Szpagacik?

Ale co ja mam panu powiedzieć o szpagaciku...

Czym jest.

Akrobatyczną sztuczką, którą każda tancerka potrafi zrobić. Dzięki szpagatowi udało mi się podpisać kiedyś dobry kontrakt – zostałam solistką w zespole wielkiej Joséphine Baker.

Życiowe szpagaty też Pani wychodzą.

Chyba tak. Lubię zmiany, intensywność, energię, przeżywanie czegoś nowego.

No właśnie, energię. Konferencję prasową zaczęła Pani od podniesienia nogi w geście tancerki.

Zobacz także:

Nic innego mi nie pozostało. Robiłam to przez całe życie.

Życie w szpagacie. Ciekawe.

To jest zabawa – tak jak pianista uderza w różne klawisze, tak ja robię te moje szpagaty: z jednego zawodu do drugiego, z jednego męża do drugiego i z jednej przygody do kolejnej przygody.

„Podejrzewam, że w poprzednim wcieleniu byłam papugą”. Jaką?

Podejrzewam – powiedziałam (śmiech). A może będę w następnym? W każdym razie podążam w taką stronę, aby zostać na przykład arą. Lubię krzykliwe kolory, dużo gadać, machać skrzydłami.

Papugować?

Nie. Szukam własnej drogi.

Wciąż!? Jeszcze jej Pani nie znalazła.

Poszukiwanie jest cudowne. Po prostu rewela!

Co to znaczy?

Osiągnęłam taki moment w życiu, że mogę robić dokładnie to, na co mam ochotę.

Myśli Pani, że byłoby tak samo, gdyby została Pani w Polsce?

Podejrzewam, że to możliwe, ale nie mogłam tu zostać. A dzisiaj jestem Polką, która mieszka we Francji, przez długi czas pracowała w Nowym Jorku, a najlepiej czuje się w samolocie. Wszystko jedno, czy jadę do Rzeszowa, czy do „Koszmarkowa” albo za ocean.

Pytam o Polskę, bo typ Pani osobowości tutaj nie pasuje i skrzydła papugi na pewno zostałyby podcięte.

Podcinano, ale się nie dałam.

Już w siermiężnych czasach była Pani taka kolorowa?

Absolutnie. Przebierałam się w różne stroje, malowałam włosy, tańczyłam inaczej, niż mnie uczono przez 10 lat. Zawsze szukam tego, co mi daje przyjemność. Odkąd skończyłam trzy lata, moja naczelna dewiza brzmi: rób to,  na co masz ochotę. To nie znaczy: śpij cały dzień, pij martini i jedz czekoladę. Kiedy mam ochotę dokonać czegoś, to pracuję w pocie czoła! Kiedy pragnę zarobić 100 tysięcy dolarów, to „mrówczę” tak długo, aż je zarobię.

Mężczyźni Pani życia widzieli, że „Jej się nie da wyrównać”?

Myślę, że wszyscy mężczyźni i wszystkie kobiety na całym świecie powinni wiedzieć, że nikogo nie da się zmienić. Jak się wychodzi za pijaka i się wierzy, że on przestanie pić, to się nazywa: kompletna iluzja. Jak się wychodzi za faceta, który zmienia kobiety, to on nigdy nie będzie wiernym, idealnym mężem, o ile wierny mężczyzna jest idealny. Mój pierwszy, nieślubny mąż chciał mnie przerobić na burżuazyjną, elegancką panią domu. A ja nigdy nie byłam burżuazyjna, elegancka też nie byłam i daleko mi do pani domu.

Z wyjątkiem gotowania gulaszu. Nauczyła się Pani tego przez telefon – tak napisała Pani w książce. A dzisiaj ten gulasz jest daniem popisowym.

Oj, biedny pan był, musiał to czytać...

Nie tylko to: „Krystyna ćwiczy pod bardzo uważnym i krytycznym okiem swojego męża”.

Tamto małżeństwo trwało trzy miesiące. Było jednym z moich błędów życiowych, które trzeba popełniać. Od czasu do czasu. Na pewno żaden z moich facetów się ze mną nie nudził. Wszyscy, po kolei, to podkreślali. Jak i to, że łatwo ze mną nie było.

Wykańczała ich Pani?

Jeżeli, to niechcący. A jednemu z nich to wcale nie przeszkadzało: tak się przywiązał, że po 13 latach małżeństwa, a już chyba 28 od rozwodu, ciągle mieszka po drugiej stronie ulicy, wpada kilka razy dziennie, głównie w godzinach posiłku, i jest na każde zawołanie.

Nic poza posiłkiem Was nie łączy?

Nic. On jest dla mnie kimś w rodzaju czwartego dziecka – trzeba go prowadzać do dentysty.

Kolorowa papuga wychowała trójkę dzieci.

Kolorowe ptaki są strasznie poukładane – piórka w rządku, dziób ostry, pazury solidne… Dzieci wychowałam lewą ręką (śmiech). One się chyba tak na dobrą sprawę same chowały. Jestem z nich bardzo dumna. Udały mi się w życiu najbardziej.

Są – jak mama – kolorowymi ptakami?

Mój najstarszy syn jest czarnym ptakiem: ubiera się na czarno, maluje włosy na ten kolor, wszystkie przedmioty w domu łącznie ze szczoteczką do zębów i widelcami  ma  czarne. Córka natomiast jest kompletnym przeciwieństwem – zawsze nieumalowana, postronki zamiast włosów, rozciągnięte swetry, dziurawe  dżinsy. Cała trójka – bo jest jeszcze jeden syn – ma pasję do muzyki. Żyją z niej. Może – ale wyłącznie niechcący – nauczyłam ich kilku rzeczy: głównie tego, żeby się nie bać, bo to nas w życiu najbardziej hamuje. „Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu”. A właśnie ten gołąb jest świetny, bo przynajmniej jak z tego dachu spadniemy, to będziemy wiedzieli, że coś przeżyliśmy.

Pani wchodziła na te dachy?

Dalej wchodzę.

A pod dachami Paryża rozkręciła niezły interes. Kupiła służbówki, które przerobiła na porządne mieszkania i wynajmuje.

 

Musiałam sobie kupić wolność. Nie mogłam być biedną staruszką, która nie ma na bułkę i przejazd metrem. To już mi nie grozi. Upatrzyłam sobie te służbówki, bo były tańsze niż pięć pokoi z kuchnią. Taka wolność jest bardzo ważna. Można ją sobie kupić, tak jak ja – pracując bardzo mocno przez 10 lat. To zapewnia mi swobodny byt, a przy okazji spełniam macierzyński obowiązek: te wszystkie mieszkania dostaną moje dzieci na otarcie łez w dniu mojej śmierci.

Nieruchomości zastąpiły taniec. A mogła Pani przecież uczyć następców, być profesorką szkoły baletowej.

Broń Boże! Ja nie znoszę uczyć, nikogo niczego jeszcze nie nauczyłam. To ostatni zawód, jaki chciałabym wykonywać: pedagog, a w szczególności pedagog tańca.

Dlaczego? Nie ma Pani cierpliwości?

Przede wszystkim nienawidzę złych uczniów. Kiedy przychodzili do mnie, a ja widziałam, że niczego nie umieli, najchętniej bym ich wtedy wyrzuciła, pokopała. A przecież oni byli niewinni! Nie mam żadnych zdolności pedagogicznych, ale lubię za to wszystko, co jest kreatywne: kolejny układ choreograficzny, napisanie książki, urządzenie mieszkania, zmiana stylizacji stroju, nowy makijaż.

Oglądałem Pani zdjęcia sprzed lat – nie zawsze była na nich taka pełna koloru kobieta. Przeciwnie – naturalna, potargana, bez pudru...

Słowa „naturalna” nie znam. Wtedy również byłam przebrana – za naturalną. Naturalne jest dla mnie czymś ohydnym, ja naturalnie mam brudne paznokcie, śmierdzę pod pachami i jestem niezadowolona. Precz z naturą! Już oderwaliśmy się od tej ziemi, wyszliśmy z epoki kamienia łupanego. Natura jest okrutna, lwy pożerają jelonki!

Na paryskiej ulicy spotkałbym Panią również w tiulach i ze sterczącymi włosami?

Zawsze, dokładnie taką samą, w Nowym Jorku i w Moskwie. Inne są reakcje ludzi, których mijam – w Polsce słyszę: „Wariatka! Jak pani wygląda!”, w Moskwie pluli za mną na ulicy – głównie kobiety. W Nowym Jorku, już na lotnisku, kiedy przekroczyłam granicę, usłyszałam: „I like your hair” (Podobają mi się twoje włosy). To było pierwsze zdanie w języku angielskim, którego się nauczyłam – fonetycznie – bo nie wiedziałam, co znaczy.

Co dzisiaj Panią nakręca?

Wczoraj jeszcze wlazłam na scenę, odtańczyłam coś, było mi bardzo przyjemnie. Napęd daje mi to, że umiem się cieszyć ze wszystkiego. Każda podróż mnie cieszy, nowa przygoda, kontrakt, nowy pomysł. Zawsze proszę w hotelu o pokój z wanną. Leżąc w niej, oblana ciepłą wodą wymieszaną z olejkami i pianą, mam czas na kreację. W wannie wymyśliłam choreografię, kiedy miałam 19 lat, w wannie wymyśliłam, że będę tancerką, że będę miała pierwsze dziecko, tak samo było z drugim i trzecim. Wymyślam sobie przygody, podróże, sposób na życie.

Krystyna Mazurówna – Archimedes.

Eureki jeszcze nie odkryłam... No może taką moją małą eurekę. To na pewno.