„Normalni ludzie”: jedna z ulubionych książek Baracka Obamy

Muszę przyznać, że po lekturze książki Sally Rooney „Normalni ludzie” miałam niezłą deprechę, jak pewnie każdy, kto choć raz czuł (a nie wierzę, że nikt), że nigdzie nie pasuje. Głośna książka, którą rekomendował sam Barack Obama, a „The Guardian” mianował literackim fenomenem dekady”, dość krzywdząco dostała łatkę historii miłosnej. I mimo że kilka pierwszych stron może nas w tym przekonaniu utwierdzać, to każda kolejna zmieni nasze zdanie na dobre – z serialem jest tak samo. Ekranizacja, która jest już dostępna na platformie HBO GO, w niczym nie odstępuje od błyskotliwości książki, ani nie pomija żadnego z istotnych wątków. To z pewnością zasługa samej autorki, która stworzyła wierny oryginałowi scenariusz do serialu,  a który wyreżyserowali Lenny Abrahamson (nominacja do Oscara za film „Pokój”) i Hettie Macdonald (miniserial "Howards End"). 

Po obejrzeniu serialu miałam dwa najważniejsze wnioski.  Pierwszy, że „Normalni ludzie” to  wyjątkowa historia o „zapadaniu na dorosłość” i samotności, ale przede wszystkim o miłości, która daje wolność. A to potrzebna nauka w dobie takich produkcji jak „365 dni” czy „Ciemna strona Greya”, które niosą zupełnie odwrotny przekaz. Jest w tym też coś poruszającego i budzącego zazdrość, że były prezydent USA poleca książkę o bolączkach młodego pokolenia, a nie opowiada gawiedzi, że wieczorami zaczytuje się z małżonką „Fraszkami” Kochanowskiego.

„Normalni ludzie” na HBO: serial o "zapadaniu na dorosłość"

Historia, którą opowiada Sally Rooney od samego początku nie przypomina tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Nie ma tu sztampy infantylnych komedii romantycznych: ptasiego przekręcenia głowy, wylanej na ukochanego kawy czy jąkania się Meg Ryan. Prawdziwość i ascetyczna surowość emocji jest w tej historii za to wręcz bolesna. 

Skryty Connell (dokładnie tak wyobrażałam sobie chłopaka z prowincjonalnego irlandzkiego klubu piłkarskiego) jest gwiazdą szkolnej drużyny. Jego mama sprząta u rodziny Marianne, uznawanej za snobkę i outsiderkę. Ta dwójka stworzy oryginalną parę – nie-parę.

Od samego początku działają na siebie jak magnesy – przyciągają się i odpychają, gubią w niedomówieniach, sprowadzają na prosty tor, inspirują, pomagają przejść najgorsze momenty, jednak w towarzystwie udają …że się nie znają. I nie jest to miłosna gra. Uwaga - spoiler! Scena, w której Connell nie zaprasza Marianne na bal, jest jedną z najbardziej chwytających za serce, tym bardziej, że po latach, okaże się, że romans tej dwójki nie był dla nikogo w szkole tajemnicą. Ale to nadal nie jest historia współczesnych Romeo i Julii. Przeczy temu nawet zakończenie sezonu serialu.

Związek głównych bohaterów od samego początku nosi piętno klasowości i tak ważnej dla wszystkich w szkole „popularności”. Co ciekawe, wrażliwy Connell jako szkolny lider jest tak samo samotny jak Marianne otoczona wianuszkiem pretensjonalnych znajomych na studiach. Co wiele mówi o samej istocie samotności. Jak mówi Marianne: „Czujemy się samotni, gdy nie możemy być sobą”. A sobą czują się tylko wtedy, gdy są razem, choć przez większość czasu razem nie są.

Zobacz też: Gillian Anderson zszokowana brakiem edukacji seksualnej w Polsce: "To nie może być prawda!"

Twórcom serialu udało się przede wszystkim coś bardzo trudnego – uchwycenie intymności relacji między głównymi bohaterami oraz oddanie jej enigmatycznej natury. Sceny z udziałem Marianne i Connella, granych przez Daisy Edgar-Jones i Paula Mescala (nominacja do Emmy za najlepszą męską rolę pierwszoplanową), są tak duszne od emocji, że oglądając je miałam poczucie, tak z resztą jak podczas czytania książki, że jestem w tych chwilach nieproszonym gościem. Jest w tym coś zarówno bardzo nowoczesnego, jak i staromodnego – przeciągające się sceny (nic w rodzaju tęsknych spojrzeń rodem ze "Zmierzchu") koncentracja na drobnych gestach: zaciśniętej pięści, pulsującej żyle na skroni czy spojrzeniu, które robi większe wrażenie niż efekty specjalne Marvela.

"Normalni ludzie" na HBO: obraz pokolenia millenialsów

W latach 90. dwudziestolatkowie odnajdywali swoje problemy w takich obrazach jak „Reality bites” (w niefortunnym tłumaczeniu „Orbitowanie bez cukru”), który opowiada o wkraczaniu w dorosłość. Millenialsi przeglądają się w ekscentrycznych, niejednowymiarowych, nieheteronormatywnych bohaterach „Euforii” czy „Tacy właśnie jesteśmy” i to pokazuje potężną pokoleniową różnicę. Bo choć problemy często pozostają te same, to zmienił się sposób mówienia o nich. A scena, gdy w „Normalnych ludziach” Connell będący na granicy depresji, zasypia z włączonym Skypem, by mimo odległości obudzić się obok Marianne, powinna stać się kultowa, jako obraz tego pokolenia. Okazuje się, że o miłości można mówić na miliony sposobów. "Normalni ludzie" to jeden z ciekawszych w przeciągu ostatnich lat.  

Czy jest coś, do czego mogłabym się przyczepić w "Normalnych ludziach"? Wiele do życzenia pozostawia tylko ścieżka dźwiękowa serialu. Po ostatnich serialach jak choćby wymieniona wcześniej „Euforia”, spodziewałam się karnawału na moim Spotify - ta mnie jednak odrobinę zawiodła. Stworzyłam więc swoją. Polecam do słuchania w tle:

  •  „I’m not in love” Kelsey Lu
  • „Dissolving” Hannah Cohen
  •  „You’re no good” Chromatics
  • „Work” Charlotte Day Wilson
  • „Doing the right thing” Daughter
  • „Z imbirem” Korteza