Nie wychowywano mnie zgodnie z zasadami jednej religii. Chyba najbardziej pamiętam rytualne modły mojej matki. Modliła się do buddyjskich bożków, czczonych w chińskich wsiach od pokoleń, oraz do naszych przodków – każdego pierwszego i piętnastego dnia miesiąca księżycowego. Stałam wtedy przed owocami albo – przy specjalnych okazjach (jak chiński Nowy Rok) – przed gotowanym kurczakiem, smażoną rybą i ryżem, trzymając kadzidło i prosząc bogów oraz przodków o same szóstki, dostanie się do wybranego liceum i, oczywiście, o zdrowie i dobrobyt dla mojej rodziny.

Podczas pogrzebów mojej prababki i babki, mając lat dziesięć i dwadzieścia, bez namysłu śpiewałam, kłaniałam się i klęczałam jak reszta członków rodu – rodzice, wujowie, ciotki, rodzeństwo dziadków. Wszyscy w białych szatach i nakryciach głowy. Nie rozumiałam nic a nic z filozoficznych podwalin tamtych rytuałów, a moja matka nie była w stanie mi ich wyjaśnić, kiedy o nie pytałam. Nikt w rodzinie nigdy nie odwiedzał świątyń, może poza chińskim Nowym Rokiem. Nikt nie czytywał religijnych pism. Nasze à la religijne praktyki były bardziej zakorzenione w kulturze popularnej i w tradycyjnych wiejskich mitach sprzed kilkuset lat niż w ezoterycznych naukach Buddy, które przypominały raczej obrządek zachodniochrześcijański. W szkole w naturalny sposób przesiąkłam nieco naukami o religii, ponieważ niemal każdy poemat, sztuka, nowela i powieść, które opracowywaliśmy na lekcji angielskiego, zawierały odniesienia do Biblii. To samo dotyczyło lekcji historii, na której uczono nas, że judaizm i chrześcijaństwo ukierunkowały rozwój cywilizacji Zachodu.

Wzrastałam więc w wierze we wszystko po trochu, wykształcając własny filozoficzny i duchowy kręgosłup moralny. Wierzę w to, że moi przodkowie nie odeszli, że wciąż się mną opiekują. Wierzę w Boga, może nie takiego, jakiego opisuje Biblia, ale w Boga Wszechmogącego i Wszechobecnego. Myślę, że Bóg jest na tyle wielki, że mój mały ludzki umysł nie jest w stanie Go pojąć. Ale być może moja pozbawiona ograniczeń dusza właśnie zaczyna coś rozumieć w przebłyskach jasności, chwilach, które Budda nazwałby krańcowym oświeceniem. Dla uproszczenia nazwałam te wszystkie niewidzialne siły Bogiem.

Rozmawiałam z Bogiem i krzyczałam na Niego, kiedy dorastałam. Szczególnie w bezsenne noce, podczas których w złości szukałam odpowiedzi na moje pytania – krótko mówiąc, Dlaczego ja? Oczywiście to pytanie zadaje sobie wiele osób na Ziemi. Ale każdy z nas cierpi w samotności. W moim przypadku pytanie brzmiało: Dlaczego to ja przyszłam na świat z wrodzoną zaćmą? Dlaczego to ja mam życie ograniczone przez ślepotę, jestem na zawsze przeklęta i bez szans na wykorzystanie mojego pełnego potencjału? Przecież mogłam być świetną tenisistką, szpiegiem CIA albo legendarnym odkrywcą jak Jacques Cousteau. Dlaczego wszyscy moi kuzyni mogli prowadzić samochód, a ja nie? Dlaczego te wszystkie dziewczyny ładne, choć często niegrzeszące rozumem były, wciąż otoczone przez przystojniaków, a ja czułam się zobligowana do chowania się po kątach zawstydzona grubymi szkłami okularów? Wykrzykiwałam gniewnie ku Bogu cały ból dorastania z niepełnosprawnością wzrokową. I Bóg bardzo dużo mi powiedział.

Wsłuchiwałam się w Jego odpowiedzi. Poszukiwałam ich również we własnym sercu i w umyśle. Minęły długie lata, zanim je w końcu znalazłam. Zaczęłam głęboko wierzyć, jak wszyscy Chińczycy, w równowagę wszechświata. Zrozumiałam ją. Jej istnienia dowodzą yin i yang, kobieta i mężczyzna, niebo i ziemia, słońce i księżyc, dobro i zło. Zgodnie z zasadami karmy wszystko we wszechświecie wraca do stanu równowagi, a zatem równowaga istnieje. Musi istnieć.

W tamte bezsenne noce zawarłam więc z Bogiem układ. „No dobra, Boże. Jeśli na serio chcesz mnie tym obarczyć, to daj mi za to jakąś nagrodę. Przywróć równowagę mojemu życiu. Odpłać mi czymś dobrym za wszystkie cierpienia – musisz przyznać, że niepełnosprawność wzrokowa to cierpienie całkiem sporego kalibru. Chcę nazwać to dobro po imieniu. Tę rekompensatę za gówniane życie, jakim mnie obdarowałeś. Chcę znaleźć prawdziwą, wielką miłość. Kogoś, kto będzie mnie kochał bezmiarem bezkompromisowej miłości do końca moich dni”. To był jednostronny układ, jaki zawierałam z Bogiem noc po nocy.

Pewnie byłam jak miliony innych nastolatek z głową pełną romantycznych idei po lekturze powieści Barbary Cartland i harlekinów. Ojciec zabraniał mi ich czytania, nazywał je swoim specyficznym łamanym angielskim książkami „I love you”. Chowałam je więc pod chińskim kalendarzem i pochłaniałam w ukryciu, marząc o „tym jedynym”. A więc są jakieś plusy w posiadaniu rodziców, którzy nie znają angielskiego! W negocjacjach z Bogiem, spośród wszelkich możliwych życzeń, jako wynagrodzenie wybrałam miłość, ponieważ wydawała mi się niedościgniona. Sądziłam, że ja sama nigdy jej nie znajdę, że jestem zdana na pastwę czasu i własnego losu. To nie było jak strzelenie pięknej bramki, będącej efektem konsekwentnej i katorżniczej pracy własnej. Byłam przekonana o niedostępności miłości, ponieważ nie wierzyłam, że ktokolwiek mógłby mnie pokochać. Kto by mnie chciał z taką fizyczną wadą? Kto by się w ogóle zgodził na współdzielenie takich ograniczeń? Który atrakcyjny mężczyzna chciałby mnie wszędzie wozić, czytać mi kartę dań w restauracji, sprowadzać mnie po schodach, nie móc ze mną zagrać w tenisa, narażać się na ciekawskie spojrzenia rodziny i przyjaciół? Żaden – myślałam. Byłam tylko dziwaczną okularnicą.

Ale Bóg zgodził się na moją propozycję!

Dał mi wysokiego, ciemnowłosego (no prawie), przystojnego, błyskotliwego Josha. Może się to wydawać nieprawdo­podobne, ale ten dobry chłopak z Południa wszedł pewnego dnia, wiele lat temu, do biura ledwo widzącej imigrantki z Wietnamu w luksusowym wieżowcu na Dolnym Manhattanie. Było to działanie sił wszechświata (czytaj: Boga). Wiem, że tylko garstka ludzi odnajduje w życiu taką miłość, jakiej doświadczam z Joshem. Nasza została wystawiona na próbę, umocniona od samego początku za sprawą ogromnych wyzwań (jak teraz walka ze śmiercią). Od samego początku wiedziałam, że Josh ma niezwykle dobre serce, wyjątkowe jak na przedstawiciela gatunku ludzkiego, który z natury jest pełen wad. Zawsze starałam się i nadal się staram chronić jego piękne serce przed wszelkimi zagrażającymi mu niebezpieczeństwami. Przynajmniej tyle mogę zrobić dla mężczyzny, który wciąż mnie kocha, który nieustannie dba, abym miała przy sobie butelkę z wodą, który, gdy zasypiam na kanapie, pilnuje, żebym poszła potem spać do łóżka, który czyta mi menu w restauracji, jakby to było najnormalniejszą rzeczą na świecie, który kocha mnie taką, jaka jestem.

Ale nie mogę go ochronić przed rakiem i wszystkim tym, nad czym nie jestem w stanie zapanować. Nie mogę w żaden sposób ukoić jego ciągłego strachu przed życiem beze mnie. Nie umiem mu pomóc w pokonaniu własnej bezsilności. Nie mogę mu obiecać, że wygram tę walkę. Nienawidzę tego, co rak mu wyrządza. Nie mogę patrzeć, jak płacze przez moją chorobę, wścieka się w desperacji. Nie znoszę raka bardziej przez to, co robi Joshowi niż mnie samej.

Od postawienia diagnozy noszę w każdym zakątku mojej duszy i ciała obawę o Josha i wszystkich, których kocham. Dlaczego tak dużo spał przez weekend? Może ma raka? Co z bólem nadgarstka i niestrawnością, na którą się skarży? Ze strachem w oczach patrzę na dzieci. Czy Belle ma raka mózgu, bo raz straciła równowagę? Czy Mia ma raka, bo jej kupka raz wyglądała dziwnie? Rak jest tak podstępny, że atakuje cały twój umysł. To nawet nie choroba, to wróg życia, sprawia, że twoje własne ciało staje się nieprzyjacielem. W bestialski sposób podważa nawet najmniejszą pozytywną myśl. Jeśli rak i całe ohydztwo z nim związane ośmielą się zaatakować raz, będą czyhały, żeby zrobić to znowu. Jestem o tym przekonana.

Więc nie sypiam po nocach, leżę, wsłuchuję się w głosy w mojej głowie, zadaję sobie pytania, co będzie dalej, co jeszcze strasznego może stać się ze mną i z moją rodziną. I znowu próbuję wejść w układ z Bogiem, przywołując ideę równowagi między dobrem a złem, której uczepiłam się dawno temu. W świecie, nad którym nie mamy żadnej władzy, co innego mogę robić? Tylko mówić, krzyczeć, uciekać, błagać Boga. Mówię mu: „Jeśli znowu ześlesz na mnie to paskudztwo, jeśli dasz mi go więcej, to trudno. Dam radę. Wiesz, że mogę to zrobić. Ale mój mąż, moje dzieci, moje rodzeństwo, wszyscy, których kocham, mają być bezpieczni. Cholera jasna! Zostaw ich w spokoju! Ze mną możesz robić, co Ci się, kurwa, podoba, ale ich nie waż się tknąć!”.

Pewna kobieta w grupie wsparcia powiedziała mi, że moje układy z Bogiem są formą modlitwy. Nigdy o nich w ten sposób nie myślałam, bo byłam do Boga negatywnie nastawiona. Ale przecież już kiedyś odpowiedział na moje prośby, czy to w formie błagań, czy układu. Nie mogę Mu nic rozkazać, nie mam też wpływu na pewne nieuniknione w życiu kwestie jak choroba czy śmierć w podeszłym wieku. Ale On wie, o co mi chodzi. I mam nadzieję, że znów przychyli się do mojej propozycji negocjacyjnej.

"Do ostatnich dni", Julie Yip Williams, Wydawnictwo MUZA