Lwica straciła grzywę?, "Gdzie się podziały jej ostre kły"?. Pierwsze komentarze po jej debiucie w barwach Telewizji Polskiej były miażdżące. Napięcie, w jakim oczekiwano, jakie "fajerwerki" zademonstruje, ustąpiło miejsca rozczarowaniu. Monika Olejnik nie pokazała nic nowego oprócz butów. Nawet fryzura i makijaż pozostały te same co przed laty. Prosto w oczy przypomina skróconą i ugładzoną wersję Kropki nad i - programu, który przez sześć lat emisji w TVN przyniósł jej wielką popularność i deszcz dziennikarskich nagród. Czy to początek końca "wielkiej Olejnej", jak nazywają ją koledzy po fachu?

MOIM ZDANIEM ROBI SIĘ MONICE KRZYWDĘ - mówi wysoko postawiony urzędnik TVP zastrzegający sobie anonimowość, "bo nie wypada krytykować decyzji kolegów". - Pora emisji tego programu jest fatalna. O godzinie 20 wszyscy są już po obejrzeniu Faktów i Wiadomości, więc trudno zaskoczyć newsem. Ten program powinien być pokazywany około 17 po bloku seriali, ale Olejnik zawsze gardziła widownią gospodyń domowych. Ona ma większe ambicje. - Chciałabym mieć taką samą siłę oddziaływania na życie polityczne w Polsce, jak prezydent - mówiła rok temu. - Kiedyś postanowiła być numerem jeden w dziennikarstwie politycznym i osiągnęła cel - mówi jej dawny kolega z TVN Tomasz Sianecki. Ma fenomenalnego dziennikarskiego nosa. Gdy kilkanaście lat temu w Lesie Kabackim spadł samolot, Grzegorz Miecugow pospieszył z magnetofonem na miejsce tragedii robić reportaż do radia. Siedząc już w samochodzie, usłyszał w radiu: "Na miejscu katastrofy jest nasza reporterka Monika Olejnik". Wciąż ma poczucie niedosytu i apetyt na karierę, ale w walce o rząd dusz nie wystarczą jej już tylko dobre chęci i wypracowana pozycja. Żeby przetrwać, musi wymyślić siebie na nowo. Po pierwsze, staje do walki z innymi "asami wywiadu" wracającymi do gry: Jackiem Żakowskim, Piotrem Najsztubem oraz dawnym kolegą Tomaszem Lisem. A ona nie lubi konkurencji. Kiedy pracowała w TVN, mówiło się o niewypowiedzianej wojnie Olejnik z Justyną Pochanke, która już wówczas wyrastała na gwiazdę. Program Pochanke emitowano o 17, a Olejnik o 22. Mówiło się, że najgorsze, co może zrobić polityk, to przyjąć zaproszenie od Pochanke, a później pojawić się w programie Moniki. - Jednemu się to zdarzyło i Olejnik omal nie wywaliła go ze studia. Sprawa otarła się o prezesa - twierdzi jeden z dziennikarzy TVN 24. Po drugie, widzowie, rozpieszczeni przez programy typu reality show, wymagają coraz szybszego tempa akcji także od telewizyjnej publicystyki. Potwierdza to Andrzej Sołtysik, rzecznik TVN, który komentując zdjęcie Kropki nad i z telewizyjnej ramówki, powiedział: - Ten program był dobrą formułą kilka lat temu, ale dzisiaj czas gadających głów już minął. - Gdybym miał coś radzić, zaproponowałbym Monice prowadzenie programu w lżejszej, bardziej rozrywkowej konwencji - mówi były szef telewizyjnej Jedynki Sławomir Zieliński. - Coś w stylu Ewy Drzyzgi, ale z politycznym tłem.

TAKA PROPOZYCJA JUŻ BYŁA.
Kiedy TVN chciał zmodyfikować Kropkę nad i oraz przenieść program do kanału TVN 24, oferując - dziennikarce większe pieniądze, Olejnik parsknęła: - Praca w TVN 24 to wysłanie mnie na margines. Pieniądze to nie wszystko. Liczy się także szacunek dla mojej pracy i widzów. Zawsze lubiła być w centrum zainteresowania. W dzieciństwie chciała zostać aktorką. Myślała też o karierze modelki, ale była za niska. Wybrała zootechnikę. Po dyplomie chciała wyjechać w Bieszczady i hodować owce. Szybko rozczarowała się jednak hipisowskimi ideałami. Poszła na podyplomową dziennikarkę, a stamtąd trafiła do radiowej redakcji rolnej. Politycznego bakcyla połknęła dopiero podczas obrad Okrągłego Stołu. Andrzej Turski, były dyrektor Trójki, tak wspomina Monikę z tamtego okresu: - W niczym nie przypominała drapieżnej dziennikarki, jaką jest dzisiaj. Była delikatna, wręcz eteryczna. Pamiętam, jak przeprowadziła wywiad z Danielem Passentem. Nagrali go w studiu i Passent go autoryzował. Skrzyczał wtedy Monikę, że źle zmontowała materiał. Popłakała się. Monika szybko się jednak wyrobiła i nauczyła sztuki manipulowania swoimi bohaterami. Jeden z ówczesnych kolegów przypomina sobie, "jak Olejnik bez pardonu wchodziła z mikrofonem do sklepowej kolejki i robiła zadymę": - Kobiety krzyczały, narzekały, były emocje. Później wykorzystywała tę umiejętność, kreując informacyjną rzeczywistość za pośrednictwem wszystkich mediów, w których równolegle pracowała. Wieczorem oddawała do druku wywiad do Gazety Wyborczej, następnego dnia rano nawiązywała do niego w Radiu Zet, a pod koniec dnia w Kropce nad i. Jeden z polityków mówi: - Ona traktuje rzeczywistość powierzchownie, ślizga się po powierzchni, dobierając fakty i rozmówców tak, jak jej wygodnie.

JEJ ULUBIONĄ KSIĄŻKĄ JEST ERYSTYKA, czyli sztuka prowadzenia sporów Schopenhauera, z której można dowiedzieć się m.in., jak na 38 sposobów pogrążyć rozmówcę. Na przykład: "Doprowadzić rozmówcę do złości, albowiem wtedy nie jest on w stanie prawidłowo rozumować. Sprowokować do złości można przez jawnie niesprawiedliwe traktowanie i w ogóle przez bezczelne zachowanie się". Tymi cechami Olejnik wzbudza podziw jednych i niechęć innych. Oskarżana o nadmierne manifestowanie osobistych sympatii i antypatii politycznych, odpowiada: - Nie jestem podstawką do mikrofonu. Jeśli polityk zaproszony przez Olejnik nie mówi tego, co ona chce usłyszeć, reaguje zniecierpliwieniem. - Robi miny, marszczy brwi, dopóki nie dopnie swego - mówi dawny kolega z Radia Zet. Szła do celu po trupach, ale dziś liczą się z nią wszyscy. Ma opinię wybitnej osobowości dziennikarskiej i jest skuteczna, mimo że bywa źle zorganizowaną bałaganiarą. Zdarza jej się pomylić posła z ministrem, nieustannie coś gubi. - Ważne telefony zapisuje na kartkach poupychanych luźno w kieszeniach, a pytania przed programem najczęściej zapisuje flamastrem na dłoni - mówi operator z TVN, który pracował przy Kropce... Wielu polityków się jej boi, mimo to zabiegają o udział w jej programach, bo to gwarantuje im wysoką oglądalność. Kilka lat temu powstała nawet nieoficjalna "instrukcja obsługi Olejnik" krążąca wśród polityków, która była ściągawką, jak odpowiadać na niewygodne pytania. Przez lata nie chcieli z nią rozmawiać Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski. To jej dodało prestiżu. Słabych nikt się nie boi. Jeden z posłów UW powiedział o niej kiedyś, że jednostką miary okrucieństwa wobec mężczyzny jest jeden olejnik. Krytykowana za agresywność, ucina dyskusję cynicznym: - Nie jestem dżentelmenem.

MA DUŻE SUKCESY, ale i wielkie wpadki. Za czasów pracy w radiowej Trójce zaprosiła do studia w rocznicę stanu wojennego Adama Michnika i Jerzego Urbana. Tego samego dnia pod Sejmem wysiadła z samochodu Urbana. Tłumaczyła, że szybko chciała się znaleźć na Wiejskiej i nie widziała niczego złego w tym, że Urban ją podwiózł. Inna wpadka miała miejsce podczas wywiadu z Józefem Oleksym. Po zakończeniu oficjalnej części rozmowy nie wyłączyła mikrofonu i nagrała kilka niecenzuralnych wypowiedzi Oleksego, który skrytykował Leszka Millera. Takie rzeczy nie powinny się zdarzać profesjonalistce i perfekcjonistce, za jaką chce uchodzić. Zwłaszcza że podczas późniejszej rozmowy z Adamem Michnikiem skrytykowała go, że nagrywanie Rywina na dyktafon to "esbeckie metody". - Nikt nie wie, ile ją kosztuje ta praca - skarży się jej matka Elżbieta Olejnik. - Kiedyś położyła mi głowę na kolanach i mówi: "Jestem zmęczona, mamo". Powiedziałam jej, żeby tyle nie pracowała. Usłyszałam: "Kiedy ja to uwielbiam!". Jest pracoholiczką. Koledzy z radia śmieją się, że kiedyś w pośpiechu wyjęła kluczyk ze stacyjki jadącego samochodu. Grzegorz Miecugow twierdzi, że Monika jest cudem fizjologicznym. Kiedy chodzili razem na imprezy, ona bawiła się najostrzej, a następnego dnia pojawiała się w radiu pierwsza. On w tym czasie próbował dojść do siebie, pijąc kolejną kawę. Tomasz Lis w jednej ze swoich książek opisuje, jak na początku lat 90., po zakrapianej imprezie, wszyscy dziennikarze rozjechali się do domów, jedynie Olejnik chwyciła za dyktafon i pojechała do Sejmu. Na pytanie, co nie daje jej zasnąć, odpowiada: - Świadomość, że nie wykorzystałam jakiegoś momentu. Bardzo to przeżywam. Nigdy nie ukrywała, że praca jest dla niej najważniejsza. Poproszona o udzielenie wywiadu na prywatne tematy, rzuca: - Nie ma o czym mówić. Rzeczywiście, obraz Olejnik jako "matki, żony i kochanki" nie rysuje się kolorowo. Swoje zawodowe sukcesy okupiła pasmem porażek w życiu osobistym. Twierdzi, że jako kobieta ma paskudny charakter. - Nie jestem słodka, kobieca i uległa. Nie mam stabilnego charakteru. Miewam depresje, chandry, bywam wściekła.

ZNAJOMI ŻARTUJĄ, ŻE W ŻYCIU PRYWATNYM - odwrotnie niż w pracy -Monika zawsze idzie na łatwiznę. Kolejnych partnerów poznawała w szkole albo w pracy. Przypisuje się jej wiele romansów, m.in. z Robertem Kozyrą, szefem Radia Zet. Teraz jest związana z Tomaszem Ziółkowskim, prowadzącym w radiowej Trójce programy Panel Trójki oraz Intermedialne Spotkania Trzeciego Stopnia. Znajomi twierdzą, że to luźny związek, w którym Monika ustala warunki i gra pierwsze skrzypce. Była już dwa razy zamężna. Pierwszego męża poznała na studiach. Szybko chciała się usamodzielnić i wyrwać spod kurateli rodziców. Po roku wróciła jednak do domu z ukochaną lalką pod pachą. Drugim mężem był Grzegorz Wasowski, dziennikarz radiowej Trójki, syn Jerzego Wasowskiego z Kabaretu Starszych Panów. O swoich małżeńskich planach poinformowała rodziców przez telefon. Związek nie przetrwał, bo Olejnik postawiła na karierę. - Wasowski, z którym do dziś się przyjaźnią, jest człowiekiem refleksyjnym i spokojnym. Przez lata się uzupełniali, ale na dłuższą metę to nie miało sensu. Kiedy jeszcze byli ze sobą, on mówił o niej żartobliwie "moje politbiuro" - opowiada koleżanka Moniki, która nie chce się ujawniać, "bo Monika nie lubi, kiedy się o niej plotkuje". - Ona nie jest dobrym materiałem na kobietę udomowioną - śmieje się inna znajoma. - Jeszcze niedawno dzwoniła do własnej matki z pytaniami, ile się soli ziemniaki. Mimo braków kulinarnych Olejnik jest bardzo towarzyska i często urządza przyjęcia dla znajomych. - Byliśmy pewni, że Monika świetnie gotuje - opowiada Tomasz Sianecki. - Podała wspaniałe pierogi. Kilka razy wychodziła po dokładkę. Okazało się, że do restauracji. Jedyną konkurencją dla kariery w życiu Moniki Olejnik jest jej syn ze związku z Wasowskim 17-letni Jurek. Urodziła go w delegacji. Pojechała na wywiad do Gdyni i nie zdążyła wrócić do domu. Z urlopu wychowawczego zrezygnowała. Nie chciała, żeby jej pięć minut przeszło jej koło nosa. Kiedy Jurek był mały, często przyprowadzała go do studia. Ona montowała materiał, on siedział samotnie w kącie, pocieszając się torebką cukierków. Dziś stara się wychowywać go na samodzielnego człowieka, nie chce być nadopiekuńcza jak jej matka. Jednocześnie ma wyrzuty sumienia, że nie poświęca mu wystarczająco dużo czasu. W jednym z wywiadów zwierza się: - Ten zawód zabiera życie kobietom. Tak dużo czasu spędzałam w pracy, że nawet się nie spostrzegłam, kiedy mój syn z malutkiego chłopczyka zrobił się prawie dorosłym mężczyzną. Widzę, że trochę straciłam jako matka. Nie wiem, czy było warto aż tak się poświęcać.

JEJ BLISCY TWIERDZĄ JEDNAK, że w ostatnim czasie się zmieniła. Chociaż deklaruje, że idzie na wojnę, to w rzeczywistości praca zaczęła schodzić na dalszy plan. W wieku 48 lat poczuła, że kariera to nie wszystko. Że prawdziwe życie jest gdzie indziej. Może dlatego pozwoliła sobie wyrwać pazury, żeby miękko wylądować? - Kiedyś cierpiałam w czasie weekendów, bo nie wiedziałam, co ze sobą zrobić - mówi. - Teraz świadomie postanowiłam, że w soboty i niedziele nie pracuję. Uprawiam z synem sporty. Wychowuję go tolerancyjnie. Chciałabym, by po prostu był przyzwoitym człowiekiem. Chociaż Jurek twierdzi, że po mnie odziedziczył tylko złe cechy charakteru.

Zobacz także:

Tekst MARCIN PROKOP