"Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu" [fragmenty] 

Przedstawiamy fragmenty książki "Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu" Wyd. Burda (dostępna na kultowy.pl), która 17 czerwca ma oficjalną premierę.

 

WSTĘP

Współczesny świat kreował w nas indywidualistyczne podejście do życia. Zamykaliśmy się przed innymi, często nie bacząc na wzajemne potrzeby i emocje. Jednocześnie wymagał też pełnego dostosowania się do ogólnie panujących zasad, norm, schematów. Pomieszanie z poplątaniem – bo jak można być indywidualistką, skoro  wyłamanie się z kanonu od razu naraża na wykluczenie? Co przy tym ważne, owo „wykluczenie” często mamy już tak głęboko wpojone, że nawet jeśli nie przyjdzie  z zewnątrz, same potrafimy je sobie urządzić. Nie mam ciała w rozmiarze XS? Proszę bardzo, zaczynam katować je dietami, a psychikę poczuciem winy i wstydem. Nie lubię jarmużu, chociaż jest przecież supermodny i zdrowy? Trudno, będę go  jadła, nie zwracając uwagi na sygnały, jakie wysyła mi organizm. Moje macierzyństwo nie jest tak piękne jak na okładkach gazet? No tak, coś jest ze mną nie tak –  jestem złą matką, partnerką, człowiekiem... Machina błędnych kół kręci się i kręci bez ustanku.

Na początku 2019 roku kilka kobiet – dietetyczek i psychodietetyczek – postanowiło wziąć sprawy w swoje ręce. Od lat widziały w swoich gabinetach, z jak wielką presją zmagają się ich pacjentki. Presją z pozoru dotyczącą tylko jedzenia i wyglądu ciała – obszarów tych bowiem nie da się oddzielić od całej reszty życia. Widziały  więc łzy, rozpady związków, szalenie skomplikowane relacje z dziećmi. Doświadczały kobiecego cierpienia, wstydu, izolacji... Ile można?!Chcąc jednak z tym wszystkim walczyć, same musiały w pewnym sensie posypać głowy popiołem – przecież nieraz widziałyśmy je w telewizji, mówiące, jak „dbać o linię”. W porządku... jest to skrót myślowy, co nie zmienia faktu, że zanim zmieni się trybiki we wspomnianej już machinie błędnych kół, trzeba w ogóle zauważyć, z jaką siłą się one kręcą. „Dziewczyny, przecież to iluzja... Mam już tego dość! Wy też?” – słowa Agaty nie pozostały bez echa. Obudziły coś, z czym każda z twórczyń Fundacji Kobiety bez diety mierzyła się od dawna. Przestały być jednak ze swoimi myślami same. Stanęły ramię w ramię, odsłaniając przy tym nie tylko swoje mocne strony, lecz także słabości. Odsłaniając ogromną siłę, lecz także niemoc, która w konfrontacji z obsesją piękna zdawała się tylko narastać. „Nie zgadzamy się. Nie chcemy, by kobiety wciąż to sobie robiły” – mówią dziś jednym, spójnym, mocnym głosem. Głosem, którego nie da się już zatrzymać.

***

„Współczesny świat kreował...” – tak, rozpoczęłam od słów użytych w czasie przeszłym. Mam bowiem poczucie, że ów „współczesny świat” nie jest już tym samym, który jeszcze niedawno wydawał się niepodważalny. Pandemia koronawirusa zachwiała nim w posadach. Być może więc indywidualistyczne podejście do życia, o którym pisałam, nie będzie już wcale pożądane? Być może odpuścimy sprawy,  które jeszcze przed chwilą miały świadczyć o naszym dobrobycie – wakacje w pięciogwiazdkowych hotelach, najnowsze trendy ubraniowe, zabiegi medycyny estetycznej, ciało w jedynym słusznym rozmiarze XS... W zderzeniu z zagrożeniem, jakie sieje wirus, wydają się nie mieć zupełnie żadnego znaczenia. Nasze myśli krążą raczej wokół ludzkiej kruchości, o której chyba przez chwilę zapomnieliśmy. Zapomnieliśmy, że nasze ciała nie są niezniszczalne i nie możemy robić z nim, czego tylko dusza zapragnie, nie obawiając się przy tym konsekwencji. Być może pandemia jest po to, by nam o tym przypomnieć? Nie wiem, nikt tego nie wie. Nie wiemy, kiedy to się skończy. Nie wiemy, jakie będą skutki. Nie wiemy, do jakiej „normalności” przyjdzie nam wrócić. Wszystko to wpłynęło na tę książkę. Powstawała ona w początkowym okresie największych zmian i kwarantanny. Dookoła było więc wiele lęku, a w głowie kołatały pytania o sens jej tworzenia: „A może to nie jest dobry moment?! Kto będzie teraz myślał o ciele i obsesji piękna?!”... Szybko się jednak okazało, że siłą Kobiet bez diety jest nadzieja. Nie jakaś infantylna i ślepa, lecz pełna głębokiej wiary w to, co przekazują. W to, jak ważny jest kontakt z samą sobą. Ze swoim ciałem, emocjami, światem dookoła. A jeśli ów świat sam z siebie daje sygnał, że musi się zatrzymać, nie sposób przecież za tym głosem nie pójść – tym bardziej że to właśnie o zatrzymaniu, od samego początku swojego istnienia, mówi Fundacja. Zatrzymajmy się więc na chwilę. Dajmy sobie przestrzeń na wszelkie znaki zapytania i związane z nimi trudne emocje. Niezależnie od tego, czy dotyczą ciała, jedzenia, czy jakiegokolwiek innego obszaru, mamy do nich prawo. Zwłaszcza że nie jesteśmy w tym same. „Tak, ja też tak mam!” – niech to będzie zdanie przewodnie naszego spotkania. Spotkania, którym jest ta książka.

ROZDZIAŁ "JEDZENIE" [FRAGMENT]

Czy temat jedzenia jest kluczowy w tym, co robicie jako Kobiety bez diety?

Kach_Mam wrażenie, że poprzez edukację i wsparcie psychodietetyczne działamy znacznie szerzej.

Hania_Tak, zdecydowanie. Jedzenie jest tylko jednym z obszarów naszej pracy. Jest też swego rodzaju narzędziem, dzięki któremu możemy – jak wspomniała Kach –  edukować.

Daria_Możemy pokazywać, jak przy użyciu jedzenia dążyć do ogólnego dobrostanu, bo mam poczucie, że to właśnie o to chodzi. O to, by koniec końców kobiety – ale mężczyźni jak najbardziej też – były po prostu szczęśliwe i miały spokój ducha, a mogą to osiągnąć także właśnie poprzez zdrowe odżywianie. Wam jedzenie właśnie to daje – spokój ducha?

Kach_Tak, dla mnie jest ono prezentem, troską i miłością, którą mogę dać sobie i bliskim. Wiem jednak, że nie jest to podejście oczywiste. Niekiedy, chcąc siebie ukarać lub nie doceniając swojej wartości, zaniedbujemy tę sferę życia, a przecież każdy zasługuje na jak najlepsze odżywianie.

Hania_Zgadzam się z Kachą, jedzenie jest jednym z ważniejszych obszarów – gdyby go nie było, nie moglibyśmy żyć. Nie od dziś mówi się przecież, że jesteśmy tym, co jemy. Jedzenie daje nam siłę, odpowiada za odporność, stan zdrowia, ma wpływ absolutnie na wszystko. Od zawsze miałyście taki zdrowy stosunek do jedzenia?

Daria_U mnie nie jest to aż tak jednoznaczne. Z jednej strony obserwuję i dostrzegam, jak jedzenie wpływa na moje zdrowie, samopoczucie, nastrój, i staram się działać tak, by było to dla mnie jak najlepsze, z drugiej jednak muszę przyznać,  że dość sporo frustracji funduje mi samo gotowanie. Nie lubię gotować, po prostu.  Mam naprawdę duży problem z tym, żeby wymyślać różnego rodzaju potrawy i z przyjemnością je robić – jest to dla mnie jeszcze duży obszar do pracy. Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło, ale naprawdę samo gotowanie mnie nie kręci.

Hania_Jesteśmy w tym zupełnie różne, bo ja akurat kocham gotować, wymyślać i bawić się jedzeniem.

Kach_U mnie z kolei wiele zależy od nastroju. Kiedy mam spokój i przestrzeń w głowie, uwielbiam to robić i zapełniam wtedy lodówkę przeróżnymi przysmakami. Nauczyłam się w takich momentach tę nadprodukcję mrozić, ponieważ kiedy przy-chodzi czas wzmożonego stresu, zdarza mi się wpadać w panikę i mieć poczucie totalnej pustki w głowie – wtedy faktycznie nie wiem, co mogę ugotować.

Hania_Mam podobnie, staram się zawsze mieć jakąś mrożonkę pod ręką. Wszyscy znajomi i rodzina wiedzą jednak, że generalnie moja lodówka przez znaczną większość czasu jest... pusta! Nie planuję jedzenia – chociaż proszę o to swoich pacjentów i wiem, że ma to dobre skutki. U mnie jednak najlepiej sprawdza się pełen spontan i tego się trzymam. Jeśli mam w tym momencie ochotę na kuchnię indyjską, spoko. Mam chęć na kapustę kiszoną, okej. Mam tyle sklepów pod nosem, że  na bieżąco kupuję w nich produkty, których w danej chwili potrzebuję.

Daria_Pamiętaj, Haniu, że trochę inaczej wygląda to u osób, które mają dzieci. Wtedy rzadko kiedy jest miejsce na spontan. Chociaż owszem, on też jest potrzebny i ważny – świat się nie zawali, gdy zamówimy jedzenie na wynos.

Hania_Jasne, jestem jak najbardziej świadoma tego, że niektórzy nie mogą sobie na to pozwolić. Poza tym są też osoby, dla których tego typu spontaniczne podejście do jedzenia – niezależnie od tego, czy mają dzieci, czy nie – wywoływałoby jeszcze większy stres. W moim przypadku tego stresu nie ma i właśnie tym się kieruję.

Kach_Daria, zgadzam się z Tobą, moment pojawienia się dzieci często jest pod tym względem kryzysowy. Jeśli wcześniej rzeczywiście spontan nie był dla ciebie problemem, a nagle musisz mieć w domu zapas jedzenia, może pojawić się poczucie dużego napięcia. Co więcej, nie wystarczy tylko jedna wersja posiłków, ale często musi być ich przynajmniej kilka, bo dziecko, które kocha pomidorówkę, może nagle powiedzieć, że jej nie zje, lub w drugą stronę, musisz mieć banany, nawet jeśli teoretycznie twoje dziecko ich nie lubi. Przykładem jest awantura, jaką mieliśmy wczoraj – mój syn Stasiek, który podobno nie cierpi bananów, płakał, że ich dla niego nie ma... Tak, jest to krytyczny moment i bardzo ważne, by mądrze przez tę zmianę przejść. Oczywiście da się to opanować, chociaż trzeba przyznać, że nie jest to proste. Poza posiłkami dochodzi przecież jeszcze milion innych rzeczy – sterty prania, suszenia, zmęczenie. Łatwo więc w tym wszystkim mieć poczucie, że nie daje się rady z czymś, co teoretycznie, patrząc z boku, nie jest jakimś wielkim wyzwaniem.

Hania_Warto wtedy też nieco „wyćwiczyć” swoich bliskich. Pokazać, że muszą mi  w tym obszarze pomóc i mówić wprost, co chcieliby jeść, co lubią, a czego nie. Mia-łam tak z moim mężem – jeśli ugotowałam coś, co mu nie smakowało, po prostu tego nie jadł. Nie będę przecież robiła kilku różnych dań!

Daria_Ale są kobiety, sama je znam, które gotują trzy, cztery obiady dziennie – dla siebie, męża, jednego dziecka, drugiego... pół dnia w kuchni. Ja też sobie tego nie wyobrażam, a kiedy słyszę takie historie, od razu włącza mi się zdanie, które kiedyś, Kach, powiedziałaś: „Sam sobie tego schabowego usmaż!”.

Kach_Jest to odpowiedź na to, co często słyszę od swoich pacjentek. Mówią, że one to nawet chciałyby zdrowo jeść i lubią warzywa, ale kiedy je przygotują, mąż skarży się, że to nie jest jedzenie. Do tego wtóruje syn, argumentując, że rośnie i potrzebuje białka, a córka nie będzie jeść węglowodanów, bo jest na diecie.I co, zostawić każdego w tym jego własnym jedzeniowym świecie, uznając, że  nikomu nic do tego, co ktoś inny je? Przecież jedzenie ma też łączyć ludzi.

Daria_Jeśli daną kobietę kręci gotowanie czterech obiadów, niech to robi! Jeśli czuje, że jest jej z tym w porządku, nie złości się i nie frustruje, proszę bardzo. Jeśli jednak w pewnym momencie zauważy, że coś ją w tym wszystkim uwiera, na pewno warto zastanowić się, o co chodzi. Wiele oczywiście zależy od członków rodziny, przede wszystkim od wieku dzieci, ale ja poszłabym w otwartą rozmowę – usiądź-my razem i pogadajmy wprost, jaka jest sytuacja, jak się z tym czuję, że nie chcę od rana do wieczora siedzieć w kuchni i robić za bufetową, bo zupełnie nie ma w tym wszystkim miejsca na mnie samą. Myślę, że dobrze jest zrobić wtedy listę rzeczy,  które Zosia, Kasia, Piotruś i mąż zaakceptują – produkty, na które każdy się zgadza – i ustalić, że właśnie na nich bazujemy.