Podobno to amerykańscy znajomi wymusili na Pani napisanie książki i wyjawienie, co takiego robią Francuzki, że są szczupłe.

Tak było. Gdy przyjechałam do Stanów na studia, odkryłam, że problem leży w innym podejściu do jedzenia. Choć się nie objadałam, w krótkim czasie bardzo przytyłam.

Przeszła Pani na dietę?

Nie! Wystarczyło, że wróciłam do kraju i waga sama spadła. I nie była to sprawa powietrza (śmiech), ale kultury. Olśniło mnie, że to nawet nie kwestia, co jesz, ale jak. Gdy moje wnioski przedstawiałam znajomym, powtarzali: „Musisz koniecznie napisać o tym książkę!”. Raz ktoś w samolocie się żalił, że nie może schudnąć, i pytał, jak ja utrzymuję rozmiar 36. Odparłam: „Francuzki nie tyją, i już”. Mąż mruknął: „To byłby świetny tytuł!”. Postanowiłam więc spisać tych kilka obserwacji i podzielić się nimi najpierw z Amerykankami. Historia ich kultury jest krótka. W moim kraju wiedzę, jak żyć, jak jeść, aby być zdrowym i szczupłym, matki przekazują dzieciom od pokoleń, od czasów Katarzyny Medycejskiej.

Co mama powtarzała Pani?

„Korzystaj – w rozsądny sposób – ze wszystkich uroków życia”. Także stołu. Karmić trzeba wszystkie zmysły. Niech i oczy nacieszą się apetycznym wyglądem potrawy, talerza, przybrania. Bo wtedy – uwaga! – nasycisz się nawet małą porcją. Ważne, by jedzenie było różnorodne. I przygotowane ze świeżych składników sezonowych, wtedy jest najzdrowsze  i najsmaczniejsze. Owoce, warzywa najlepiej kupować na targu. Nie w supermarkecie, do którego chodzi się po papier toaletowy!

Ale tam kupować najłatwiej, a my jesteśmy zajęte!

Proszę mi wierzyć: wszystko jest sprawą organizacji, dyscypliny. Żyje się raz, a żywność jest zbyt ważna, by kupować ją byle gdzie i byle jaką. Nie korzystam z produktów light, bez cukru. Jem masło, tłuste mięso. Ale z umiarem, małe porcje! I dużo warzyw. Do obiadu wino. I oczywiście staram się wysypiać, ruszać, żyć w zgodzie z bliźnimi.

To wystarczy, by być szczupłym?

Francuzki lubią jeść, myślą o jedzeniu, a przecież są szczupłe! I nie stoją pół dnia w kuchni – codzienne menu jest proste. Ale: siadają do trzech posiłków dziennie. Nie pięciu, to by zbyt komplikowało życie! Znam kobiety, które tak się odżywiają, moim zdaniem – zbyt obficie. Po drugie: Francuzki piją dużo wody o temperaturze pokojowej. Zgłodniałaś nagle? Wypij kilka łyków. Lub noś przy sobie ratunkowy drobiazg na jeden kęs; on uciszy ssanie żołądka. I zawsze siadaj do stołu, nie wrzucaj nic w siebie na stojąco lub w biegu.

Znów: to czasem niewykonalne w epoce ciągłego braku czasu!

(śmiech) My mamy wpojone od dzieciństwa, że trzeba szanować rytuały jedzenia. Zauważyłam, jak posilają się Amerykanki: patrząc w telewizor, nieuważnie, pochłaniają wielką  porcję jednej potrawy. Zbyt wielką jak na ich potrzeby. To marnowanie żywności! A po co zjadać więcej, niż organizm potrzebuje?

Bo smaczne! Kuchnia francuska słynie ze świetności, ale jest kaloryczna. Te ciastka na maśle, chrupiące bagietki... Jak Francuzki omijają rafy takich pokus?

Nie omijają! Lecz zachowują równowagę między jedzeniem, piciem a ruchem. To wystarczy, by organizm dobrze funkcjonował. Ja nie wyobrażam sobie życia bez węglowodanów. Jeść trzeba mądrze, ale i przyjemnie! Jeśli pofolguję sobie i zjem więcej, niż rozsądek nakazuje, myślę o tym w skali tygodnia: dziś zgrzeszyłam, to przez następne dni będę uważała, co jem. I zrezygnuję z windy. Nie zadręczam się wyrzutami sumienia, o nie!

Francuzki ćwiczą?

(Mireille krzywi się) Czasem widzę kogoś uprawiającego jogging w parku. To musi być turysta. My chodzimy pieszo – wszędzie, dokąd się da. Gimnastyką jest wchodzenie po schodach. Choć już i do nas ze Stanów dociera moda na kluby fitness…

O Francuzkach mówi się, że stać je na zdrowy egoizm. W Polsce pokutuje model wiecznie zajętej matki Polki.

Ależ trzeba myśleć o sobie! Tak jak w samolocie, gdzie maskę tlenową uczą zakładać najpierw sobie, potem dziecku. W życiu też: trzeba samemu zaznać przyjemności, by je przekazać dalej. Francuzki kochają siedzieć w kawiarni i są z tego powodu szczęśliwe.

Polka miałaby wyrzuty sumienia, że tego czasu nie poświęca domowi!

Wie pani, nie ma co rezygnować z przyjemności, odkładać miłych okazji. Życie przecież jest tak strasznie krótkie…

Głosi Pani pochwałę celebrowania przyjemności. Ale może to łatwe, gdy jest się zamożną kobietą, znaną, opromienioną sukcesami zawodowymi?

Szczęście to nie jest luck, łut, który się trafia! To jest coś, co robisz z życiem. Zależy od ciebie. Jest takie, jak je traktujesz. W moim słowniku nie ma słowa „sukces”, to względne pojęcie. Jest spełnienie, przyjemność.

Satysfakcja?

Czasem. Odkąd zaczęłam się pojawiać w amerykańskich programach telewizyjnych, prasie, codziennie dostaję setki e-maili. Z pytaniami, zwierzeniami, podziękowaniami. Ujmuje mnie, gdy ktoś pisze, że dzięki mnie poczuł się szczęśliwszy. Bo zwrócił uwagę na lekceważone dotąd czynności, co zmieniło mu życie. Jedna kobieta napisała: zaczęłam gotować dla bliskich i zarządziłam wspólne zasiadanie do stołu. Odkryła, jakie to ważne i krzepiące, zwłaszcza dla dzieci. Zdradziła, że po raz pierwszy, zjednoczeni stołem, poczuli się fajną rodziną. I że żałuje, iż tyle wspólnych śniadań i kolacji przegapiła.

Pani życie się zmieniło, odkąd została autorką bestselleru przetłumaczonego na czterdzieści języków?

Nie. Poczucie, że coś potrafię, dawała mi praca w firmie Veuve Clicquot produkującej szampany. Dalej jestem szczęśliwą mężatką (mąż jest szefem New York Institute of Technology – przyp. red.), jak wcześniej spotykam się z przyjaciółmi, czytam, ćwiczę jogę, chodzę na spacery. Dzielę życie między Nowy Jork, Paryż i letni dom w Prowansji.

Chyba nie muszę pytać, gdzie jest Pani szczęśliwsza: w Stanach czy we Francji?

W mojej ojczyźnie! Francuzi mówią, że życie zaczyna się po pięćdziesiątce. Wtedy już wiadomo, co ważne, priorytety układają się same. Starość to sprawa umysłu. A Ameryka ma jakąś obsesję na punkcie urody i wieku.

Operacje plastyczne nie są popularne nad Sekwaną?

Zaczynają być, moda przychodzi zza oceanu i od gwiazd filmowych. Zwykłe kobiety decydują się na operacje, jeśli są zdesperowane. Mnie to nie interesuje. Kiedy moje zdjęcie ukazało się na okładce pisma Oprah Winfrey – bez zmarszczek i z wybielonymi zębami, zapytałam: „A kto to jest? Bo nie ja!”. Trzeba akceptować zmianę siebie, to część życia. Starzejesz się, cóż. No to teraz trzeba jeść mniej, a więcej się ruszać.

W nowej książce „Francuzki na każdy sezon” instruuje Pani czytelniczki, co jest najistotniejsze w wyglądzie. Co?

Oczy, włosy i buty. Czemu? Bo właśnie na nie rozmówca zwraca uwagę w pierwszej kolejności. A co jest w stanie odwrócić uwagę od niedoskonałości? Uśmiech! Jego okazywanie stanowi właściwie nasz obowiązek wobec innych. To najlepsza z ozdób człowieka, do tego darmowa. A udowodniono, że na podniesienie kącików ust w górę, nawet w sztucznym grymasie – proszę spróbować – mózg reaguje natychmiastową poprawą nastroju.

Ktoś napisał, że Pani książki nie ujawniają rewolucyjnych przepisów, ale są protestem przeciw bylejakości.

Jak widać po liczbie sprzedanych egzemplarzy, dla wielu czytelników i to było odkrywcze. Że trzeba żyć nie tylko mądrze, ale i przyjemnie. Czy jemy, rozmawiamy, ćwiczymy, powinniśmy robić to najlepiej jak można. W stylu życia, jaki propaguję, kluczowe są trzy zasady: 1. Mniej znaczy więcej – dotyczy i przypraw, i biżuterii. 2. Prostota. 3. Cieszenie się drobiazgami. Proszę się przekonać!

Specjalnie dla „Claudii”

Mireille Guiliano udzieliła wywiadu Annie Augustyn-Protas, dziennikarce „Claudii”, podczas spotkania w Paryżu. Pisarka była gościem honorowym konferencji poświęconej nowym, perfumowanym płynom do tkanin Lenor. Dziennikarzom z wielu krajów Europy opowiadała o specyfice francuskiego stylu życia. A do niego należy celebrowanie codziennych czynności: jedzenia, rozmawiania, picia kawy w kawiarni. Także otaczanie się pięknymi zapachami. Nie tylko perfum, ale również świeżo upranych ubrań.