadza? Bardzo. Bo z chrypą koncertu nie zaśpiewam. – Trzy lata temu, po rozstaniu z ostatnim partnerem, straciła głos, operowano jej struny głosowe. – Mogłam nie wrócić do zawodu. Ale emocje są też elementem mojej wrażliwości na scenie. Dziś Olga jest „w norze”. Niedawno wróciła z festiwalu i okazało się, że jednemu z jej kotów-powsinogów złamano kręgi w ogonie. – Minął tydzień, a ja nie mogę przeboleć, że ktoś skrzywdził zwierzaka – mówi głosem, jakby miała zapalenie krtani.

– Kiedyś byłam nieśmiała i nie do końca wierzyłam w siebie – tłumaczy po chwili. – Od kilku lat jestem „poukładana”: wiem, kim jestem, dokąd zmierzam, co jest moim celem, gdzie moje miejsce. Zobaczyłam, że na wiele rzeczy mam wpływ – wtedy jestem dzielna, działam błyskawicznie. Ale przygniatają mnie sytuacje dziejące się poza mną: ktoś krzywdzi zwierzę, człowieka obsmaruje w gazecie. Wtedy zderzam się ze ścianą. Spadam na dno przepaści. To nie do zniesienia. Trzeba umieć korzystać ze swojej emocjonalności, ale nie można się jej poddawać. – Pracuję nad tym, aby nie dzielić włosa na czworo, nie doszukiwać się drugiego dna. Smutek, tragedie, problemy staram się postrzegać bardziej jako fakt, bez taplania się w emocjach – mówi. Ratuje ją praca, którą uwielbia. Wzrusza się przy muzyce symfonicznej. Maluje. To swego rodzaju terapia, ucieczka. Skupienie na ruchach pędzla, wejście w świat piękna, które sama tworzy, daje balans, koi, odpręża. Cieszy się, że na tarasie urosły pomidory, bazylia, tymianek... – Bo ta moja wrażliwość pozwala też czerpać większą radość z drobiazgów – uśmiecha się.