Podobno w Polsce w ciągu ostatnich 3 lat liczba zachorowań na ospę wietrzną wzrosła o 20 proc. Z czego się bierze ten nagły atak wirusa „wiatrówki”?

Paweł Grzesiowski: Z tego, że w Polsce wirus może szerzyć się bez żadnej kontroli, a ponadto zmienia się model społeczny. Po pierwsze, coraz więcej dzieci mieszka w miastach, po drugie, coraz więcej chodzi do żłobków i przedszkoli, a to właśnie w tych skupiskach najłatwiej dochodzi do zakażeń. Na ospę chorują przecież głównie dzieci do piątego roku życia.

Nie chorują za to prawie wcale na inne choroby, tak powszechne jeszcze 10 lat temu: różyczkę, odrę i świnkę.

Paweł Grzesiowski: Bo prawie wszystkie dzieci są uodpornione dzięki szczepieniom. Szczepionki przeciw różyczce, odrze i śwince są refundowane i dzięki temu dzieci w Polsce już na te choroby nie zapadają. Nie ma prawie w ogóle np. odry – zdarza się może 30 przypadków na rok, a chorują te dzieci, których rodzice nie zaszczepili, mimo iż jest to obowiązkowe. W krajach, gdzie zaniedbano szczepienia, odra atakuje bezlitośnie – np. we Francji zachorowało już ponad 12 tysięcy osób od początku roku! Na różyczkę obecnie w Polsce zapadają najczęściej dorośl i mężczyźni, ponieważ jeszcze 10 lat temu w ogóle nie szczepiono przeciw tej chorobie chłopców. Uznawano, iż tylko szczepienie dziewczynek jest konieczne, bo różyczka może powodować powikłania podczas ciąży. Teraz mamy tego efekty: chorują dorośli mężczyźni, którzy nie zostali na tę chorobę uodpornieni. Jednak od 2003 roku szczepi się już wszystkie dzieci w wieku 13 miesięcy i 10 lat trzyskładnikową szczepionką przeciw odrze, śwince i różyczce i niedługo problem braku odporności u dorosłych przestanie istnieć. Aktualnie wśród dzieci i młodzieży do 18. roku życia te choroby zdarzają się sporadycznie, bo gdy trzyskładnikowa szczepionka znalazła się na liście obowiązkowych, wprowadzono program szczepienia wszystkich nieszczepionych wcześniej. Przez 3 lata szczepiono dzieci w wieku 10 –13 lat, by jak najszybciej uzyskać ochronę najmłodszego pokolenia. I podobnie powinno się zdarzyć ze szczepionką na ospę.

A jednak na liście obowiązkowych jej nie ma.

Paweł Grzesiowski: Na razie jest jedynie na liście szczepień zalecanych m.in. przez Pediatryczny Zespół Ekspertów ds. Szczepień. Opinię o konieczności szczepienia dzieci przeciw ospie wydano już trzy lata temu. Ale – co tu dużo mówić – w tej chwili po prostu nie ma w budżecie Ministerstwa Zdrowia pieniędzy, by tę szczepionkę refundować. Gdyby szczepienia finansował w Polsce NFZ, z całą pewnością pieniądze by się znalazły. Mam nadzieję, że w ciągu kilku lat dojdzie do zmian w przepisach i na liście szczepień refundowanych ona się znajdzie. W wielu krajach, szczególnie tych bogatszych, np. w Niemczech, jest refundowana, bo szczepienie dzieci jest bardziej opłacalne niż ich leczenie. Jestem przekonany, że i u nas już niedługo tak będzie. Jeżeli podliczy się koszty zwolnień lekarskich dla rodziców, leczenia samej ospy, leczenia jej powikłań, pobytów w szpitalu, to się okazuje, że jednak taniej jest szczepić.

Ale – pomijając budżet państwa – czy ospa naprawdę stanowi taki problem? Kiedyś nikt nie robił wokół niej tyle szumu. W dzieciństwie większość z nas ospę przechodziła i nikt nie umierał. Po co się szczepić, skoro można przechorować?

Paweł Grzesiowski: Większość ludzi ospę kojarzy ze swędzącymi krostami na skórze. I myśli się, że do jej leczenia wystarczy gencjana. A to nie jest prawda. „Przechorować”, oczywiście, można, lecz istnieje ryzyko powikłań. Rzeczywiście, kiedyś o tym zagrożeniu się nie mówiło, jednak to nie znaczy, że ciężkie przypadki ospy się nie zdarzały. Medycyna, na szczęście, idzie do przodu i wraz z jej postępem coraz bardziej ograniczamy ryzyko zachorowania na różne choroby. Nie można więc sobie pozwolić na takie mówienie: to nie jest groźne i nie ma sensu szczepić, jeśli wiemy, że istnieje realne ryzyko powikłań.

Powikłania po ospie? Przecież to chyba dość łagodna choroba.

Paweł Grzesiowski: U jednych łagodna, u innych nie. Problem w tym, że nie da się przewidzieć, u których dzieci wystąpią powikłania, a u których nie, i nie wiadomo, od czego to zależy. W każdym razie ok. 10 proc. dzieci do 14 lat przechodzi ospę dość ciężko. Należy więc raz na zawsze skończyć z mitem o ospie jako chorobie, którą trzeba dziecko zarazić, by ją „przechorowało”. Poza tym ospowe pęcherzyki mogą zostać nadkażone przez gronkowce lub paciorkowce, co może skończyć się nawet sepsą, a w najlepszym razie szpecącymi bliznami. Po co dziecko na coś takiego narażać?

Jakie mogą być te powikłania po ospie?

Paweł Grzesiowski: Pierwsza grupa jest wynikiem ciężkiego ataku wirusa: najczęściej to zapalenie mózgu, zapalenie płuc czy zapalenie rogówki. Drugą grupę powikłań stanowią choroby wynikające z ataku innych drobnoustrojów na osobę chorą na ospę – najczęściej są to bakteryjne zakażenia skóry, płuc, ucha i zatok. Wirus ospy osłabia system odpornościowy, dlatego zalecamy, aby przez 3 miesiące po ospie rodzice szczególnie uważali na dziecko, gdyż jest ono bardziej narażone na choroby bakteryjne. W tym też okresie – właśnie ze względu na obniżoną odporność dziecka – można odroczyć szczepienia ochronne, nawet jeżeli kalendarzowo wypada ich termin.

Naprawdę nie można nic zrobić, by ograniczyć ryzyko takich powikłań?

Paweł Grzesiowski: Niektórych z nich można co najwyżej nie prowokować. Część bakteryjnych zakażeń skóry jest, niestety, związana z polskim sposobem na ospę. A ten polega na smarowaniu dziecka od stóp do głów białą papką, która ma zapobiegać swędzeniu. Oraz na niemyciu dziecka w czasie choroby. To jest kolejny szkodliwy mit – należy robić dokładnie odwrotnie: codziennie pod prysznicem myć dziecko wodą i mydłem odkażającym. Jeśli się tego nie robi i maluch przez kilka dni leży wysmarowany białą mazią, spocony od gorączki, to pod tą grubą warstwą maści, która w założeniu ma leczyć, powstają doskonałe warunki do rozwoju gronkowcowego czy paciorkowcowego zapalenia skóry.

Dziecko może też zarazić dorosłych, którzy wcześniej nie chorowali?

Paweł Grzesiowski: Może, a na dodatek wśród tych dorosłych mogą być osoby chore, z upośledzoną odpornością, a także kobiety w ciąży. A w takich sytuacjach ospa jest już naprawdę niebezpieczna.

Kiedy więc najlepiej zaszczepić dziecko?

Paweł Grzesiowski: Pediatryczny Zespół Ekspertów ds. Szczepień zaleca rozpoczęcie szczepienia przeciw ospie wietrznej między 13. a 23. miesiącem życia dziecka. Żeby mieć 95 proc. pewności , że dziecko nie zachoruje, trzeba mu podać dwie dawki tej szczepionki. Jedna, niestety, nie wystarcza, ale nawet jeśli dziecko zarazi się i zachoruje po tym pierwszym szczepieniu, to przebieg choroby będzie łagodniejszy.

A starsze dzieci też można zaszczepić?

Paweł Grzesiowski: Można, jeśli nie chorowały, i ja bym to zdecydowanie zalecał. Dlatego, że dzieci starsze przechodzą ospę ciężej niż młodsze. Udowodniono, że u osób po 14. roku życia ryzyko powikłań jest dziesięciokrotnie większe. Można szczepić również osoby, które nie chorowały wcześniej, a zetknęły się z chorym na ospę wietrzną. Najlepiej zrobić to do 72 godzin po kontakcie z wirusem. Jeśl i jednak nawet dojdzie do zachorowania, szczepionka może złagodzić przebieg choroby.

A jeśli ktoś już chorował? Czy na ospę można zachorować drugi raz?

Paweł Grzesiowski: Zasada jest taka: szczepi się osoby, które nie chorowały; jeżeli ktoś w dzieciństwie przechodził ospę, uznaje się go za uodpornionego. Chociaż okazuje się, że jeśli choroba przebiegała łagodnie, to po 20–40 latach odporność na nią wygasa i można ponownie się zarazić. No i druga rzecz: osoba, która przechorowała ospę, może zawsze zachorować na półpasiec. A po szczepieniu nie. Czyli ktoś, kto naraża swoje dziecko na zachorowanie na ospę, zgadza się również na ryzyko półpaśca, bo u części osób wirus zostaje w organizmie na całe życie i w sytuacji osłabienia odporności może się uaktywnić. Ostatnio konsultowałem pacjentkę, która zachorowała na półpasiec, będąc w końcowym okresie ciąży. To był poważny problem dla niej, dla dziecka, a także dla szpitala, bo chora wymagała ścisłej izolacji. Nie mam wątpliwości, że lepiej być zaszczepionym, ponieważ przechodzenie półpaśca czy ospy w ciąży jest ryzykowne.

Brzmi to wszystko rzeczywiście bardzo groźnie. A ile kosztuje taka szczepionka?

Paweł Grzesiowski: Dwie dawki kosztują około 350 złotych. Można też wybrać szczepionkę czteroskładnikową i za jednym zamachem zaszczepić dziecko przeciw ospie, odrze, śwince oraz różyczce. Tyle że korzystają z tego głównie rodzice zamożniejsi, bo dwie dawki tej szczepionki to wydatek około 600 złotych.

Jest jednak grupa rodziców, która twierdzi, że szczepienia są bardziej szkodliwe niż same choroby. Ostatnio sporo się o tym słyszy...

Paweł Grzesiowski: To jest w gruncie rzeczy niezbyt liczna grupa, choć dość aktywna i głośna. Ich przekonanie o szkodliwości szczepionek jest związane m.in. z lękiem przed thiomersalem, rtęciowym konserwantem, którego już w tej chwili nie ma w 99 proc. szczepionek. I z pewnością nie zawierają go te przeciw odrze, śwince, różyczce i ospie. Jest w obowiązkowej trzyskładnikowej szczepionce przeciw błonicy, tężcowi i krztuścowi oraz w jednej ze szczepionek przeciw żółtaczce typu B. Jednak 60 proc. polskich dzieci szczepionki z tym konserwantem nie dostaje, bo rodzice wybierają płatne pięcioskładnikowe lub sześcioskładnikowe (przeciw błonicy, tężcowi, krztuścowi, polio i Haemophilus inf luenzae typu B oraz WZW B). Warto wiedzieć, że choć odchodzi się od thiomersalu, nie udo- wodniono toksyczności dawek stosowanych w szczepionkach. Osoby, które swych dzieci nie szczepią, mogą im nieświadomie zaszkodzić. Tacy rodzice działa- ją w dobrej wierze, ale w efekcie narażają dzieci na zakażenie chorobami zakaźnymi. I dla części tych dzieci może to się skończyć groźnymi powikłaniami lub śmiercią, tak jak we Francji, gdzie już czworo dzieci zmarło w tym roku z powodu odry!