Magda pamięta dzień, w którym położyła się spać obok znanego sobie człowieka, a obudziła się obok kogoś obcego. Ten nowy miał twarz Piotra, jego głos, ale nim nie był. Drobna rudowłosa trenerka fitness dzieli wspólne życie na dwa okresy: przed diagnozą i po niej. Piotr sprzed diagnozy to typ sportowca. – Zawsze zwyciężam, nawet gdy przegrywam – mówił, gdy schodził z boiska. Piłka nożna była jego pasją. Dziesięć godzin dziennie spędzał w biurze podatkowym, wieczorami biegł do kolegów z drużyny piłkarskiej. W weekendy pływał, jeździł na rowerze. – Połączył nas aktywny tryb życia, bo i ja nie lubię bezczynności – opowiada Magda. Kiedy jechałam na obóz wspinaczkowy, on wyjeżdżał na mecze. Nie mieliśmy dzieci, nieźle zarabialiśmy, myślałam, że tak beztrosko będzie zawsze.

Kilka lat temu znajomy zorganizował wyprawę marzeń: rajd po Mongolii. Bez wahania wzięliśmy bezpłatny, miesięczny urlop. Niestety wróciliśmy już po tygodniu. – W Mongolii Piotr przeziębił się. Jak zwykle zacisnął zęby i postanowił, że przeczeka, ale czuł się coraz gorzej. W ekipie nie było lekarza, a choroba Piotra utrudniała pozostałym wyprawę. Gdy wrócili do Wrocławia, Magda zaczęła podejrzewać, że nie jest to zwykła niedyspozycja. Narzeczony nie wstawał z łóżka, był tak osłabiony, że z trudem podnosił kubek. – Kolejni lekarze, nieustające wizyty w szpitalu, aż wreszcie zapadł wyrok: skórno-mięśniowe zapalenie reumatoidalne, choroba rzadka i nieuleczalna – opowiada Magda. Ze zdrowego, silnego sportowca Piotr zmienił się w wymagającego opieki, bezradnego mężczyznę. – W głowie kłębiły mi się czarne myśli, ale nie wypowiadałam obaw głośno – wyjaśnia. – Woleliśmy rozmawiać o konkretach: terminach badań, konsultacjach. Przyszłość nas przerażała, ale gdybyśmy zaczęli o niej mówić, byłoby tak, jakbyśmy się poddali. Zaczęli planować ślub, na przekór wszystkiemu potrzebowali normalności. Magda zrezygnowała z treningów, ich życie towarzyskie zanikło. Po kuracji sterydami Piotrowi puchły stawy, bez przerwy odczuwał ból. Zaczął nienawidzić własnego ciała. – Rozumiałam, że nie miał ochoty na odwiedziny kolegów, na udawanie dobrego samopoczucia. Był bliski depresji, ale odrzucał moją pomoc. Czasami zastanawiałam się, czy dam radę – mówi Magda i po chwili dodaje. – Źle znosiłam zamknięcie w czterech ścianach, zastanawiałam się, czy tak już będzie zawsze.

CICHY ZABÓJCA

Natalia pamięta chwilę, w której podobnie jak Magda, zreflektowała się, że żyje z kimś zupełnie obcym. Takie niespodzianki z mężczyznami zdarzały się jej już wcześniej, ale tym razem nie mogła po prostu wyjść i zamknąć za sobą drzwi. Michał od trzech lat był jej mężem, mieli małego synka, kredyt, wspólne życie. Zakochała się w silnym, zaradnym mężczyźnie, który potrafił rozbawić ją do łez, ale od roku zmagali się z jego największym problemem: alkoholem. Michał na rauszu nie robił awantur, nie tłukł naczyń, nie stawał się porywczy. Natalia późno zorientowała się, że nie potrafi odmówić sobie dwóch, czasem trzech butelek wina przed snem. – Nigdy nie zachowywał się ostentacyjnie. Siadał przed telewizorem z kieliszkiem w ręku. Zaczęłam się niepokoić, gdy odkryłam puste butelki poupychane za koszem na śmieci i w jego szafie – Natalia opisując swoje życie, coraz bardziej ścisza głos. – Doszło do tego, że nie mogłam z nim normalnie porozmawiać. Długo planowana wizyta u znajomych? Trzeba zrobić większe zakupy? Kiwał głową, że załatwi, zrobi, dopilnuje, pomoże, ale zazwyczaj kończyło się na słowach. – I te głupie, puste oczy – dodaje ze złością. – Nazajutrz niczego nie pamiętał, a po powrocie z pracy wszystko zaczynało się od nowa.Kiedy dojrzał, by wreszcie pójść na terapię, odetchnęłam. Nawet nie podejrzewałam, że dopiero teraz czeka nas najgorsze.

DZIECKO WE MGLE

27-letnia Justyna, bibliotekarka, tuż po studiach zaręczyła się z człowiekiem sukcesu. Starszy od niej Andrzej wydawał się spełnieniem marzeń. – Żyjesz w bajce – wzdychały z zazdrością koleżanki. Od chwili kiedy zobaczył ją na imieninach u znajomych, nie ustawał w wysiłkach, by ją rozpieszczać. Odgadywał myśli, zasypywał prezentami. – Wychowywałam się w niezamożnym domu i luksusy, którymi mnie otaczał, zawróciły mi w głowie. Podobała mi się jego pewność siebie. Inspirował mnie do działania – Justyna uśmiecha się do tych wspomnień. – Chciał, żebym się rozwijała. Miał własną firmę, którą budował od podstaw. Wiedziała, że może na nim polegać. Nie miała najmniejszych wątpliwości, czy się z nim związać.

Justyna przerywa rozmowę, bo on dzwoni do niej kilkakrotnie. Wyjaśnia gdzie jest, z kim się spotkała, obiecuje zaraz wrócić. – Przepraszam, on ma słabszy dzień – tłumaczy, widząc moje zdziwione spojrzenie i powraca do opowieści. Wszystko zaczęło się banalnie: od oszustwa wspólnika. Justyna długo nie wiedziała, co się dzieje, bo Andrzej nie chciał jej niepokoić. Nocami wymykał się na balkon i palił papierosa za papierosem. Na pytania czy ma kłopoty, machał ręką i zmieniał temat. Potem były głośne kłótnie telefoniczne, przedłużające się nieobecności, łykanie proszków na uspokojenie. – W końcu nie wytrzymałam tego napięcia i zmusiłam go, by powiedział, co się dzieje. Przyznał, że straciliśmy pieniądze, że konto jest puste. Tłumaczył, że został oszukany, że kryzys, że nieuczciwi klienci. Justyna uwierzyła, gdy zapewniał, że to sytuacja tymczasowa, że sobie poradzi i wszystko wróci do normy. – Byłam jak dziecko we mgle – wspomina. – Nie znałam się na biznesie i bardzo chciałam mu wierzyć, a co gorsza, nie wiedziałam, jaki naprawdę jest Andrzej. Że nie jest silny, tylko słaby i że to on bardziej potrzebuje mnie niż ja jego. Ta wiedza przyszła z czasem drogo za nią zapłaciłam.

UKRYTY TALENT

Podobnie jak w przypadku Michała, metamorfoza Jacka, partnera Zosi, zaczęła się od zmiany, która powinna napawać optymizmem. Pięć lat temu ona, stażystka w szpitalu, straciła głowę dla początkującego fotografa. Nieśmiały student kulturoznawstwa był zakompleksiony, źle ubrany, ale miał ogromny talent. Stanowili wyjątkowo niedobraną parę: atrakcyjna, błyskotliwa brunetka i mrukliwy, zgarbiony chłopak, nie znający języków. – Co ty w nim widzisz? – chwytali się za głowy jej znajomi, zakładając się za jej plecami, że miłość skończy się po roku. Mylili się. Zosia z zapałem poświęciła się nowej misji, czyli karierze Jacka. – Gdy zobaczyłam jego prace, zupełnie zaniemówiłam. Uznałam, że może zrobić wspaniałą karierę a intuicja mnie raczej nie zawodzi – opowiada z wielkim entuzjazmem. – Potrzebował tylko wsparcia, by trafić do odpowiednich środowisk. Poza tym zakochałam się jak nastolatka.

Zosia mówiąc o pierwszych miesiącach ich znajomości, nazywa je z przekąsem „projekt Jacek”. – W domu urządziłam mu pracownię, by mógł skupić się na fotografii. Ja zarabiałam na życie, woziłam go samochodem, bo nie miał prawa jazdy. Zawierałam przydatne znajomości, promowałam, gdzie się dało. Tak się w to zaangażowałam, że praca zeszła na dalszy plan. To ona wychodziła dla niego pierwsze zlecenia. Najpierw w reklamie, ale wkrótce udało się zorganizować wystawę w zaprzyjaźnionej galerii. Na wernisażu trudno było rozpoznać w Jacku niedawnego przybysza z prowincji. – Stał się pewny siebie. Przedtem nie odstępował mnie na krok, szukał rady i wsparcia, teraz sprawiał wrażenie, jakby mnie już nie potrzebował. Zdarzało mu się nawiązać z kimś zawodowy kontakt bez konsultacji ze mną, pójść samemu na spotkanie. Wcześniej nie do pomyślenia! – Zosia opowiada z coraz większym oburzeniem. – Akurat zaszłam w ciążę, okropnie przytyłam. Czułam się odrzucona jako kobieta i jako wspólniczka. Dręczyłam się, gdy wychodził. Oczami wyobraźni widziałam go w ramionach kochanek. A przedtem to on był zazdrosny, mówił, że nie umie beze mnie żyć. Zdarzało mu się płakać ze strachu, że odejdę, znudzę się nim. No i role się odwróciły.

DROGA DO AKCEPTACJI

Gdy upadła firma Andrzeja, kryzys w ich związku trwał prawie dwa lata. Justyna wspomina ten czas jak koszmar. Najpierw z przyzwyczajenia zwracała się do niego ze swoimi problemami. Pewnego dnia uświadomiła sobie, że on nie jest w stanie jej w niczym pomóc, za to oczekuje wsparcia. – Całymi dniami analizował przyczyny klęski. Obwiniał się o błędy, przeklinał cały świat – opowiada. – Zaczął ukrywać się przed ludźmi. Okresy paniki i strachu przeplatały się z tygodniami apatii. Na mnie zwaliły się prozaiczne sprawy, przed którymi dotąd mnie chronił. Nie mogłam pojąć, że jedno niepowodzenie potrafiło go całkowicie złamać. Bałam się, że tracąc do niego szacunek, stracę również miłość.

Z podobnymi myślami biła się Natalia. Z pierwszych tygodni abstynencji Michała nie pamięta jednego spokojnego dnia. Łagodny miś zmienił się w pełnego pretensji furiata. Denerwowały go niesprzątnięte ubrania, brudna patelnia w zlewie. Stracił poczucie humoru, za które go pokochała. W weekendy Natalia najczęściej zabierała synka i uciekała do koleżanek albo mamy. Miarka się przebrała, gdy któregoś dnia rozzłoszczony Michał odepchnął dziecko tak silnie, że się przewróciło. – Zrozumiałam, że doszliśmy do kresu. Postawiłam ultimatum: albo się zmieni, albo odejdę. Spojrzał na mnie blady, przerażony tym co zrobił – opowiada. Następnego dnia pierwszy raz od dawna przeprowadzili szczerą rozmowę. Natalia wyjaśnia ze zdziwieniem, czego się wtedy dowiedziała. – Opisał mi, co mu daje alkohol: spokój, poczucie humoru, wytchnienie. Narodziny Kuby uświadomiły mu, że odtąd zawsze będzie za kogoś odpowiedzialny. Nie był dzieckiem, miał 29 lat, ale to go przerosło. Frank drożeje, Kuba ma gorączkę piąty dzień z rzędu, w firmie mówi się o cięciach? Alkohol zagłuszał strach. Natalię uderzyło, że wyznania męża dotyczyły obaw związanych z rodziną. – Sądziłam, że pije, bo jest leniwy i brak mu pomysłu na życie. Potem, że się zmienił, bo przestało mu na nas zależeć. Do głowy mi nie przyszło ile w nim lęku. Dla mnie założenie rodziny było czymś naturalnym. Kuba urodził się, bo kocham Michała. Dla męża nie było to takie oczywiste. Od tamtej rozmowy nie wrócili do bolesnego tematu. Natalia tęskni za chłopakiem poznanym na studiach: uroczym, sypiącym żartami optymistą. Tłumaczy sobie, że beztroskiego studenta zastąpił mąż i ojciec, wciąż uczący się odpowiedzialności. – Gdy ogarnia mnie zniechęcenie, mówię sobie, że nie jestem nastoletnią, smukłą blondynką. Potrafię być marudna i nie tryskam dowcipem na co dzień. Weszliśmy w nowy etap.

UTRATA KONTROLI

Ślub Magdy i Piotra odbył się w okolicznościach, o których panna młoda bynajmniej nie marzyła. Tuż przed nim Piotr dostał zapalenia osierdzia. Znowu szpital, nerwy i powracający lęk przed przyszłością. Postanowili, że nie przełożą uroczystości, przecież ma być całkiem normalnie. – Daliśmy radę, nie zostałam tylko przeniesiona przez próg – śmieje się Magda i poważnieje, gdy pytam, czy w związku z chorobą Piotra rozważała rozstanie. – Pogodziłam się ze zmianą trybu życia i tym, że nigdy nie skoczymy razem na spadochronie – odpowiada. – On musi się teraz wysypiać, nie jadać byle czego. Brakuje mu siły na spotykanie się z ludźmi, więc większość czasu siedzimy w domu. Nie żyjemy jak młodzi ludzie, lecz jak para statecznych emerytów. Podczas walki z chorobą straciliśmy poczucie bezpieczeństwa, wiemy, że bycie zdrowym nie jest oczywiste. Gdy Piotr czuje się lepiej, znowu nas korci, by zaszaleć. Ale nie miałam wątpliwości, że wart jest rezygnacji z największej pasji. Musiałam też przyjąć do wiadomości, że być może nie będziemy mieli dziecka. Ale staramy się o nie jak gdyby nigdy nic. Obiecaliśmy sobie normalność i usiłujemy dotrzymać słowa.

– Pewność Jacka rosła z każdym dniem – wspomina Zosia. Na przyjęciach był w centrum zainteresowania. Zaczęły kręcić się wokół niego kobiety. Ładne, zauroczone jego talentem. On świetnie czuł się w atmosferze podziwu, po prostu rozkwitał. Raz zwróciłam mu uwagę, że byłoby dobrze, gdyby wziął udział w pewnym konkursie. Usłyszałam, że mam się skupić na córce, bo nie jestem jego agentem. Zatkało mnie z oburzenia. Gdzie byłby, gdyby nie ja? Ale nic nie powiedziałam. Ze strachu, żeby nie odszedł. Już mnie nie potrzebował. Zosia przyznaje, że lepiej się czuła, gdy Jacek był od niej zależny. Kontrolowała sytuację, a podziw w jego oczach dodawał jej skrzydeł. Teraz, gdy sam zdobywał zlecenia i zaczęło im się lepiej powodzić, wciąż czuje niepokój. – Dotąd nie myślałam o ślubie, ale w tym momencie to się zmieniło. Miałabym większe poczucie bezpieczeństwa. Nie chcę na niego naciskać, pokazywać, że jestem zdesperowana. Uśmiecha się na myśl, że „projekt Jacek“ wypalił w stu procentach. W elokwentnym fotografie nie zostało nic z niepozornego chłopca w kraciastej koszuli, który z wdzięcznością przyjmował jej wskazówki. – Ale w końcu oboje do tego dążyliśmy – Zosia na chwilę milknie. – Staram się odpędzać zazdrość, obawy, że mnie zostawi. Za chwilę będziemy mieć drugie dziecko. Syna, o którym marzył. Tłumaczę sobie, że zeszliśmy się, gdy sami byliśmy jeszcze dziećmi. Musiał dorosnąć, to było nieuniknione.

TWARDE ŁOKCIE

Justyna również zaakceptowała innego Andrzeja. Wydawało jej się, że silnego faceta przyciągnęła do niej delikatność i kobiecość. A okazało się dokładnie na odwrót. – To ja jestem ta silna – mówi z powagą. – Andrzej mi powtarza, że nie ma bardziej fałszywego powiedzenia niż „co cię nie zabije, to cię wzmocni“. Zgorzkniał, przestał być optymistą. Wprawdzie twierdzi, że teraz jest przygotowany na każde nieszczęście, ale moim zdaniem oszukuje się. Dlatego staram się mieć plan awaryjny, interesować się bardziej jego pracą, odkładać na czarną godzinę.

Dla Justyny decydująca była odpowiedź na pytanie, czy wciąż chce z nim być, czy nie czuje się oszukana. Miała mieć raj na ziemi, a skończyło się na spłatach długów i odsunięciu wizji domu za miastem w bliżej nieokreśloną przyszłość. – Wciąż ufam Andrzejowi – opowiada. – Gdy rok temu przechodziłam operację, spędził przy mnie kilka nocy. Był najlepszą pielęgniarką, jaką mogłabym sobie wyobrazić. Z powodu wrażliwości nie umiał otrząsnąć się z szoku po tym, jak został oszukany. Ale to dzięki niej potrafi kochać. A miłości nie przedkładam nad twarde łokcie i spryt w interesach.