Maryla Rodowicz o trójce dzieci mówi: to dużo. – W sumie nie wiem, jak udało się je ogarnąć. Nie wiem też, czy są do końca „wychowane”, bo w moim zawodzie byłam matką raczej nieobecną. Nie przestrzegałam zasad, nie pilnowałam ich lekcji, nie zawsze byłam na wywiadówkach. Skutki widać do dziś – kiwa głową piosenkarka. – Ale było ciekawie. Wyrośli na fajnych ludzi. Niezależnych, z pasjami.

Maryla Rodowicz, mama Jana (33 lata), Kasi (30 lat) i Jędrka (25 lat)

Przyznaje, że była zbyt tolerancyjna, dzieciom dawała za dużo swobody i często brakowało jej konsekwencji. – Robiłam wszystko, by nie miały zakazów, jakie ja miałam w ich wieku: o 22.00 musiałam być w domu, nieustannie mnie kontrolowano. Dyscypliny pilnowała babcia, bo mama dużo pracowała. Po latach scenariusz powtórzył się w moim domu i mama z opiekunką zajmowały się moimi dziećmi.

Przez całe ich dzieciństwo artystce towarzyszyło poczucie matczynej i wychowawczej bezsilności. – Kiedy Jasiek i Kasia byli bardzo mali, każdy mój dłuższy wyjazd na koncerty poprzedzała rozdzierająca scena płaczu: „Mamo, tylko nie wyjeżdżaj!”. Zwłaszcza malutki Jasiek wpadał w histerię. Czułam się z tym okropnie. Przez 13 lat najpierw Jasiem i Kasią zajmowała się opiekunka Krysia. Wspomagała ją mama Maryli. A od kiedy w życiu piosenkarki pojawił się drugi mąż, Andrzej Dużyński, także on. – Pilnował edukacji Jędrka, więc młodszy syn w zasadzie miał to, czego zabrakło Dużym Dzieciom, bo tak nazywamy w domu Jaśka i Kasię. Jeśli trzeba było, ojciec załatwiał mu korepetycje z angielskiego czy matematyki. Jędrek skończył szkołę amerykańską, studiował w Stanach Zjednoczonych i Anglii. Mąż starał się wychowywać też Jasia i Kasię, ale na przeszkodzie stanęłam ja. Uważałam, że jest dla nich zbyt surowy, stawia za wysokie wymagania. Wydawało mi się, że Jaśkowi i Kasi dzieje się przez to krzywda, a Andrzej nie powinien się wtrącać w wychowanie, bo nie jest ich ojcem. Po awanturach odpuścił. I stracił autorytet, który próbował zbudować. Przeze mnie. Tymczasem to on miał w podejściu do nich więcej rozsądku i mądrości.

Po koncercie Maryla przekraczała próg domu z zamiarem wprowadzenia dyscypliny. – Na dłuższą metę nie udawało się. Kiedy tłumaczyłam Jaśkowi, że w śnieżycę nie wyjdzie do szkoły bez kurtki, mówił: wyjdę. I wychodził. Co mogłam zrobić? Gdy byłam w domu, pilnowałam, żeby dzieci kładły się spać o odpowiedniej porze i wysypiały się, gotowałam obiady. Latem wywoziłam na 2 miesiące na Mazury, a zimą do Bukowiny Tatrzańskiej na narty. I wtedy byłam z nimi rzeczywiście non stop, cała dla nich. Może dlatego tylko do tych momentów wracają dziś pamięcią? – piosenkarka przyznaje, że niełatwo być mamą tej trójki. – To ciągły niepokój. Los obdarzył mnie absolutnymi indywidualistami. Od zawsze robili to, co chcieli. Prośby, tłumaczenia nie pomagały, nie miałam na ich decyzje wpływu. Mają silne charaktery. I to chyba bardziej zaważyło na ich życiu niż fakt, że dostali ode mnie dużo wolności. Najbardziej przewidywalny był Jędrek. Za to Kasia i Jasiek… rogate dusze! Zawsze w powietrzu wisiało pytanie: co kombinują? Z kolei ja byłam apodyktyczna. I tak mi zostało. Zawsze mam rację i musi być tak, jak ja chcę. Przy tym wszystkim jednocześnie bardzo szanowałam ich wolność, intymność. Nie chciałam znać tajemnic swoich dzieci, sama też im się nie zwierzałam. Rodzic to rodzic. Nie przekraczałam granicy ich świata. Dla nich byłoby to nie do zniesienia. W klasie przedmaturalnej Kasia uciekła z domu. – Bo zabrałam jej kabel od internetu. To był okres, kiedy siedziała w sieci całymi nocami, a rano nie wstawała do szkoły, bo bolała ją głowa. Zabrałam więc ten kabel. Ona zapakowało klatkę z białym królikiem i o 4 rano wsiadła do pociągu do Wrocławia. Pojechała do faceta, którego poznała w necie. Myślała, że tam pójdzie do szkoły, ale nikt jej nie przyjął… to był maj. Po 2 miesiącach zgodziła się pojechać do swego ojca, do Krakowa. Oświadczyła, że już do mnie nie wróci. Tam zdała maturę, dostała się na zootechnikę i studiowała. Mieszka tam do dziś. Wtedy było mi przykro. W liceum Jasiek z kolegami zaplanowali, że po bezdrożach rowerami przejadą wzdłuż rosyjskiej granicy. – Mieli po 17 lat. Z innymi rodzicami uknuliśmy więc, że ktoś z nas pojedzie za nimi cichaczem i będzie obserwował, żeby jakieś bandy ich nie napadły. Chłopcy plan wykonali. Jasiek bez przerwy też jeździł w Tatry i mimo mrozu potrafił się wybrać w góry bez rękawic. Nie sądzę jednak, by takie problemy były czymś niezwykłym. Dzieci powinny mieć swój temperament, zdanie. Moje miały. Po latach jest co wspominać.

Przez długi czas wyrzucała sobie jednak, że nie potrafiła nimi pokierować. – Znam rodzinę, w której dzieci, by wyjechać na wakacje, musiały na nie zarobić. Tam były zasady, wymagania, wyznaczone granice. Ja swoje rozpieszczałam, nie stawiałam warunków: nie studiujesz, to idziesz do pracy. Na pewno to był błąd. Przeszłości się nie zmieni, lepiej skupić się na tym, co teraz. Każde musi znaleźć własną drogę życiową, samodzielnie stanąć na nogi. Kasia została pierwszym w Polsce licencjonowanym instruktorem ujeżdżania naturalnego koni, prowadzi kursy i wykłady. Ze zbuntowanej, beztroskiej dziewczyny wyrosła na odpowiedzialną i pracowitą kobietę. Jasiek ma swój zespół, próbuje dokończyć filozofię. Skromny, niczego nie chce. Hipster. Pozostał nieznośnie uparty. Jędrek robi dyplom w Holandii z nowych mediów. Chciałabym, żeby zajął się promocją moich płyt i muzyki w internecie. Zresztą muzyka to dziedzina, w której mogę liczyć na pomoc i dobry gust całej trójki. Mają świeże spojrzenie, potrafią być krytyczni wobec mnie, ale bez złośliwości.

Piosenkarka lubi, gdy Duże Dzieci przyjeżdżają do niej z Krakowa. – Ostatnio spotkaliśmy się na 25. urodzinach Jędrka. Było miło, mimo że cały czas dyrygowałam, co kto ma zjeść i co mówić – śmieje się Maryla. – Choć Kasia i Jasiek są po trzydziestce, najbardziej lubią spędzać czas z Jędrkiem nad grami planszowymi. Albo przy playstation. Są ciągle dziećmi. Przez wszystkie te lata stworzyła się między nimi silna więź. Zawsze też lubili oglądać ze mną seriale, np. „Trawkę” czy kreskówki z „South Park” na czele. Te animacje są tak zabawne. Mnie również śmieszą – opowiada piosenkarka. – Dzieci tę infantylność chyba odziedziczyły po mnie! Mamy też podobne poczucie humoru – abstrakcyjne. Dusimy się ze śmiechu, a inni nie wiedzą, o co chodzi. Maryla codziennie dzwoni do Kasi i Jaśka. – Chętnie ze mną gadają, z tym, że ja zadaję im mnóstwo pytań pomocniczych – śmieje się. – I mam marzenie: żeby kiedyś wyjechać z nimi na wakacje, wynająć dom. Albo autem przejechać całe Stany Zjednoczone.