Ekologia a popkultura

Czas rzucić nieco światła na ten wstęp jak z Ewangelii św. Jana. Urodziłam się w drugiej połowie lat 90. Oznacza to tyle, że w Polsce od jakiegoś czasu mieliśmy kapitalizm i powoli zaczynaliśmy umieć się z niego cieszyć. Tak przynajmniej słyszałam od ludzi, którzy w tym czasie nie ssali już własnego kciuka. Pamiętam, jakby to było wczoraj, kiedy mając około 7 lat, po raz pierwszy obejrzałam "Pretty Women". Scena, w której Vivan idzie ulicą ubrana w nową sukienkę kupioną za pieniądze od swojego kochanka, wyzwoliła we mnie pokłady entuzjazmu, które z perspektywy czasu wydają mi się być niezdrową reakcją. Czułam, jak robi mi się gorąco w żołądku, kiedy słyszałam, jak stukają jej obcasy i wtedy wydawało mi się, że jeśli nie można żyć w taki sposób, to już lepiej nie żyć wcale. Podobne uczucia towarzyszyły mi podczas seansu „Diabeł ubiera się u Prady”, a przemowa Meryl Streep o „tych rzeczach” sprawiała, że miałam ochotę krzyknąć „Amen!” prosto w twarz ignorantki Amy. Równie wielkie wrażenie zrobiły na mnie „Wyznania zakupoholiczki”, z resztą chyba skoro to piszę, to znaczy, że ukradłam jej pomysł na karierę? „Legalna blondynka”, „Wredne dziewczyny”, „Słodkie zmartwienia”, „Pokojówka na Manhattanie”. Chłonęłam te filmy jak gąbka, na zmianę z teledyskami takich tuz muzyki rozrywkowej jak Britney Spears, Lady Gaga czy Pussycat Dolls. Wiele to mówi o moim poczuciu estetyki, nieprawdaż?

Jednak to nie moje popkulturowe wybory będą tutaj owym mrocznym wyznaniem zapowiedzianym we wstępie. Pewnie jesteście już w stanie wyobrazić sobie, jaki obraz rzeczywistości ukształtowały one w mojej młodej głowie. Myślałam wtedy, że nie może chyba istnieć na świecie większe szczęście niż iść ulicą, w stylizacji prosto z wybiegu i balansować z torbami pełnymi zakupów, by z najwyższym trudem utrzymać równowagę na obcasach. Dość długo trwałam w tym przekonaniu.

Kiedy byłam dzieckiem, a potem nastolatką, rzeczy takie jak gospodarka, ustrój polityczny czy ekonomia były dla mnie przezroczyste. Zapewne wiele osób z mojego pokolenia słyszało od rodziców i dziadków „Nawet nie wiesz, jak masz dobrze!” przy okazji otrzymania w prezencie nowej zabawki, ubrania czy pary butów. Myślałam zawsze wtedy, no tak, kiedyś byliśmy biedni, teraz kraj jest bogatszy. Logiczne. Nawet nie wiem jak mam dobrze. Nauczono mnie z tej dobroci brać pełnymi garściami. Chcę w tym miejscu jasno zaznaczyć: nie mam tu na myśli wzorców wyniesionych z rodziny, tylko coś znacznie szerszego. Stopniowo odkrywałam, że do każdej części ciała potrzebuję oddzielnego kremu, więc zaopatrywałam się w nie. Malowałam paznokcie co drugi dzień, bo w żadnym filmie, ani w żadnej gazecie nie widziałam damy z odpryśniętym lakierem. W mojej małej miejscowości wizyta w Starbucksie czy zdjęcie z kubkiem Bubbletea były synonimem wielkomiejskości. A wszystko to tylko początek. Mając w pamięci stukot obcasów, jedwabne szlafroki i brylantowe naszyjniki, których naoglądałam się jako dziecko, wkroczyłam w dorosłość.

Foto: Getty Images

ZOBACZ TEŻ: Była sobie dziewczyna: Czy z luksusem ci do twarzy?

Ekologiczna świadomość rodzi się w bólach

Dorosłość przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Znalazłam pracę w sklepie sieciowym, ale aspirującym do marki premium, która dawała mi niezbyt wiele pieniędzy, za to bardzo dużo benefitów. Marzenie z dzieciństwa zaczęło się spełniać. Z pomocą licznych, łączących się rabatów i zniżek pracowniczych po pewnym czasie skompletowałam garderobę, pełną wełny, jedwabiu i skóry, której przyklasnęłaby sama Miranda Priestley. Liczne komplementy od znajomych utwierdzały mnie w przekonaniu, że oto sen się spełnia. Zdarzało się, że nieznane mi dziewczyny zaczepiały mnie na ulicy, żeby powiedzieć, że mam piękne buty, albo doskonale dobrałam kolory. Gdyby ktoś w tym momencie zbadał mi krew, prawdopodobnie byłaby ona czystą endorfiną. Pracowałam tam trzy lata, zanim odkryłam, jak obraca się to przeciwko mnie. W międzyczasie przeprowadziłam się do małej kawalerki. Z czasem życie w niej zaczęło sprawiać wrażenie takie, jakbym mieszkała w dużej szafie. Moje ubrania były dosłownie wszędzie. Miałam dwa oddzielne kartony tylko na małe czarne. Za łóżkiem, pod stołem, na szafie, piętrzyły się stosy kolejnych zakupów. Byłam z nimi wszystkimi szczęśliwa. Mogłabym spać, przytulając moje torebki.

W pewnym momencie bańka pękła - ekologiczna świadomość rodzić zaczęła się w bólach. Choć może raczej powinnam powiedzieć, że zaczęła pękać, bo w istocie był to proces. Zaczęło się chyba od obejrzenia „True cost”, po którym nigdy już nie dałam rady spojrzeć tak samo na metki w stylu „Made in Bangladesh”. Zaczęło do mnie docierać, że dołożyłam swoją cegiełkę, a raczej wielki głaz, do nierówności społecznych, do zanieczyszczenia środowiska i eksploatacji planety, po co? Bo chciałam mieć inną sukienkę na każdy dzień w roku? Zrobiło mi się nagle bardzo źle samej ze sobą, bo uświadomiłam sobie, jak zapatrzona byłam w czubek własnego nosa. Wyrzuty sumienia zmotywowały mnie do zmian. Zaczęłam szukać informacji na temat ekologii, cierpienia zwierząt i współczesnego niewolnictwa. Na temat wszystkiego, co mogłoby wpłynąć negatywnie na ludzi i planetę. Pozostało mi załamać ręce.

Nagle okazało się, że cała ta kraina, mlekiem i miodem płynąca, podszyta jest przemocą i cierpieniem. Uświadomiłam sobie, że moje szklane domy, są czyjąś zatrutą wodą pitną, czyjąś głodową pensją. Są krótkim i bolesnym życiem zwierzęcia przeznaczonego na ubój. Są wyciętą Puszczą Amazońską i słomką w nosie żółwia. „Nawet nie wiesz jak, masz dobrze” brzmiało dalej w mojej głowie, ale od tej pory słowa te nie wywoływały we mnie błogiego samozadowolenia, a raczej wyrzuty sumienia i panikę. Panikę o to, co będzie dalej? Bo co mi po tym, że mogę w sklepie wybrać spośród 50 batoników, skoro 45 z nich zawiera olej palmowy?

kadr z filmu "Pretty woman"

ZOBACZ TEŻ: Jesteś fanką zero waste? Ta wiadomość sprawi, że będziesz mieć "banana" na twarzy!

Ekologia wymaga poświęceń?

Zaczęłam wprowadzać do swojego życia radykalne zmiany, które jednak stawiały przede mną tylko kolejne wyzwania i znaki zapytania. Zrezygnowałam z pracy w sieciówce i postanowiłam leczyć swój zakupoholizm. Co z tego, skoro reszta około dwudziestoosobowego zespołu dalej tam pracowała i kupowała tak samo dużo, jak ja wcześniej. Nie wspominając o klientach, których z miesiąca na miesiąc przybywało. Trochę demotywujące, ale doszłam do wniosku, że zrobię tyle, ile sama mogę. Zaczęłam kupować vintage. Okazało się jednak, że droga ubrań do second handów też wcale nie jest tak przyjazna środowisku, jak mogło mi się wydawać. Często przemierzają one tysiące kilometrów, jeżdżąc po świecie w tę i z powrotem. To może spróbuję odkupić ubrania od dziewczyn wyprzedających swoje prywatne garderoby przez internet? Brzmi nieźle, ale uświadomiłam sobie, że przecież paczki nie teleportują się pod moje drzwi. Ktoś musi je dostarczyć samochodem, który jeździ na benzynę. Tak więc odpada, trzeba korzystać z tego, co mam. Rozwiązanie wydaje się logiczne, ale przyzwyczajona do regularnego przypływu nowych ciuchów, okupiłam zmianę nawyków dużym wyrzeczeniem.

Postanowiłam, że zostanę weganką. Okazało się jednak, że uprawa awokado czy soi wcale nie jest taka neutralna dla klimatu, jak byśmy sobie tego życzyli. Nie wspominam nawet o tym, że praktycznie nie da się kupić tofu, które nie byłoby spakowane w plastik. Zaczęłam czytać składy wszystkiego. Miałam wyrzuty sumienia, jedząc czekoladę, która nie była zrobiona z kakao z ekologicznych upraw. Potem dowiedziałam się, że certyfikaty, wcale, nie muszą dawać gwarancji porządnego zatrudnienia pracującym na nich ludziom. Załamałam ręce. Co dalej? Chodzenie na zakupy stało się prawdziwym polem minowym. Pod uwagę trzeba było wziąć ślad węglowy produktu, zanieczyszczenie wód gruntowych, opakowanie, skład i warunki produkcji. Dodatkowo postanowiłam ograniczyć wspieranie wielkich korporacji, a skupić się na lokalnych przedsiębiorcach i regionalnych dostawcach. Nie ma co udawać, krążenie po bazarze jest bardziej wymagające niż pójście do supermarketu.

Foto: Getty Images

Wszystko to, to dopiero czubek góry lodowej. Chcesz kupić śliczny kubek termiczny, żeby być bardziej eko? Gdzie znajdziesz go najłatwiej? Oczywiście, w sklepie sieciowym wielkiej korporacji, która twój ekologiczny gadżet wyprodukowała, o ironio, w Chinach. Chcesz umyć zęby, wydepilować nogi, użyć dezodorantu? Chyba wiecie, do czego zmierzam. Ekologiczne zamienniki są obecnie stosunkowo łatwo dostępne, ale kosztują odczuwalnie więcej. Co prawda, wydaje się to być logiczne, skoro mają powstać w przyjaznych warunkach. Nie mogę jednak wymagać, że sto procent społeczeństwa się na nie przestawi. Jeśli ktoś z trudem utrzymuje kilkuosobową rodzinę, nie może być mowy o wegańskich kiełbaskach czy eko paście do zębów. Wiele rzeczy można co prawda zrobić samemu, ale to wymaga materiałów i umiejętności, a przede wszystkim czasu, który sam w sobie jest już luksusem. Ekologiczna praca u podstaw staje się więc wizją utopijną. Jeśli zacznę mówić, to kto będzie słuchał? Ci, którzy i tak już to wiedzą, którzy przyklasną mi, bo są w tej samej bańce informacyjnej co ja? Czy to ma potencjał prawdziwej zmiany?

Doszłam do etapu, w którym wszystko, czego bym się nie tknęła, wiązało się w mojej głowie z negatywnym wpływem na środowisko, albo z pogłębianiem nierówności społecznych. Zaczęłam zadawać sobie pytanie, jak żyć, żeby nie zwariować? Być może błędem byłoby uleganie wszystkim zachciankom, tak jak robiłam to do tej pory, ale w końcu pozostają do zaspokojenia jakieś podstawowe potrzeby. Nie dam rady sama na balkonie wyhodować całego zapotrzebowania na kalorie i witaminy. Nie wyprodukuję bawełny na nową bluzkę. Co z przyjemnościami? Czy to oznacza, że mam teraz oddać się ascezie? Może rzucić wszystko i mieszkać w domku w lesie? Czy to w ogóle można rozpatrywać jako rozwiązanie? A co gdyby wszyscy ludzie na świecie zechcieli nagle mieszkać w domu w lesie? Zabrakłoby i lasów, i domków, i drzew do ich budowy. Pozostawało usiąść i zacząć krzyczeć.

ZOBACZ TEŻ: Jak przestać wyrzucać jedzenie? Ten blender z systemem próżniowym zmienił nasze życie

Eko-lęki oczami ekspertów

Całemu temu procesowi towarzyszyło poczucie ogromnej krzywdy. Czułam, że mną zmanipulowano, a ja dałam się wrobić. Gra toczy się przecież o najwyższą stawkę, a ja jadłam ciastka, kiedy trzeba było burzyć Bastylię. W pewnym momencie naszego życia zaczęto od nas wymagać, byśmy stanęli obok kultury, która nas od dziecka kształtowała, obiecała pewne rzeczy, a potem zabrała lizaka. Miałam eko-lęki. Nic dziwnego, że nadzwyczaj często spotyka się to z oporem, lub poczuciem rozczarowania. O swoich refleksjach porozmawiałam z Dominiką Blachnicką – Ciacek, doktor socjologii na Uniwersytecie SWPS, która w swojej pracy naukowej zajmuje się badaniem postaw społeczeństwa wobec ekologii.

Taki stopień zaangażowania, który pani reprezentuje jest w Polsce nadal stosunkowo rzadki, ale sytuacja szybko się zmienia.  Najmłodsze pokolenie Polaków wyrastały w kapitalistycznej kulturze dobrobytu. Tempo przemian w Polsce w ostatnich 30 latach sprawiło, że dużo szybciej staliśmy się konsumentami, niż świadomymi obywatelami. Aspiracje konsumpcyjne młodego pokolenia są mocno pobudzone. Styl życia, który polega na tym, żeby mieć samochód, pełną szafę ubrań, żeby chodzić do restauracji, był czymś, do czego kilka pokoleń Polaków aspirowało. Najmłodsze pokolenie Polaków w znacznym stopniu będzie ponosiło koszty nieodpowiedzialnego zachowania pokolenia swoich rodziców. Paradoksalnie, będzie się zbliżało stylem życia do pokolenia swoich dziadków czy pradziadków. Do takiego sposobu życia, w którym wartością jest  ponowne używanie, niewyrzucanie, zrobienie czegoś z niczego, zrobienie czegoś własnymi rękami. Styl życia, który polega na szybkiej konsumpcji i wyrzucaniu, jest nie tylko trudny do utrzymania długofalowo i szkodliwy dla planety, ale też mało atrakcyjny.

Doktor Dominika Blachnicka – Ciacek, słusznie zauważa jednak, że styl życia, do którego przywykłam ja i wielu moich rówieśników, nie jest wcale aż taką oczywistością, jak nam się wydaje.

Moment zachłyśnięcia się światem konsumpcji i tych szybko sprawianych sobie przyjemności, to coś, co, uznaje się za oczywiste. Wydawało się to pani naturalne i zastane. Nagle pojawia się poczucie, że ktoś go pani odbiera. Jednak kiedy spojrzymy na to z perspektywy historii, to świat niepohamowanej konsumpcji jest raczej wyjątkiem niż regułą. Jeszcze całkiem niedawno, bez względu na szerokość geograficzną, ludzie walczyli nie z bogactwem urodzaju, ale z tym, żeby być w stanie konsumować tyle, ile im potrzeba. Nadmiar jest doświadczeniem ostatnich kilku dekad i dzisiejszego stadium rozwoju kapitalizmu i kultury konsumpcji. Tymczasem ograniczony wybór konsumpcyjny jest więc czymś, co towarzyszy ludzkości od wielu setek lat.

Foto: Getty Images

W tym momencie zaczęłam zastanawiać się, że przecież nie mogę być jedyna? Czy każdy ekolog albo aktywista ma podobne rozterki? Moje wątpliwości rozwiała doktor Dominika Blachnicka – Ciacek. Okazuje się, że dotyczy to większości aktywistów klimatycznych.

To doświadczenie, o którym Pani mówi, jest obecne w życiu aktywistów i aktywistek klimatycznych. Kiedy prowadziłam badania z młodymi Polakami, ale też z młodymi aktywistami klimatycznymi, to, co różniło jednych od drugich, to moment uświadomienia sobie, że indywidualne praktyki są niewystarczające dla poczucia wpływu i sensu. To, co dla moich rozmówców było ważne, to poczucie, że są w stanie zrobić coś więcej, niż ta bambusowa szczoteczka do zębów. To bardzo często zaczyna się od tego, że np. ktoś walczy z regulacją małej rzeczki w swoim mieście, albo jest zaangażowany w obronę skweru w swojej dzielnicy. Trudno z perspektywy kanapy, a nawet bardzo zaangażowanej indywidualnej postawy, wpłynąć na to, czy w Polsce będziemy produkować węgiel czy nie. Ale jeśli popatrzymy na to, na co mamy wpływ w swoim lokalnym środowisku – to zmiana jest możliwa i to zaczyna mieć ogromne znaczenie.

Z drugiej strony pojawia się pytanie: czy moje rozterki to w ogóle zdrowe podejście? Wszystkim nam powinno zależeć na losie planety i walce z nierównościami. Jednak, czy tego rodzaju myślenie nie doprowadzi na skraj nerwicy białej, uprzywilejowanej Europejki? Skontaktowałam się z Karoliną Leą Jarmołowicz, psychoterapeutką z Ośrodka CENTRUM, która udzieliła mi komentarza w tej sprawie.

Wydaje się, że to z czym mierzy się wiele młodych osób wkraczających w dorosłe życie, to rozczarowanie światem realnym, a niedługo potem frustracja i lęk, co mają robić dalej w tym tak nieidealnym świecie, jaki faktycznie ich otacza. Współczesna kultura nieustannie unika rozczarowania, dostarczając na każdym kroku maksimum przyjemności i łatwości - od dostępności prawie wszystkiego aż do łatwości użytkowania każdej najmniejszej rzeczy. Już małym dzieciom ułatwia się użytkowanie najbardziej skomplikowanych sprzętów, a dzięki internetowi — mamy dostępność do prawie wszystkiego w ciągu jednej chwili. Szybko, łatwo i przyjemnie. Także rodzice robią wszystko, by dzieciom było w życiu jak najłatwiej. Młody dorosły przyzwyczajony do tego, że wszystko praktycznie ma i prawie wszystko może, wkraczając w dorosłe życie, zderza się w krótkim czasie z realnością. I nie dziwne, że ta rzeczywistość — kiedy patrzy się na nią z „raju", wydaje się smutnym szarym padołem ziemskim, gdzie każda rzecz ma swoją cenę, którą w dodatku nie zawsze warto płacić. Młody człowiek czuje się rozczarowany i rozgoryczony i zniechęcony, bo świat okazuje się nie taki, jak sobie to wyobrażał.

Foto: Getty Images

Kluczowe zdają się dwie kwestie. Wychowaliśmy się w kulturze, która unika rozczarowania. Dlatego rozczarowanie ową kulturą przychodzi nam znieść tym trudniej. Rzeczywistość podawana nam od dziecka na srebrnej tacy, nie przygotowała nas na dobrowolne nałożenie na siebie ograniczeń. Wręcz przeciwnie, mówiła, że nie musimy i nie powinniśmy się ograniczać. Tymczasem okazuje się, że dla wspólnego dobra trzeba powściągnąć swoje apetyty. To brutalne zderzenie z rzeczywistością, które może wywoływać frustrację, staje się doświadczeniem wielu młodych osób.

To nie świat jest zły, ten ból rozczarowania wynika z tej odległej perspektywy: tego, co wyobrażone z tym, co rzeczywiste. Ta perspektywa czyni to tak trudnym do zniesienia. Często rodzice i świat, kiedy taki maluch dorastał, nie dał mu szansy do nauki jednej rzeczy-nauki rozczarowania i radzenia sobie z niedosytem, trudnościami i porażką. Momentem gdzie tylko raz na 10 udaje się wygrać, a na wymarzoną rzecz czeka się albo zbiera grosiki latami – wyjaśnia dalej Karolina Lea Jarmołowicz, psychoterapeutka z Ośrodka CENTRUM.

Wydaje mi się, że w moim wypadku, wspomniane na początku wzorce popkulturowe, którymi nasiąkłam w dzieciństwie, odegrały najważniejszą rolę w kształtowaniu poczucia niedosytu. Karolina Jarmołowicz zaznacza jednak, że często może to być też kwestią wychowania przez rodziców.

Czy oznacza to, że poczucie krzywdy, jakie towarzyszy mi i tysiącom innych młodych osób, które musiały boleśnie skonfrontować się z rzeczywistością, jest naturalne? Karolina Lea Jarmołowicz z Ośrodka CENTRUM wyjaśnia, że w znacznej części, tak.

Tak naprawdę to zdrowa reakcja, która wymaga, byśmy dopuścili do siebie ból związany z rozczarowaniem i poczuli wszystko to, co jest naturalne przy rozczarowaniu. Żal, złość i lęk przed nieznanym. Musimy tego doświadczyć, aby pogodzić się ze stratą. To konieczny etap żałoby po dzieciństwie, tak jak po każdej stracie: zaprzeczenie, złość, depresja, targowanie i wreszcie: akceptacja nowej realnej rzeczywistości. Dojrzała akceptacja jest reakcją adaptacyjną. Dochodzimy do niej, wybaczymy i godzimy się z rzeczywistością. Ani my, ani świat nie jest i nie będzie, jaki chcielibyśmy, ale to nie znaczy, że nie może być naprawdę fajny.

Foto: Getty Images

Co więc nam pozostaje? Przyjąć stoicką postawę i zrozumieć, że wygląd rzeczywistości nie zależy ode mnie. Nie mogę udawać, że wyjście z galerii handlowej z torbami pełnymi zakupów nie wpłynie na świat, jaki mnie otacza. Z drugiej strony nie mogę też łudzić się, że uratuję planetę bambusową szczoteczką do zębów. Mogłoby się wydawać, że sytuacja jest beznadziejna, jednak to nieprawda. Mogę robić tyle, ile sama dam radę, spokojnie i z głową. Przemyśleć swoje wybory. Nieść „dobrą, ekologiczną nowinę”. Przede wszystkim jednak – pozbyć się poczucia, że dzieje mi się krzywda z powodu ograniczeń, jakich od siebie wymagam. Jak widać, do ekologii też trzeba dorosnąć.

Foto: Getty Images

Szczególnie ciekawa wydaje mi się perspektywa, jaką proponuje doktor Dominika Blachnicka - Ciacek. Sugeruje odwrócenie mojego dotychczasowego myślenia, co pokazać może, że zrezygnowanie z konsumpcji przestanie jawić się jako strata lub krzywda. Wręcz przeciwnie, pomoże nam w pewnym sensie odzyskać siebie.

Mam wrażenie, że tu nie chodzi tylko o wyrzeczenie się, ale też o odzyskane kontroli nad własnym życiem i bazowych umiejętności. To może być ugotowanie całego obiadu od podstaw bez używania półproduktów. Posadzenie i wypielęgnowanie własnych pomidorów. To daje nie tylko satysfakcję, ale właśnie to poczucie sprawczości, poczucie, że potrafię coś zrobić. Nie oczekuję, że każdy z nas będzie produkował własne jedzenie. Natomiast tę sprawczość można odzyskiwać w różnych aspektach naszego życia. Odrzucenie szybkiej konsumpcji to nie jest tylko wyrzeczenie. To też historia o tym, że potrafię coś zrobić od zera, potrafię być kreatywna. W pewnym sensie mam dużo większą kontrolę nad swoim życiem i swoim zdrowiem.

Jest to cenna perspektywa, która podaruje nam nie tylko stracone z czasem umiejętności, ale też sprowokuje do refleksji na temat naszego miejsca w ekosystemie.

Na koniec chciałabym zaznaczyć, że choć całość może mieć, mówiąc delikatnie, dołujący wydźwięk, to pamiętać należy, że choć w pojedynkę nie cofniemy spustoszenia, jakie ludzkość siała na naszej planecie przez lata, to warto pamiętać, że żaden nasz wybór i żadne działanie nie pozostaje bez wpływu na przyrodę, zwierzęta i ludzi, mieszkających na drugim końcu świata. Doktor Dominika Blachnicka – Ciacek podkreśla zasadność indywidualnych praktyk.

Ile jesteśmy w stanie zrobić sami? Ani pani, ani ja, ani nikt z nas indywidualnie nie uratuje planety. Spora część aktywistów klimatycznych i ludzi zaangażowanych w działania na rzecz klimatu podkreśla wagę praktyk indywidualnych, ale przede wszystkim praktyk zbiorowych. Musi się zmienić cały system i to w jaki sposób funkcjonują społeczeństwa, żebyśmy byli w stanie powstrzymać kryzys klimatyczny. Natomiast praktyki indywidualne mają głęboki sens, bo każda czynność jest ważna. Pani przez swoje wybory inspiruje ludzi w swoim otoczeniu. Indywidualne praktyki nie wystarczą, ale nasza świadomość jest kluczowa do tego, by wywołać oczekiwaną zmianę społeczną.

Nasze ekspertki

Dominika Blachnicka - Ciacek - Socjolożka, adiunktka na Uniwersytecie SPWS oraz absolwentka Goldsmiths College na Uniwersytecie Londyńskim. Zajmuje się badaniem relacji między miejscem, przestrzenią i pamięcią oraz wpływem wyzwań globalnych (jak kryzys klimatyczny) na życie jednostek i wspólnot.

dr Dominika Blachnicka - Ciacek

Karolina Jarmołowicz - Założyciel i szefowa ośrodka, psychoterapeuta. Członek Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapii Integracyjnej, Polskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Ekspert portalu znanylekarz.pl oraz portalu Kobieta.pl. Ukończyła 4-letnią Profesjonalną Szkołę Psychoterapii w Instytucie Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz Program Pomocy Psychologicznej w Instytucie Integralnej Psychoterapii Gestalt. Jest doktorantką na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Jest absolwentką studiów magisterskich z Socjologii na Wydziale Nauk Stosowanych APS w Warszawie oraz studiów licencjackich o kierunku Pedagogika i Praca Socjalna na Wydziale Pedagogicznym Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Odbyła roczny staż w Ogólnopolskim Pogotowiu dla Ofiar Przemocy w Rodzinie oraz staż kliniczny na Oddziale Dziennym Psychiatrycznym Szpitala Bródnowskiego w Warszawie.

Karolina Jarmołowicz