Stylowy, pomalowany na zielono dom w podwarszawskich Pęcicach. W ogrodzie lawenda, młode brzozy, szum oczka wodnego zaprojektowanego przez męża. Cisza. Na tarasie (imienia Alicji, żony Jeremiego Przybory, jak głosi tabliczka na ścianie) dwa psy. Prawie wyżlica Łyżwa i prawie labrador Markotny. W wielkim swetrze ona. Jasna, pogodna, zamyślona. – Kim jestem? Osobą, która musi sobie radzić z tym, że mimo swojego wieku ma ciekawość dziecka. Z drugiej strony – jestem jak 180-letnia kobieta, która wszystko przeżyła. Jak wyczytałam w mądrej książce: osobowość wieloraka – mówi nieśpiesznie, charakterystycznie dźwięcznym, uśmiechniętym głosem. Jest bez makijażu, bez ozdób. Błyszczą jej tylko niemal przezroczyste oczy. Znów dużo pracuje. Jeździ po Polsce z własnym recitalem, z piosenkami Starszych Panów (ze Zbigniewem Zamachowskim i Piotrem Machalicą). Występuje w przedstawieniu „Chlip Hop” napisanym wspólnie z Andrzejem Poniedzielskim. Razem prowadzą też blog w oparach poezji („Jak trwoga, to do blooga” – głosi motto strony), który ma się ukazać w formie książki. – Cieszy mnie, że rośnie zapotrzebowanie na to, co robię. I to u ludzi coraz młodszych.

Od roku jest wolna, mówi. Nie prowadzi domu. – Synowie wyfrunęli z gniazda. Mąż inżynier też ma swój świat, nurkuje, pracuje, gdzieś w Katowicach zamawia osiem ton stali… – patrzy w okno. Na gałęzi drzewa skacze przejęta sikorka. – Już myślałam, że będę tylko przemijać. Przeglądać fotografie, pamiątki. Pan Bóg jednak zdecydował inaczej. Jedno bolesne doświadczenie sprawiło, że nabrałam i dla mnie dziwnego apetytu na życie – uśmiecha się. – Niech kto inny porządkuje papiery i zdjęcia.

Dzieciństwo

Zgadza się, że los dał jej niezwykłe życie. Pełne przypadków, które przekierowywały ją w nieoczekiwane strony. I wydarzeń, które nastroiły jej wrażliwość. – Rodzinny dom? Kochający, ale i milczący. Tata, prawnik o artystycznej duszy, miał słuch absolutny. Grał na fortepianie, harmonii, łamał rytmy jak Piazzola, choć pewnie nie wiedział o jego istnieniu. Pięknie śpiewał przedwojenne szlagiery… Oboje z mamą zajmowali się moim chorym bratem. Zmarł na zanik mięśni, gdy miał 14 lat. Czy to wpłynęło na moją chwiejność emocjonalną? Może? Z jednej strony byłam szczęśliwa, czułam się kochana. Z drugiej strony – jako mała dziewczynka nie miałam zabawek, lalek. Musiałam być dzielna, zajmować się młodszymi braćmi. Moja mama urodziła mnie jako dziewiętnastoletnia dziewczyna. Tata miał 22 lata, oboje bardzo młodzi. I jak to ujęła Agnieszka Osiecka: przeżyli bolesną „operację na otwartym sercu”, przez którą uwierzyli w komunistyczne kłamstwa. I pewnie chcieli, żebym myślała tak jak oni. Prawdziwą historię Polski poznałam dopiero na studiach, w marcu 1968 r. Na tydzień uciekłam z domu.

Pan Bóg

– Zawsze miałam głód metafizyki – uśmiecha się. O religii w domu słyszała, że to opium dla ludu. Odkryła poezję. – Wychowałam się w okolicy kościołów, a długo nie miałam świadomości, do czego służą. Ale od dziecka towarzyszyło mi silne poczucie, że Ktoś się tym światem opiekuje. I mnie doświadcza. Pamiętam, kiedy utopił się Andrzej Nardelli, mój przyjaciel, aktor i idol mojego pokolenia. Jego mama na pogrzebie pocieszała mnie: „Dziecko, czemu tak rozpaczasz. Przecież wszyscy niedługo spotkamy się w niebie”. Pomyślałam wtedy: co za siła! Nardelli był pierwszą znaną mi osobą, która chodziła do kościoła z nieprzymuszonej woli – uśmiecha się na samo wspomnienie. To chyba wtedy na własną rękę zaczęła szukać Pana Boga.

– Poprosiłam mądrego księdza, by pomógł mi uwierzyć, na już. Dał mi mądre książki. Nic nie zrozumiałam, bo i skąd? Co to w ogóle jest Trójca Święta? Jaka gołębica, jaki Barabasz? Krzew gorejący? Zniechęciłam się na dobrych kilka lat, ale gdy urodził się pierwszy syn, postanowiłam, że oboje przyjmiemy chrzest. Nie jestem religijna – mówi. – Przeszkadza mi w kościele oglądanie swoich ubrań i fryzur i trochę śpiewanie pieśni, które nie są najlepszą literaturą. Ale gdy wchodzę sama do pustego kościoła, czuję nieprawdopodobnie mocny związek – zamyśla się.

Zobacz także:

Na parapecie pojawiła się bura mysz, przysiadła przy codziennej porcji kaszy. Mała, pionowa zmarszczka na czole artystki rozprostowuje się. – Może i Boga nie ma, może moja mama ma rację? Ale mnie ten „Bóg, którego nie ma” nigdy nie opuścił.

Nauczycielka

Wierzy w przeznaczenie. – Co ma być, to będzie. Zawsze chciałam być taką nauczycielką jak Ania z Zielonego Wzgórza – rozmarza się. – I mam wrażenie, że w jakimś sensie uczę, tyle że w dużo większej klasie. Pamięta siebie, małą Małgosię (do dziś tak mówią na nią bliscy) – w szkole. Jaka się robiła cisza absolutna, gdy czytała na głos dzieciom. Nauczycielka często ją o to prosiła, gdy musiała wyjść. – W liceum hipnotyzowała salę podczas akademii szkolnych – wspominali w wywiadach koledzy, którzy ściągnęli ją później do swojego studenckiego kabaretu: Krzysztof Knittel, Andrzej Woyciechowski, Janusz Weiss. – Gdyby mnie wtedy nie namówili, sama z siebie nie występowałabym. Wstydziłam się. Poza tym widok publiczności długo działał na mnie paraliżująco – przyznaje. Dalej czytałaby książki, trenowała gimnastykę przyrządową i ulubioną siatkówkę (była świetna z WF-u). Tymczasem otworzył się przed nią niespodziewany rozdział: koncerty, festiwale, popularność. – Piszczałam i szeptałam „Jeśli myślisz, że ja cię nie kocham” na wiele lat przed pojawieniem się piszczących piosenkarek – mówi z właściwym sobie poczuciem humoru. W melodyjnych piosenkach wyrażała własne tęsknoty…

Wygrała FAMĘ, trafiła do radia, potem została zaproszona na festiwal do Opola. Wyśpiewaną tam nagrodą była wycieczka do Włoch… Czy zastanawia się, co by było, gdyby na nią nie pojechała? Pewnie zaczęłaby wymarzoną pracę polonistki w szkole. Od września czekał na nią etat w liceum Gottwalda, które sama kończyła. Los jednak miał na nią inny pomysł. We Włoszech wybuchła cholera i jej powrót, z powodu kwarantanny, opóźnił się o dwa tygodnie. Gdy wróciła w połowie września, etat w szkole był już zajęty. Wtedy reżyserzy Krystyna i Michał Bogusławscy zaproponowali jej pracę w telewizji.

Wrażliwość

– Dziś nikt by mi nie dał zrobić takich przedstawień, jak „Biała bluzka”, „Zimy żal”, „Big Zbig Show” czy „Zielono mi”. Nikt nie dałby mi na to pieniędzy! – mówi z żalem. – Bo za trudne, za poważne i miałoby za małą oglądalność. A ja nie chcę niczego robić na cudzych warunkach. Mogę pracować, ale zachowując mój gust i smak. O tym mówi właśnie nasze przedstawienie „Chlip Hop”, które cieszy się ogromną sympatią publiczności w całej Polsce.

Jest nadwrażliwcem. Ale dzięki temu mocniej odbiera świat. – Zawsze podkreślam, że dla mnie natura jest ważniejsza od sztuki. W lesie, na łące, wzgórzu Toskanii czuję, że jestem elementem przyrody. Ale zaraz mam potrzebę zatrzymania jej. Fotografowanie to mój największy nałóg. Widać bez sztuki też nie mogę żyć. Długo myślała, że wrażliwość to dar, za który po prostu trzeba zapłacić. Spadkami nastrojów, depresjami. – Był taki czas, że nie mogłam robić nic. Siedziałam i czytałam książki, jeśli w ogóle byłam w stanie – przyznaje otwarcie. – Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, dlaczego. Zdarzały się rzeczy straszne i ja sobie świetnie z nimi radziłam. A byle podmuch wiatru potrafił mnie kompletnie rozsypać – zbiera w dłonie gęste włosy. – Miałam takie depresje, że nie wstawałam z fotela. Albo pojawiał się lęk. Jak długo to trwało? Za długo – uśmiecha się bezradnie. Nie chce dalej o tym mówić. – Ale dziś już prawie umiem sobie z tym radzić. Jak widzę, że zbliża się najczarniejsza chmura, wsiadam w samolot i lecę do ciepłego kraju. Do Indii, Nowej Zelandii. Tam, gdzie światło. Mądry lekarz mi wyjaśnił, że mam depresję endogenną, niezależną od niczego. Od kiedy poradziła sobie z chorobą, uważa, że trzeba o niej mówić. W ten sposób pomaga się tym, którzy poradzić sobie nie mogą, a wstydzą się iść do lekarza. – To, że intensywnie pracuję, ludzie chcą mnie słuchać, też jest dla mnie lekiem. Mój mąż powtarza: leczyć to się trzeba tak, że o 7 rano idzie się na basen, albo na rower. I inaczej wygląda życie. Ale nie wszystkim to pomaga. Na szczęście mojemu mężowi tak.

Mąż

Poznali się, gdy była w nie najlepszym stanie. – Właśnie rozstałam się z jednym takim, o którym była piosenka „Tam na strychu w Łomiankach”. I pojawił się on. Wziął mnie taką pokiereszowaną, z pięcioletnim chłopczykiem, z którego ojcem – wielką klasową miłością – nie chciałam się związać. W depresji, z czego jeszcze nie zdawałam sobie sprawy. Wyrzucona z telewizji, z zakazem występów, bo był stan wojenny… Ujął mnie niespotykanymi pokładami optymizmu i dobrej energii. Nigdy nikogo takiego nie znałam!

Gdy się spotkaliśmy, było tak, jak on opisuje: miałam zaciągnięte zasłony i żadnego górnego światła. Wszystko poprzestawiał. Tłumaczyłam: „Ja cię nie kocham, czemu ty mi się tu pałętasz”. Odpowiadał: „ Ale ja cię kocham, i to wystarczy”. Myślałam: jak odejdzie, trudno, najwyżej nie będę miała z kim chodzić na ten cholerny basen… Ale on wprowadził się do mojego małego mieszkania i zajął tym wszystkim, czym ja nie byłam w stanie. A sama nabrałam sił. Zaczęłam występować, robić przedstawienia, po drodze urodziłam mu cudowne dziecko. I ten mężczyzna, którego tak nie kochałam, dawał mi ogromną siłę. Aż pewnego dnia, nie wiadomo kiedy, uzmysłowiłam sobie, że łączy nas bardzo silne uczucie.

Dzieci

Dziś synowie artystki są dorośli. 30-letni Mateusz właśnie się ożenił (i uczynił ją teściową, co podkreśla, rozbawiona nową funkcją). 22-letni Franek, studiuje socjologię, nurkuje. Planuje podróż dookoła świata. – Gdy byli mali, siedziałam z nimi po trzy lata, bo nic nie uszczęśliwiało mnie bardziej – mówi. – Gdy słyszę skargi, że jakiejś kobiecie opieka nad dzieckiem zabrała kilka lat – nie rozumiem. Mnie dała tyle życia! Otoczona pluszowymi misiami, zabawkami, nadrobiłam swoje dzieciństwo. I to, co życie mi oddało, to wielka miłość tych dorosłych już mężczyzn. Nigdy nie chciałam ich zawłaszczyć. Dałam im korzenie i skrzydła. Mają swoje światy, ale na Wigilię zawsze przyjeżdżają do domu, choćby nie wiem co.

Dom

Jasny i przestronny, pełen śladów osób bliskich jej sercu. Fotografii, rysunków, filiżanek, książek. I pamiątkowych tabliczek: „Poręcz im. Magdy Czapińskiej”, „Próg im. Jeremiego Przybory” (wiecznie się o niego potykał), „Toaleta im. Krystyny Jandy”. Wewnątrz porcelitowe jej popiersie. – Krysia ma wspaniałe poczucie humoru na swój temat. Podziwiałam ją, zwłaszcza za to co robi przez ostatnie dwa lata. A to ona wymogła na nas, by jak najszybciej zrobić na dole WC dla gości – śmieje się gospodyni. Oprowadza po domu. Kolorowa biblioteka („im. Agnieszki Osieckiej”) to „pokój pachnący mądrością”, jak nazwał go nocujący w nim czasem poeta Poniedzielski. Jest i zapasowa kuchnia, ciasna, bez okien, z pralką. – Żebym nie zapomniała czasów, gdy mieszkałam w bloku… – (przykład poczucia humoru męża). A to się może zdarzyć, bo za oknem, zamiast ulicznego ruchu, loty wróbli. Drzewa. Za to sąsiadów ma tuż, na wyciągnięcie ręki po sól. Sami bliscy, ulubieni aktorzy. – Ale, wbrew pozorom, wcale nie jestem osobą, która łatwo się zaprzyjaźnia.

Przyjaźnie

– W liceum miałam dwie bratnie dusze, Tupciową i Dankę. Spotykamy się do dziś i wspominamy dawne czasy. Jest moja ścisła egzekutywa: Zuzia Łapicka (jej imię nosi domowy zaułek), Magda Czapińska, Krysia Janda. Już bez Agnieszki Osieckiej, z którą nie było dnia, żebyśmy nie rozmawiały. A czasem nawet milczały, bo w każdą niedzielę chodziłyśmy na długie spacery po parku Skaryszewskim czy Łazienkach. Te spacery pomagały leczyć nerwy jednej i drugiej. Agnieszka ciągle dla mnie bardzo jest… Ale przez telefon porozmawiać nie możemy. To boli – ucina. – Za to pracuję i codziennie rozmawiam z Andrzejem Poniedzielskim i to jest wielki dar. Uważam go za najzdolniejszego w Polsce – obok Wojtka Młynarskiego – poetę piosenki. Cenię i uwielbiam go od ponad trzydziestu lat. Jednak dopiero od niedawna, gdy zaczęliśmy razem pracować, zaprzyjaźniłam się z nim bardziej. Mamy podobny typ poczucia humoru. Obydwoje jesteśmy wychowani na cudownej twórczości Jeremiego Przybory – uśmiecha się. – Mistrza delikatności, humoru, poezji. Prezentera świata, którego dawno nie ma. Jeremi odszedł prawie cztery lata temu. A ja do dziś nie potrafię skasować jego numeru ze swojej komórki.

Jeremi Przybora

Podziwiała go od dzieciństwa. I ten idol nieoczekiwanie zszedł do niej z ekranu. Jak w filmie „Purpurowa róża z Kairu”. Zderzyła się z nim kiedyś na telewizyjnym korytarzu. Przybora się uśmiechnął, a ona po raz pierwszy ośmieliła się do niego przemówić. – Towarzyszył mi przez następnych 25 lat. Kawał życia – zauważa. – Był moim mentorem, drugim ojcem, ukochanym poetą, przyjacielem, ja wiem, kim jeszcze? On i jego żona Alicja byli dla mnie Opoką. Zawsze wiedziałam, że mogę do nich pojechać i dostanę dużo ciepła. Jaki to był dla mnie zaszczyt, że oni mnie do swojego życia przyjęli! Naprawdę: żal mi świata, który nie zna tego, co Jeremi napisał… Już to kiedyś mówiłam: gdy on i Agnieszka Osiecka odeszli, myślałam: powinnam Bogu dziękować, że w ogóle miałam szczęście ich spotkać! Nie każdy je miał. Oczywiście, skoro oni chcieli ze mną rozmawiać, to musiało być we mnie coś ciekawego. Ale takie „coś ciekawego” pewnie miewają miliony osób! A innym się nie udało. Pamięta, przed śmiercią Jeremi Przybora mówił, że życie, jako forma spędzania czasu, przestaje go interesować. – Jest pochowany na cmentarzu kalwińskim w Warszawie. Uwielbiam to miejsce.

Chłopiec

– Czasem myślę, że ja dostałam dużo za dużo – zamyśla się. – Może stąd moja potrzeba pomagania innym? To naprawdę nie jest wyczyn, gdy się zaznało tyle dobra. Proszę nie pisać, że jestem taką „Dobrą Panią, ABC”. Próbą pomocy nie poprawiam sobie samopoczucia, ale staram się je poprawiać innym. I ciągle mam wrażenie, że mogłabym zrobić coś więcej. Podziwiam Jankę Ochojską i Annę Dymną. Od pięciu lat działa jej strona internetowa, poprzez którą towarzyszy młodym ludziom. Często odbiera listy z prośbą o pomoc duchową. I materialną. – „Pani Magdo, nie mam na studia…” – cytuje. Stara się pomagać, na ile może. I boli ją, że czasami rodzice albo krewni dzieci, którym pomaga, nie znają umiaru. I wykorzystują ją. Kiedyś dała pieniądze na zbudowanie podjazdu dla chłopca na wózku inwalidzkim. Sporo. Zaraz dostała kolejny list, że właściwie to potrzebne jest dwa razy tyle. – Poczułam się jak złota rybka. I znielubiłam żony rybaków… Rodzina nie powinna była tego robić ani mnie, ani temu chłopcu, o którym do dziś nie mogę przestać myśleć. Strasznie trudno jest pomóc całemu światu. Ale mam nadzieję – tak mi wszyscy tłumaczą – że jak płacę podatki, to one idą na pomoc potrzebującym.

Czego żałować?

– Czasem nadziwić się nie mogę, że ja, dziewczynka z moim dzieciństwem, chorym bratem, tak długą wiarą w nieprawdziwą historię Polski, przeszłam taką drogę. Poznałam niezwykłych ludzi, doświadczyłam tylu wzruszeń i cudownych chwil – zastanawia się. – Dziś mam 58 lat, jestem trochę schorowana, choć może na to nie wyglądam – nieśpiesznie skubie ciasto. – Czy czegoś żałuję? Niczego. Kilka razy w życiu zrobiłam coś niemądrze, ale nauczka, jaką zaraz dostałam, bardzo mi się przydała. Jako młoda osoba myślałam, że wszystko można, pokory nabrałam z wiekiem – uśmiecha się przyjaźnie. – Mogłabym powiedzieć: strasznie chciałabym być szczuplejsza, ale gdyby nie wiązało się to z niejedzeniem słodyczy – śmieje się. – Jestem osobą spełnioną… Mam za co dziękować Bogu.

SERDECZNIE DZIĘKUJEMY PANI MAGDZIE UMER ZA GOŚCINĘ, PANU ANDRZEJOWI PONIEDZIELSKIEMU ZA SZCZEGÓLNĄ OPIEKĘ NAD PTACTWEM ORAZ PANU STANISŁAWOWI ROSZKOWSKIEMU ZA WYPOŻYCZENIE PIĘKNYCH KUR I KOGUTÓW DO SESJI (KONTAKT: 0 22 760 41 61, WWW.CZUBATKAPOLSKA.PL).

Sylwetka gwiazdy : Magdalena Umer