Jest u mnie w firmie pewien facet, który bardzo mi się podoba. Do niedawna ujmował mnie jego szarmancki sposób bycia. Przy nim czułam się jak prawdziwa księżniczka – zasypywana komplementami, jaka to jestem wspaniała i wyjątkowa. Mój entuzjazm nieco osłabł, kiedy zauważyłam, że on w podobny sposób traktuje wszystkie koleżanki. Czy warto inwestować w tę znajomość? Czy coś jest z tym kolesiem nie tak, że najwyraźniej próbuje uwieść wszystkie kobiety dookoła i nawet nie zamierza tego ukrywać?
Basia

MARCIN PROKOP,
DZIENNIKARZ PRASOWY I TELEWIZYJNY (PROWADZI M.IN. „DZIEŃ DOBRY TVN”), FACET O ŻELAZNYM POCZUCIU HUMORU, ZNAWCA ŻYCIA I MĘSKIEJ PSYCHIKI, DYŻURNY FELIETONISTA GLAMOUR.


Bardzo znana myśliwska zasada mówi, iż rzecz nie w tym, by króliczka ukatrupić, ale by go gonić. Facetowi, który mierzy do kolejnych celów, ale strzela wyłącznie ślepakami, chodzi o to, by narobić wokół siebie dużo huku. W ten szczególny sposób próbują zwrócić na siebie uwagę przede wszystkim osobnicy o nadwątlonym poczuciu własnej wartości. Być może twój absztyfikant nie był w dzieciństwie wystarczająco mocno przytulany przez mamę (lub na odwrót – mamusia tuliła za mocno), może w szkole dziewczynki śmiały się z niego, bo miał tłuste włosy, a może w skrytości serca i rozporka bardziej go ciągnie w stronę chłopców, więc przyjmując pozę pożeracza damskich biustonoszy, rozpaczliwie próbuje oszukać sam siebie? Jakkolwiek pokrętna jest jego motywacja, wcale nie chodzi mu o skuteczne uwiedzenie jak największej ilości kobiet, lecz o nieustające, egoistyczne wzbudzanie w sobie przekonania, że w ich oczach uchodzi za atrakcyjnego, fajnego, godnego pożądania gościa.
Na tym założeniu został najwyraźniej oparty program „Rock of Love”, który co jakiś czas obserwuję w niemieckiej MTV. Podstarzały, nastrzyknięty kolagenem i botoksem rockman, w postaci Bretta Michaelsa, lidera mocno obciachowej grupy Poison, organizuje w nim niby-casting na narzeczoną. W tym celu wlecze za sobą po całym świecie grono niepokalanych jakąkolwiek myślą ofi ar chirurgii plastycznej, które jedna przez drugą próbują wskoczyć mu do łóżka. Dominującą emocją w tym przerażającym show jest bezgraniczne samouwielbienie, pojawiające się na twarzy Michaelsa za każdym razem, gdy jego bon moty w rodzaju: „Jestem tygrysem miłości, która z was będzie dziś moim mięskiem?” wprawiają harem w błogi zachwyt. Inny przykład: mam kolegę, który jest dyrektorem fi nansowym w dużej fi rmie. Świetny fachowiec. Ma unikalny talent – potrafi dokonywać w pamięci nieprawdopodobnych obliczeń, jakby miał pod kopułą schowany kalkulator. Jednak chodzenie z nim po mieście to jednak prawdziwa udręka.
Wyobraź sobie, że akurat przejeżdża autobus linii 188 o numerze bocznym 23 417. Mój kumpel przymyka oczy, przez kilka sekund szepcze coś pod nosem, po czym oznajmia: „4 402 396!”. Zapytany, po co to robi, wzrusza tylko ramionami: „A tak, żeby sprawdzić, czy wciąż potrafię mnożyć”. \
Podobnie jest z facetami cierpiącymi na przypadłość opisywaną przez psychologów jako syndrom Don Juana. Oni ciągle muszą utwierdzać się w poczuciu własnych uwodzicielskich umiejętności. Kiedy spyta się ich, dlaczego próbują zawrócić w głowie wszystkim napotkanym po drodze kobietom, odpowiadają niczym himalaiści, zagadnięci, po co wspinają się na ośmiotysięczniki: „Bo są”. Takie typy bywają jednak bardzo przewidywalne i bezpieczne w codziennym użytkowaniu. Kiedy już zostaną skutecznie usidlone, nie przestają prężyć klaty i robić maślanych oczu przed wszystkim, co się rusza, ale w rzeczywistości można by je zdeponować w gablocie w Sevres jako wzorzec wierności. W ich naturę bowiem wpisana jest nieskuteczność. Nawet jeśli ofiara chwyci przynętę, to chcąc odwzajemnić konkury, zastanie jedynie kurz wzniecony przez ucieczkę podrywacza. Lęk przed konfrontacją ich imaginacji z rzeczywistością jest silniejszy niż pokusa, by postawić kropkę nad „i”, przechodząc od słów do czynów.
No cóż, miał rację mój dziadek, mawiając, że puste beczki dźwięczą najdonioślej...