Krok 1: łagodne oczyszczanie

To właśnie na tym etapie pielęgnacji najczęściej wyrządzamy skórze krzywdę. Oczyszczamy ją niedokładnie albo zbyt agresywnie – co często kończy się uwrażliwieniem i reaktywnością. Jeśli po umyciu skóra jest zaczerwieniona, ściągnięta, sucha albo wręcz piecze – to sygnał, że trzeba potraktować ją łagodniej. Co jej nie służy? Przede wszystkim żele do twarzy zawierające siarczany (m.in. SLS i SLES oraz ich pochodne). Te substancje są silnymi detergentami, które razem z zanieczyszczeniami zmywają ze skóry naturalną warstwę ochronną złożoną z wody i sebum. To otwiera drogę bakteriom i patogenom, a także uwrażliwia skórę na działanie słońca. Jeśli twoja cera wykazuje większą wrażliwość, unikaj też toników do demakijażu i płynów micelarnych. Kosmetyki tego typu często zawierają tzw. promotory przenikania, które po dłuższym czasie codziennego stosowania zamieniają skórę w sitko (oczywiście mikroskopijnych rozmiarów – ale skóra staje się przez to bardziej wrażliwa i podatna na stany zapalne).

Jak zatem bezpiecznie oczyszczać twarz? Najlepszym (i jednocześnie najdokładniejszym) sposobem jest olejek. Nic nie przyciąga zanieczyszczeń i resztek makijażu tak skutecznie jak olejowa formuła. I nic nie działa na skórę tak łagodnie. Olejek nie narusza naturalnej warstwy ochronnej skóry, a często dodatkowo ją wzmacnia i odżywia.

Poza tym – to mit, że zapycha pory. Jeśli stosujesz dwuetapowe oczyszczanie skóry, możesz mieć pewność, że twarz będzie dokładnie oczyszczona, a pory odblokowane. Połącz olejek z odrobiną wody i wymasuj skórę. Następnie zmyj go łagodnym mleczkiem albo emulsją. Na zachętę powiem tylko, że odkąd stosuję tę metodę, nie wyobrażam sobie, żeby robić to inaczej!

Krok 2: mniej zapychania

Kosmetyczny minimalizm jest modny, ale osobiście wolę kosmetyczny indywidualizm. To słuszne, żeby ograniczać ilość stosowanych kosmetyków – ale róbmy to z głową i słuchajmy naszej skóry. Tylko obserwując jej reakcje można krok po kroku dopasować pielęgnację – i niestety nie da się tego zrobić raz a dobrze. Skóra to kapryśny organ, który co chwilę zmienia preferencje pod wpływem wieku, pór roku, zmian hormonalnych i wielu innych czynników, z których nawet nie zdajemy sobie sprawy. Warto jednak sprawdzić, czy na pewno wszystko, czego używasz jest ci potrzebne. Przykładowo, niektóre skóry wcale nie potrzebują kremu – lub potrzebują go tylko czasami. Jeśli twoja cera ma skłonność do zanieczyszczania się i przetłuszczania, wyłączenie z pielęgnacji emolientów może uratować ci skórę. Drugim największym „zapychaczem” są kosmetyki kolorowe – na czele z płynnymi podkładami. Zawierają one silikony, które tworzą na skórze warstwę okluzyjną i zapychają pory. Alternatywą dla fluidów są kosmetyki mineralne, które mają bardzo krótkie, naturalne składy, a do tego delikatnie pielęgnują skórę.  

Krok 3: stosuj kwasy – ale z umiarem

Jeśli choć raz odważyłaś się na profesjonalny peeling chemiczny – wiesz, że kwasy są najlepszym przyjacielem gładkiej skóry. Cudownie złuszczają martwy naskórek, odsłaniając zupełnie nową, pełną blasku cerę. Do tego jeszcze zwężają pory, rozjaśniają przebarwienia, wygładzają drobne zmarszczki – i mają inne supermoce, które można by długo wymieniać. Jeśli jednak przesadzimy z ich ilością, możemy osiągnąć zupełnie odwrotny efekt. Zbyt duża ilość substancji złuszczających prowadzi do uwrażliwienia, przesuszenia i reaktywności, z których potem ciężko się wyplątać. Zwłaszcza, że producenci kosmetyków oferują coraz więcej preparatów na bazie kwasów. Peelingi z wysokim stężeniem kwasów AHA i BHA natychmiast wygładzają skórę i działają jak zabieg bankietowy – ale nie powinno się robić ich częściej niż raz na 1-2 tygodnie. Jeśli używasz serum z kwasami, unikaj ich w toniku i kremie. Lepiej też nie łączyć kwasów z innymi składnikami aktywnymi, takimi jak retinol czy witamina C.

Krok 4: peeling kawitacyjny w domu

Jestem sceptyczna wobec domowych zabiegów, które chcą udawać te gabinetowe. Ale kawitacja należy do nielicznych wyjątków. Istotą tego peelingu jest bowiem nie tyle moc urządzenia, co regularność i dopełnienie odpowiednią pielęgnacją. Urządzenie do peelingu kawitacyjnego można kupić za około 100-200 zł, te o większej mocy za 250-300 zł. To mniej więcej tyle co koszt dwóch zabiegów w gabinecie. Peeling wykonujemy zawsze na mokrej skórze – pod wpływem ultradźwięków mikropęcherzyki wody ulegają rozbiciu, przy okazji rozbijając także martwe komórki naskórka i zanieczyszczenia. Żeby zobaczyć efekty tego zabiegu, potrzeba regularności i odrobiny wprawy w wykonywaniu peelingu. Nie bez znaczenia jest też pielęgnacja tuż po. Na oczyszczoną twarz warto nałożyć ampułkę lub skoncentrowane serum, które dzięki temu będzie miało szanse wniknąć w głębsze warstwy skóry. Urządzenia do peelingu kawitacyjnego często umożliwiają wykonanie sonoferezy – czyli manualnego masażu połączonego z ultradźwiękami. Sonofereza dodatkowo „wtłacza” cenne składniki pod skórę, więc najlepiej połączyć ze sobą te dwa rytuały.