Z racji wykonywanego zawodu podróże są na stałe wpisane w ich kalendarz. Kiedy pojawili się synowie, niewiele się zmieniło. Teraz po prostu jeżdżą we czwórkę. Dzięki temu mają okazję spojrzeć na świat oczami dziecka.

ANITA SZARLIK: Kto kogo zaraził podróżowaniem?
KRZYSZTOF KOBUS: Nie ma tu jednego winnego. Uczyliśmy się od siebie wzajemnie. Ja zacząłem jeździć z Anią do egzotycznych krajów, ona ze mną podróżowała po Polsce, której wcześniej dobrze nie znała.

Ile lat mieli Wasi synowie, gdy zabraliście ich w podróż na Daleki Wschód?

ANNA OLEJ-KOBUS: Staś miał pięć i pół miesiąca. Gdy wracaliśmy – prawie osiem. To były ważne miesiące. W Birmie wyrosły mu dwa zęby, w Kambodży nauczył się sam siedzieć. A Michałek w Bangkoku skończył dwa latka. Urodził się 17 lutego 2005 roku, dokładnie w 25. rocznicę pierwszego zimowego wejścia na Everest. Może to znak, że ma być zdobywcą?

Wyprawa z niemowlakami na drugi koniec świata. To kompletne szaleństwo!

ANNA: Tak też powiedział nasz lekarz rodzinny. Uznał wręcz, że jesteśmy nieodpowiedzialni. Na szczęście inny lekarz, zajmujący się chorobami tropikalnymi, stwierdził, że co prawda takiej wyprawy nie może rekomendować, ale nas rozumie. Nie była to jednak pierwsza wyprawa chłopców. Gdy Michał miał miesiąc, zabraliśmy go na kilka dni do Ojcowskiego Parku Narodowego. Pracowaliśmy wtedy nad albumem fotograficznym o Polsce. Terminy goniły. Krzysztof mógł, oczywiście, jechać sam, ale doszliśmy do wniosku, że byłoby to nie fair. On jeździ, fotografuje, chłonie, a ja siedzę zamknięta w czterech ścianach? Za dobrze się znam – czułabym się niedowartościowana, sfrustrowana, załamana. Potrzebowałam tego wyjazdu. I kolejnych.