Czy kobieta ma prawo do swojego ciała?

Kobieta nie ma przyrodzonego prawa do swojego ciała, ponieważ jest ono własnością kogo innego. Rzecz jasna nie dosłownie. Osobowość prawna kobiety i obowiązująca, przynajmniej w teorii, równość płci w Polsce, są niepodważalne i oprócz największych radykałów nikt nie poddaje ich pod dyskusję. Chodzi o subtelności.

Biznesy, które zarabiają na wtłaczaniu kobiecych ciał w narzucony nam kanon, mogłyby pewnie utrzymać kilka średniej wielkości państw. Kobiety w większości wstają wcześniej od swoich mężów, przeznaczając pół godziny, godzinę, czasem dwie na makijaż, fryzurę, prasowanie ubrań. Czas poświęcany na zabiegi i czynności, których mężczyzna wykonywać nie musi, jak chociażby golenie nóg, jest czasem, który w istocie służy potrzymaniu uwewnętrznionego systemu opresji. Nieważne jakbyśmy sobie nie tłumaczyły, że robimy to dla siebie. Robimy to dla siebie, bo nauczono nas, że to jest ładne, to jest pożądane. Twoja babcia, być może jeszcze Twoja mama, musiały tak wyglądać dla swojego męża, ale Ty musisz tak wyglądać tylko dla siebie, prawda? Prawda, ale jednak wciąż MUSISZ. Czy oznacza to, że ciało kobiety przeszło z rąk patriarchatu w ręce kapitalizmu? A może, w gruncie rzeczy mówimy o czymś bardzo podobnym?

ZOBACZ TEŻ: Strajk Kobiet 2020: plakaty, grafiki, ilustracje na Strajk Kobiet, które mówią więcej niż słowa

Prawo do ciała a ciałopozytywność

Idąc tym tokiem rozumowania, możemy wskazać kolejny ciekawy trop. Emocje, jakie wzbudza ruch ciałopozytywny, są doskonałym przykładem na to, co dzieje się, kiedy kobieta wyłamuje się z narzuconego jej kanonu. Mówię „kobieta”, choć mężczyźni również są jego częścią, ponieważ w większości to dziewczyny najmocniej się angażują i podejmują najśmielsze działania w tej sprawie, co też chyba o czymś świadczy. Okazuje się, że kiedy powiem „Nie muszę mieć rozmiaru 36 i jest mi z tym dobrze” to jednak społeczeństwo nie do końca podziela mój entuzjazm. Kobieta, która robi coś takiego, świadomie porzuca wyobrażenie na temat kobiecości, jakie funkcjonuje w publicznym dyskursie. Oznacza to, że mówi mężczyźnie, który patrzy na nią „Nie muszę ci się podobać” – choć jest to podstawowa rzecz, jakiej nasza kultura oczekuje od jej ciała. Męska fantazja na temat kobiecości jest właśnie ową uwewnętrznioną opresją, która w ręce patriarchatu wkłada potężne narzędzie – władzę. Ta z nas, która wyłamuje się ze schematu, ta odbiera oceniającą moc męskiemu spojrzeniu. Ta zaburzę równowagę świata takiego, jaki znamy i wystawia się tym samym na ostracyzm, również ze strony kobiet.

Wpisane w kanon ciało kobiety jest więc jej podstawowym dobrem. Przenieśmy się na chwilę do rodzinnego stołu. Figura czerwonego na twarzy, spoconego wujka, którego ostatni raz widziałaś na własnych chrzcinach, a który bez pardonu rzuca uwagi w stylu „Ale się zaokrągliłaś!” jest już archetypiczna. Komentarze dotyczące urody lub – co gorsza – jej braku, są pierwszą i najczęstszą rzeczą, jaką słyszy kobieta od momentu, kiedy skończy 5 lat. Gdy skończy 13 lub 15 lat komentarze te niekiedy zaczynają podchodzić pod molestowanie, a jedyne, co interesuje postronnych to, czy ma kawalera. Kiedy można odhaczyć nie tylko kawalera, ale też skończoną 20 - to dopiero zaczyna się ostra jazda. Niezręczne pytania dotyczące planowania rodziny są etapem, przez który chyba musiała przejść każda z nas. Z naciskiem na „musiała”, ponieważ chłopców pyta się najczęściej o zainteresowania, szkołę, czy pracę.

ZOBACZ TEŻ: Obwiniasz Instagram za kompleksy? Ten profil pomoże ci zaakceptować twoje ciało

Prawo do ciała a slut-shaming

Szczególnie interesujący w kontekście walki o prawo do ciała zdaje się problem slut- shamingu. Zjawisko to polega na krytycznym podejściu do młodych dziewczyn i kobiet, których wygląd, ubiór i zachowanie odbiega od przyjętej normy. Seksowne czy wyzywające ciuchy, głośny, wulgarny, lub zbyt uwodzicielski styl bycia, otwartość seksualna – wszystko to naraża kobietę na negatywne komentarze. Taka delikwentka nie wpisuje się w przyjęty od setek lat wzorzec kobiecości, zgodnie z którym cechować powinny ją raczej łagodność czy skromność — jakkolwiek rozumiana. Slut-shaming jest typowy dla z gruntu patriarchalnej kultury gwałtu, w której krótka spódnica jest niemym pozwoleniem na położenie rąk powyżej kolana, a komentarze w stylu „sama się prosiła” to niekwestionowane oczywistości. Co szczególnie ciekawe, zjawisko to wyprodukowane zostało przez tę samą kulturę, która oczekuje od kobiety zaspokojenia męskiej fantazji o kobiecości w ogóle. Zachowany zatem musi zostać balans między byciem obiektem pożądania, który jednocześnie spełnia wymogi dotyczące skromności. Kobieta ma uwodzić, nie uwodząc. To wszystko kształtuje w nas przekonanie, że jesteśmy warte tyle, ile warte jest nasze ciało. Najpierw ciało dziewicy, potem ciało matki. Ciało, którego cenę mierzy się jego świętością, a które jednocześnie powinno nieustannie pozostawać atrakcyjne seksualnie.

O swoich przemyśleniach porozmawiałam z doktor Martą Biercą – socjolożką z Uniwersytet SWPS. W naszej rozmowie podkreśliła ona siłę tego paradoksu, w jakim każe kobiecie funkcjonować patriarchat.

Kobieta w ogóle jest definiowana przez swoją cielesność – to jest podstawa patriarchatu. Panuje rozróżnienie na to, co jest kobiece, związane z naturą, co jest domowe, prywatne i to, co męskie – publiczne i związane z kulturą. Ciało kobiety wpisuje się w tę opozycję jako podrzędne wobec tego, męskiego. Kobieta jest też postrzegana przede wszystkim przez swoją funkcję rozrodczą, a jednocześnie jej ciało jest bardzo seksualizowane. Patriarchat podkreśla też „ułomności” kobiet – mniejszą siłę fizyczną, cichszy głos. Normą jest ciało męskie – to jest silny człowiek, a kobieta nie dorasta do tego wzorca. Ponadto kobiece ciało jest uważane za nieczyste – kobiety muszą uważać, by nie pokazywać swojej fizjologii, np.: miesiączki, karmienia piersią. To dalej są tematy tabu, ponieważ ciało kobiety jest niedoskonałe, gorsze, brudne. Z drugiej strony przez to, że jest nacechowane seksualnie, atrakcyjność tego ciała jest normą. Kobiety muszą ciągle udowadniać, że są atrakcyjne. Muszą to ciało ulepszać, nadawać mu pożądany kształt, dbać o figurę, robić makijaż, ciągle to ciało udoskonalać, żeby sprostać normie atrakcyjności. To taki paradoks – z jednej strony ciało kobiety jest czymś gorszym, a jednocześnie bardzo pożądanym. Stąd pojawia się wiele norm, co kobieta może, a czego nie może z nim robić.

Kobieta ma jednak tę wyjątkową cechę, której brakuje mężczyźnie, a która ze względu na swoją wartość w opisanym wyżej systemie podlegać musi szczególnemu nadzorowi. Kobieta może urodzić dziecko.

ZOBACZ TEŻ: KOBIETA WIDZI WIĘCEJ: Gry online, czyli ostatni bastion szowinizmu

Prawo do ciała a aborcja

Patrząc na debaty i dyskusje, jakie od lat toczą się w mediach, na myśl nasuwa się scena z BoJacka Horsemana, w której „gościć będziemy zespół niezależnych ekspertów w muszkach, by porozmawiać o aborcji”. To, że podejmuje się decyzję za kobietę to jedno. To, że decyzję podejmuje się bez referendum i to, że nawet nie zapytano o zdanie żadnej osoby posiadającej macicę – to coś zupełnie innego. Może o tyle groźniejszego, że pokazuje, że mimo istniejącego na papierze równouprawnienia, kobiety nie są partnerkami do rozmowy, nawet jeśli jej temat dotyczy ich bezpośrednio. Systemowa kontrola nad rozrodczością kobiet ma w Polsce długą tradycję. Znajdujemy się na jednym z ostatnich miejsc w Europie, jeśli chodzi o dostęp do antykoncepcji. Tabletka „dzień po” kiedyś do kupienia bez recepty, dziś jest dostępna jedynie po konsultacji z lekarzem. Konsultacji, która, warto dodać, wyglądać może różnie ze względu na klauzule sumienia. Nie wspominając nawet o tym, że na ginekologa z NFZ trzeba czekać kilkunastokrotnie dłużej, niż wynosi czas, w którym należy zażyć lek. Oznacza to, że tabletka staje się dostępna jedynie dla kobiet, które mogą pozwolić sobie na zapłacenie za wizytę lub mają prywatne ubezpieczenie. Te, które muszą wybrać między wizytą u lekarza a jedzeniem, za tydzień będą ze ściśniętym gardłem wypatrywać dwóch kresek na teście ciążowym. Pomijając już zupełnie fakt, że mężczyzna może wykonać wazektomię na żądanie, podczas gdy zabieg podwiązania jajników nie jest w Polsce dostępny od ręki.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Instytut Zdrowia Publicznego (@zdrowiepubliczneujcm) Paź 23, 2020 o 12:20 PDT

Doktor Marta Bierca umieszcza to zjawisko w kontekście opisanego wyżej podziału na kobietę jako cząstkę emocjonalną i mężczyznę jako cząstkę racjonalną. Możemy wysnuć wniosek, że możliwość sprowadzenia na świat nowego życia jest z punktu widzenia społeczności patriarchalnej (i przetrwania gatunku) zbyt cenna, by pozostawić ją zależną od woli kobiety, która z racji swojej niedoskonałej natury niezdolna jest do podjęcia dobrej decyzji.

ZOBACZ TEŻ: Zdjęły koszulki przed tysiącami protestujących. Monika Dąbrowska i Karolina Micuła - symboliczne bohaterki Strajku Kobiet

W kontekście sporu o aborcję, a jest to zabieg nieodłącznie związany z fizjologią kobiety, paradoksalnie jesteśmy postrzegane jako niezdolne do podjęcia dyskusji. W dyskursie publicznym głos kobiet jest pomijany. Do debat w mediach zaprasza się męskich specjalistów, bo mężczyźni to ci, którzy się znają, którzy lepiej wiedzą. Oni są tą racjonalną cząstką w tym sporze, kobieta jest emocjonalna. Znów wracamy do tego klasycznego podziału. Kobieta jako histeryczna i niezdecydowana nie do końca wie, czego chce. Mężczyzna jest racjonalny, obdarzony rozumem i to on podejmuje dobrą decyzję. Takie jest tego podłoże – mężczyzna kontroluje, jest głową rodziny i związku. (…) Taka jest nasza kultura, nie tylko polska. Patriarchalny porządek jest dalej silny. Sporą rolę odgrywają reguły wprowadzone przez kościół katolicki – kobiety są postrzegane, jako te na gorszej pozycji. Nie mogą zajmować ważnych stanowisk w kościele, w biblijnych opowieściach raczej są służebnicami, są podległe. To jest w nas od momentu pojawienia się dziecka na świecie, wzrastamy w tym. Nawet jak się spojrzy jakie zabawki dostają chłopcy, a jakie dziewczynki, na ubranka, na przekaz w podręcznikach. Dziewczynka w opowiadaniu dla dzieci raczej będzie nauczycielką, a chłopiec np.: kosmonautą. Te stereotypy się powiela, a to się przekłada na wybór szkoły, zawodu, na jakość wynagrodzenia. Dalej mamy lukę płacową.

Doktor Marta Bierca wyjaśnia również, dlaczego protesty budzą tak skrajne emocje. Znany nam porządek utrwalony przez tradycję zostaje zaburzony, a to prowadzi do rozpadu bezpiecznego świata, w jakim funkcjonowaliśmy od pokoleń.

To narusza porządek, który jest dalej silny, a który daje poczucie bezpieczeństwa. W podziale, w którym wiadomo, że mężczyzna jest taki, a kobieta taka, każdy ma swoje cechy i role w rodzinie i społeczeństwie – to wszystko jest przewidywalne. Kiedy kobiety wchodzą w obszary, które nie są typowo kobiece, to budzą niepokój i lęk w dużej części społeczeństwa. Zarówno w mężczyznach, jak i kobietach. Krytyka wynika z niemożności zaakceptowania, że świat się zmienia i ludzie są różni. Zwłaszcza widać to w Polsce, gdzie mamy stosunkowo homogeniczne społeczeństwo, wszelka odmienność dalej przeraża. Ciężko to zaakceptować, a nie wiadomo, jak sobie z tym radzić.

Kobiety walczące o prawo do swojego ciała spotykają się z negatywnym odbiorem wśród konserwatywnych środowisk. Niszczą zastany porządek i każą odnaleźć się w nowym, który nie każdemu przypadnie do gustu. W szczególności zaś tym, którzy starają się nad tymi ciałami sprawować nadzór poprzez kontrolowanie zachowania, wyglądu czy rozrodczości. Kobieta niespełniająca narzuconych jej przez kulturę wyobrażeń na swój temat wytrąca berło z ręki patriarchatu i zwraca (a może nadaje?) samej sobie prawo do ciała.

ZOBACZ TEŻ: "Czy jesteś zadowolony ze swoich części intymnych?" - pytają dzieci nagich modeli. Afera wokół "edukacyjnego" show

Nasza ekspertka

foto: Marta Bierca

Marta Bierca - Dr socjologii (Uniwersytet SWPS), autorka książki „Nowe wzory ojcostwa w Polsce”, specjalistka w zakresie przemian rodziny, modeli ojcostwa i macierzyństwa. Badaczka z 15-letnim doświadczeniem zdobytym w wiodących agencjach badawczych. Autorka licznych publikacji naukowych. Ekspertka Uniwersytetu SWPS. Członkini Polskiego Towarzystwa Socjologicznego (PTS) oraz Polskiego Towarzystwa Badań Rynku i Opinii (PTBRiO).