Olga Pejas: Czy Twoi rozmówcy byli przerażeni? Czy dało się wyczuć strach?

Agnieszka Sztyler-Turovsky: Nie! Absolutnie nie dało się tego wyczuć, wstyd się przyznać, ale to ja się trochę się obawiałam, na przykład gdy jeden z lekarzy spotkał się ze mną chwilę po dyżurze, który spędził z zakażonymi pacjentami. Energia i pozytywne nastawianie medyków, z którymi rozmawiałam było zaskakujące - zwłaszcza po tym, co od nich usłyszałam. Widać było poczucie misji, mobilizację, choć wirus nie był jeszcze dobrze znany. Musieli przekuć adrenalinę w realne działanie. Choć na początku musiał towarzyszyć im strach – wyobraź sobie, że jesteś rezydentem na oddziale kardiologicznym i nagle policja wyciąga Cię z domu do pracy w szpitalu zakaźnym, z którego praktycznie wszyscy pouciekali ze strachu. To od razu skojarzyło mi się z chłopakami, którzy idą na wojnę. Nie planowali, że będę bohaterami "Kamieni na szaniec". Ale taki trafili czas, taki los. Nikt z moich bohaterów nie stchórzył. Nawet ci młodzi, którzy nie mieli żadnego doświadczenia w zakaźnictwie, a po pierwszej fali mieli okazję wrócić do "zwykłych"  - nie covidowych szpitali.

Podobnego porównania użył lek. med. Paweł Kukiz-Szczuciński. Fragment o medycynie pola walki, kiedy opatruje się tego, który ma większe szanse na przeżycie, co prawda dotyczył misji we włoskiej Lombardii, jednak i w Polsce był czas, w którym byliśmy o włos od załamania się systemu opieki zdrowotnej. Choć medycy mówią, że już to nastąpiło...

Momenty kryzysowe były co chwilę, o wielu wiedzieliśmy, o innych dowiadywaliśmy się z opóźnieniem, a o innych w ogóle, tak były tuszowane przez władze. Chyba każdy medyk na swoim odcinku co chwilę gasił jakieś pożary, o których nie chwalił się w mediach społecznościowych czy w telewizji. Jeden, tak jak ratownik Janek Świtała, biegał z butlami z tlenem, który kończył się w karetkach pod szpitalem, choć to nie należało do jego obowiązków, inny robił dostawkę łóżka na OIOM-ie, bo nie było żadnego wolnego i ciągnął przedłużaczem prąd z innej sali, gdy na intensywnej terapii brakowało już gniazdek. To były drobne sytuacje, które ratowały pacjentem zdrowie, a często i życie.

Janek powiedział też, że boi się być pacjentem w Polsce. Powiem szczerze, po przeczytaniu tej lektury i ja się boję. Zawsze miałam ogromne zaufanie do medyków, a tu się okazuje, że metod walki z COVID-19 uczyli się z YouTube i porannych newsów. Nikt na świecie nie był na to przygotowany z resztą.

Tak, doktor Tomasz Ozarowski na przykład, konsultant wojewódzki mikrobiologii i szef sztabu kryzysowego ds. COVID w poznańskim szpitalu, dzień zaczynał od czytania nowych wytycznych WHO, których i tak nie miał szansy wprowadzić w życie. Bo w szpitalu brakowało nawet masek dla personelu i ratowali się goglami narciarskimi przyniesionymi z domów, hełmami spawalniczymi od zaprzyjaźnionych mechaników samochodowych i sami szyli sobie maski na domowych maszynach krawieckich.

Być może nie każdy ma świadomość tego, dlaczego medycy tak apelują o zachowanie ostrożności. Trudno powstrzymać szalejącą pandemię bez dokładnych wytycznych, bez podstawowych środków ochrony. W historii niemal każdego bohatera pojawiał się motyw „walki” o przydział na maseczkę, czy kombinezon.

Tak było na początku. Potem okazało się, że problem środków ochrony to pikuś, a dramaty i medyków i pacjentów się mnożyły. A maseczki, jak już były dla każdego, nie tylko w szpitalu, to przestaliśmy mieć ochotę je nosić. Dr Jacek Smykał, który leczył polskiego pacjenta zero i widział niejedną epidemię, gdy po dyżurze zachodził do osiedlowego sklepu spożywczego, czy na pocztę, widząc klientów bez masek, albo z maseczkami na brodzie, upominał ludzi. Ludzie go wyśmiali, musiał im mówić, że jest lekarzem zakaźnikiem, ale na wiele się to nie zdało. Podziwiam, że mu się chciało tak całą dobę być wiernym swojej misji. Bo gdy wracał do domu i usiłował obejrzeć jakiś film dla relaksu i odpocząć po dyżurze, dźwięk komórki: pik, pik, pik sygnalizował na przykład, że w ciągu jednego wieczoru było w jego szpitalu siedem zgonów pacjentów. To niesamowite, ale ten człowiek ma w sobie taką siłę i poczucie humoru, że rozmowa z nim zamiast dołować, przypominała tylko o kruchości życia i ładowała mi baterie.

A tymczasem mamy coraz więcej przypadków… koronasceptycyzmu. Choć dane o zgonach są przerażające. W 2020 przybyło ich aż 76 tysięcy w stosunku do roku poprzedniego. Te apele lekarzy odbieram jako jasną informację: „ludzie chrońcie się, bo nie ma pewności, że wam pomożemy, bo nie mamy jak”.

Dokładnie, jeszcze do niedawna często słyszało się pytanie „a znasz kogoś kto choruje?” „Nie i nie znam też nikogo, kto choruje na AIDS, a nie znaczy to, że AIDS nie istnieje” – odpowiadałam. Rozmawiałam kilka dni temu z pielęgniarką Marzeną Tadko, która jest jednym z bohaterów książki. Mówiła, że jej pacjenci umierają jeszcze częściej i szybciej niż na początku pandemii, i że wygląda na to, że dziś wirus jest o wiele groźniejszy.

Ta pielęgniarka, podobnie jak większość rozmówców z książki nie miała problemu z ujawnieniem nazwiska?

Takich właśnie ludzi szukałam - odważnych, którzy powiedzą, jak jest, ale nie anonimowo. Zależało mi na tym, by pokazali twarze – w mediach było już tyle manipulacji, fake newsów niestworzonych opowieści dziwnej treści, że przeciętny człowiek, nie związany z medycyną, już nie wiedział w co i komu wierzyć. Udało się, anonimowi pozostali tylko dwaj rezydenci, ale nie ze strachu, ale ze skromności. Byli najmłodszymi lekarzami na oddziale, jeden z nich został oddelegowany do szpitala pod Warszawą, z którego pouciekali lekarze. Ratował pacjentów i musiał dyrygować na przykład starszą lekarką, jedyną, która tam pozostała. Nie chciał tym epatować i jej zawstydzać. 

Poza samym oddziałem zakaźnym w książce mamy też dający do myślenia rozdział o psychologicznych aspektach pandemii. Mamy zgony spowodowane koronawirusem, bankructwa przez zatrzymanie gospodarki, a jak się okazuje czekają nas inne skutki, o których nie myślimy na co dzień.

Psychiatra, dr Grzegorz Opielak, szef oddziału psychiatrii w szpitalu w Janowie Lubelskim przepowiadał już na początku pandemii, że po niej czekają nas lęki, alkoholizm i przemoc domowa. Gdy tylko w Polsce zaczął się lockdown mówił, że psychika ludzka jest jak czajnik, jak się zamknie na sztywno, para i tak wywali jakąś dziurką. No cóż, coraz więcej z nas nie wytrzymuje presji i życia w permanentnym lęku przed koronawirusem, który może zabrać nam i bliskim zdrowie i pracę, a nawet życie. Bo przecież pandemia zmieniała dramatycznie życie nie tylko medykom, ale większości z nas. I z myślą o wszystkich założyłam blog "Oddział Zakaźny", pod hasłem "Pandemia to też Twoja historia". Bardzo bym chciała, żeby Polacy dzielili się tam swoimi codziennymi zmaganiami z pandemią, swoim codziennym życiem. Wystarczy wejść w zakładkę "O Tobie" i wysłać komentarz, na pewno w ciągu kolejnych dni trafi na bloga. To może być kiedyś pamiątka z pandemii, będziemy mogli po latach sprawdzić, jak nam wszystkim się wtedy żyło. 

Pojawiły się już wpisy nie tylko medyków?

Tak, zaskakujące historie, m.in. maila wysłał marynarz, który od dwóch miesięcy nie widział żony, bo jest na morzu, a ona pracuje w Polsce w szpitalu jako rehabilitantka. Odezwała się też  żona seksoholika - poruszyła temat odwiedzania agencji towarzyskich w dobie pandemii. Jest też wpis sfrustrowanego kasjera z Biedronki, czy informatyka, który trochę wstydzi się tego, że na pandemii prawie nic nie stracił, bo akurat branży IT teraz się wiedzie.

Jak myślisz, czy cała ta sytuacja wpłynie na młodych ludzi, którzy planowali związać swoją przyszłość z ochroną zdrowia? Nie będzie już tylu chętnych na studia medyczne?

Tak się składa, że akurat moja córka studiuje medycynę, jest na trzecim roku na kierunku lekarskim. Studenci akurat cieszą się, że "coś się dzieje", że mogą pomóc, chociażby przy mierzeniu temperatury przed wejściem do szpitala, bo na niewiele więcej pozwala się tym z pierwszych lat. Za to ci z czwartego roku byli już blisko "łapanki" - mieli trafić na Stadion Narodowy, do szpitala polowego. Wszyscy im współczuliśmy, bo wtedy jeszcze nie mieliśmy pojęcia, że nie ma się czego bać, bo jest tam "sanatorium". W tych młodych cała nadzieja, że będzie nas miał kiedyś kto leczyć. Choć pewnie to też moment, w którym część osób, która chciała wybrać tę ścieżkę ze względu na pieniądze, czy ze snobizmu i dla rodziców,  na pewno się zastanowi. Bo bez powołania trudno sobie wyobrazić, że ktoś wytrzyma pracę w warunkach koronawirusa, za pensję rezydenta, trzydobowe dyżury, bo i takie im się wtrynia. Jeden z ratowników, po dwóch falach pandemii spędzonych "na froncie" powiedział mi, że ma dosyć. Zaczął studia, żeby mieć jakąś alternatywę. Medyków w Polsce brakuje, więc odejście każdego z nich to strata dla pacjentów.

Czy zwykły "Kowalski" może zrobić coś, aby poprawić sytuację, a przynajmniej jej nie pogarszać? Oczywiście poza przestrzeganiem reżimu sanitarnego.

Gdy pytałam o to ratownika Janka "Yanka" Świtałę, odpowiedził, że nie chce braw i oklasków, ale żeby rowerzyści używali kasków, żebyśmy teraz nie eksperymentowali z narkotykami i nie upijali się za ostro, bo wtedy mamy mniejszą szansę trafić na SOR, a tym samym dołożyć roboty medykom, którzy i tak mają jej teraz pełne ręce. Dożyliśmy czasów, gdy lekarze, pielęgniarki i ratownicy radzą nam trzymać się od miejsca ich pracy z daleka. Cóż, oni najlepiej wiedzą, że szpital nie jest dziś bezpiecznym miejscem.