Co postanawiasz sobie z okazji 1 stycznia?

Dla mnie nowy rok zaczyna się 1 września (śmiech). Generalnie żyję cyklami roku szkolnego, bo moja żona jest nauczycielką. Uczy klasy I–III.

Żadnych planów? „W tym roku muszę wydać płytę…”.

Szczęśliwie nie jestem związany umowami z żadną wytwórnią płytową. Gdy po latach grania hobbystycznego stałem się artystą zawodowym, już wiedziałem, co jest warte w tej branży, co nie. Żyję i tworzę własnym rytmem, i hołduję tej niezależności. Nie wyobrażam sobie, że ktoś każe mi coś robić. Oczywiście, zdarzają się kompromisy, ale nie takie, że oddajesz część siebie za nic…

W marcu skończysz 46 lat. Powiedz coś o kryzysie wieku średniego. Kupiłeś sobie sportowe auto, przeszedłeś na dietę?

Nie, ale czasem czuję się mniej energiczny, nastroje w różny sposób mi skaczą. Jestem trochę meteopatą. Jak mam gorszy dzień, przemyśliwuję: „O, już bliżej niż dalej…”.

W jakim nastroju przekraczałeś czterdziestkę?

Zobacz także:

Gdy czwarty krzyżyk strzelił, to niespecjalnie miałem czas na refleksje, byłem zajęty. Nagrywałem płytę „41”. Miała się nazywać „40”, no ale przeciągnęło się jej nagranie, a poza tym nawiązałem do sowieckiego filmu pod tytułem „41”. Gdy mam więcej wolnego czasu, łapię okruszki stanów depresyjnych. W związku z pracą one pojawiły się poźniej. Teraz wychodzę na prostą. Wnuczka mi się urodziła. Jest dla kogo żyć, dla dzieci, dla niej. Mam doładowanie.

A nie dołowanie? Artysta rockowy dziadkiem…

Nawet miałem takie marzenie, by zostać nim przed czterdziestką. Podobał mi się casus Jana Borysewicza. Spotkałem go kiedyś, szedł z taką panienką i małą dziewczynką. W pierwszej chwili pomyślałem: „O, przygruchał sobie przystojną niewiastę”, a on: „Pozwolisz, że ci przedstawię: moja córka, moja wnuczka”. Został dziadkiem jako 39-latek! Ja dopiero teraz. Dziś mam więcej optymizmu. Przeżyłem parę słabszych lat, jeszcze rok temu czułem się jak w tunelu, w którym ledwo widać światełko.

Jak się kocha wnuczkę, zwłaszcza gdy ma się dwóch synów?

Myślę, że moje szaleństwo dziadkowe dopiero się zacznie. Hania jest maleńka, ma kilka miesięcy.

Co z Twojej perspektywy jest ważne w życiu. Jakie wartości?

Ostatnio spełniłem marzenie ciężko chorego chłopca i odwiedziłem go w szpitalu. W zetknięciu z chorobą, sprawami ostatecznymi klasyfikację rzeczy ważnych ustawia się na nowo. Dla mnie najistotniejsze są dwie sprawy. Najbliżsi: rodzina, szeroko pojęte gniazdo, to, że zawsze mam dokąd wrócić. Często powtarzam, że gdyby nie rodzina, to przy swojej trochę menelskiej naturze prawdopodobnie osiągnąłbym jakieś głębokie pokłady degrengolady. Bliscy, którym jestem potrzebny i których ja potrzebuję – to działa w dwie strony – są wartością najważniejszą. I jest jeszcze druga: szeroko pojęta zdrowotność. Życzenia „zdrowia, zdrowia” wydają się może banalne, ale ono jest ważne.

A co traci na znaczeniu?

Sprawy doraźne. Chcę czy nie, uczestniczę w wyścigu szczurów, w kreowaniu pozycji na rynku muzycznym. To jest bardzo mało istotne. Co z tego, że sprzeda się dużo płyt i odbędą się frekwencyjnie udane koncerty, gdy nie ma har monii w sobie i w kontakcie z najbliższymi. Gdy nie ma szczęścia. I miłości, ona jest kluczowa. Gdy sprawy ze sobą i najbliższymi są uporządkowane – można ruszać w świat. A patrząc w terrarium polityczne, na tych panów, którzy głoszą, jak wszystko ma wyglądać, mam wrażenie, że oni są niepoukładani w skali mikro. Z czym do ludzi, gdy sobie sam nie radzisz ze sobą?

Ożeniłeś się jako 21-latek, wcześnie zostałeś ojcem. Twój syn powielił ten model. Bo dobry, sprawdzony?

Historia powtórzyła się tylko pozornie. Mój syn Kazimierz ożenił się w wieku 23 lat, z dziewczyną, z którą jest od dawna, a ich decyzja o dziecku była przemyślana. U nas było inaczej. Byliśmy ze sobą 10 miesięcy, gdy okazało się, że Ania jest w ciąży. Wzięliśmy ślub, pojawił się drugi syn… Jak to wszystko działało, do dziś nie umiem sobie zrekonstruować. W komunie raz, że ludzie bliżej ze sobą żyli, dwa, że pieniądze nie stanowiły takiego wyznacznika jak dzisiaj.

Zarabiałeś na rodzinę?

Jakoś tak się bujałem. Właściwie nie wiem, jak myśmy żyli przez pierwszych 6 lat małżeństwa. Coś tam grałem, z czego nie było żadnych pieniędzy, bo przez 12 lat występowałem amatorsko. Od czasu do czasu jechałem na budowę do Anglii i po kilku miesiącach przywoziłem kupę pieniędzy, które wystarczały na rok, dwa. Potem zaczepiłem się w spółdzielni studenckiej, w charakterze ciecia na budowie. Oni mieli takie upusty podatkowe, że dozorca zarabiał pięć razy tyle, co robotnicy, których pilnował… Po tylu latach fajnie się to wspomina. W tym roku z Anią będziemy obchodzić już srebrne wesele.

Jaki jest patent na szczęśliwy związek?

Nie ma recept. Jeśli tylko jest miłość… Oczywiście, nie zawsze jest idealnie. Zdarzają się i wzloty, i upadki. Inaczej kocha się, gdy znasz miesiąc, inaczej po 25 latach. Jesteśmy istotami żywymi, ewoluujemy. Ale na tym polega miłość: na akceptowaniu i wybaczaniu drugiej osobie, że jest różna od ciebie, że w czymś się z nią nie zgadzasz. Konflikty mogą istnieć, ale źle postawiona szklanka nie może być wyzwalaczem nienawiści. Jeśli coś takiego się zdarza, to znak, że tego uczucia już nie ma.

Jak do Twojego związku mają się maślane spojrzenia licznych wielbicielek?

E tam. Słuchaj: nigdy inaczej nie było. Ja nie wiem, jak to jest nie mieć fanek. Poznaliśmy się z Anią, kiedy już grałem w zespole. Może nie byłem powszechnie rozpoznawany, ale to było moje zajęcie. Nigdy nie pracowałem w biurze.

A jak reagujesz na niemoralne propozycje?

Żeby coś takiego mogło paść, musi być skrócony dystans. Na to nie pozwalam. Nie dopuszczam do takiej bliskości, by tego rodzaju propozycje w ogóle mogły zaistnieć. Poza tym, wiesz, nie przesadzałbym w tej kwestii. Raczej nie uchodzę za osobę szczególnie przystojną (śmiech). Nie muszę się samodyscyplinować.

Ale jaki jest Twój typ kobiety?

Z całym bagażem wad i zalet idealną kobietą jest moja żona, i tyle. Owszem, podoba mi się Penélope Cruz, ale generalnie słabo ją znam, tylko z filmów. Nie wiem, czy pasowalibyśmy do siebie. To jest tak: kilku moich znajomych w popisowy sposób zdruzgotało sobie życie rodzinne. Zauważyłem u nich coś takiego jak brak docenienia tego, co się ma. Owszem, szukanie nowych przeżyć jest motorem człowieka, ale to może też doprowadzić do destrukcji. Z ręką na sercu przyznaję: jestem pozbawiony tej źle pojętej ambicji. I czuję się szczęśliwy. Jeżeli chodzi o potrzebę nowych doznań, to zakończyłem eksperymenty już dawno temu.

Jakie kobiety uważasz za atrakcyjne?

Robotne, gospodarne, oszczędne (śmiech). Nie wiem. Nie ma jednego ideału. Ludzie szukają swoich drugich połówek, raz je znajdą, raz nie, czasem na początku nie wiedzą, że znaleźli… Nasz związek działa na patencie przeciwieństw. My jesteśmy kompletnie inni, kompletnie. Ale pasujemy, jak w tym chińskim kółku…

Yang i yin.

Yang i yin. Tworzymy jedność na bazie przeciwności. Ale to może działa tylko w moim związku? Indywidualizm każdego z nas każe zaprzeczyć możliwości zbudowania jednego modelu.

Dużo masz przyjaciół?

Uważam, że to szczególne słowo i można go użyć naprawdę w stosunku do bardzo niewielu osób. Mam przyjaciół dwóch, w porywach do trzech. To ktoś taki, któremu możesz się zwierzyć ze wszystkiego i mieć pewność, że to nie pofrunie dalej. Po drugie, daje ci taką pewność – może to materialistyczne podejście do sprawy – że gdyby, nie daj Boże, coś mi się stało, to on nie pozostawi moich bliskich sobie a muzom. W drugą stronę też to działa. Mierzi mnie, gdy słyszę: „O, spotkaliśmy się z naszymi przyjaciółmi skądśtam i nagraliśmy dwie piosenki…”. Przyjaźń to długi i złożony proces poznawania się. Trochę analogiczny do miłości. Nikt mnie tak wk…ć nie potrafi, jak moi przyjaciele najbliżsi. Ale też nikomu nie jestem w stanie tak ostro powiedzieć i wywalić swoich bolączek. Wobec kolegów jestem i ostrożniejszy, i delikatniejszy.

A wobec nieznajomych? Robisz wrażenie człowieka otwartego, zabawowego.

Tak naprawdę trudno jest ze mną nawiązać kontakt. Stawiam sobie barierę, bo często ktoś myśli, że szczytem moich marzeń jest np. napicie się z nim wódki po koncercie. Gdy odmawiam, w oczach ma wyrzut: „Aaa, gardzisz”. Unikam też zlotów towarzyskich, ale jak gdzieś pójdę, to się bawię. Generalnie czas najchętniej spędzam w domu. Kupiłem sobie nowy gadżet (wskazuje spory telewizor). Jestem kinomanem, a teraz nie muszę z domu wychodzić. Lubię z żoną, przy świecach, obejrzeć dobry film.

To sposób na odreagowanie stresów? Sporo koncertujesz.

Jakich stresów? (śmiech) Dolegliwe są tylko przejazdy. A koncerty… kocham je grać. Dla mnie to absolutne spełnienie, końcowy produkt tego, nad czym pracuję. Płyta jest po to, by nią zamknąć jakiś okres. I żeby ją grać ludziom na koncertach. Kłamstwem jest, gdy ktoś mówi: „Tworzę dla siebie”. Nie! To jest racjonalizowanie niepowodzeń. Bez audytorium sztuka nie istnieje, ona żyje w konfrontacji z odbiorcą. Ale nigdy nie starałem się robić niczego pod publikę. Kocham robić to, co robię, jeszcze się z tego utrzymuję. Gdzie tu miejsce na nerwy.

A zarwane wieczory, noce?

Odsypiam dzień później. Jestem tak przyzwyczajony do tego, że zasnę w każdej sytuacji.

W poczekalni u fryzjera, gdy tylko poczujesz płaszcz pod głową?

Nie chodzę do fryzjera (śmiech). Za to na masaże. Wystarczy, że się położę, już śpię. Kiedyś nawet zasnąłem na stojąco w pociągu, oparty o okno, w korytarzu. Nigdy nie zwalczam senności. Kawy nie piję, to ciężki drug, po niej widzę podwójnie (śmiech). Wyczytałem, że jak chce się spać, to nie należy odganiać tego uczucia. Opanowałem tę sztukę dosyć biegle.

Rozumiem, że powszechna rozpoznawalność Ci w tym nie przeszkadza?

Posiadanie znanej gęby w ogóle jest troszeczkę uciążliwe, nie mogę do końca wyluzować się na ulicy. Z drugiej strony mniej zapłaciłem mandatów, łatwiej mi w urzędach. Choć raz, pamiętam, w skarbowym, na Lindleya, urzędniczka parę razy mnie przegoniła. Ewidentnie złośliwie. Dwukrotnie musiałem wrócić po jakiś dokument do domu. Dopiero gdy za trzecim razem stanąłem przy jej okienku, rozpromieniła się: „Trzeba było powiedzieć, że to pan, byśmy inaczej wszystko załatwili!”.

Udaje się zachować prywatność przy takiej popularności?

Zdecydowaliśmy z żoną, że nie ma wstępu w nasze życie prywatne. Za żadne pieniądze... No, może za 20 mln dolarów… Żartuję. Jeśli chodzi o upublicznienie mojej osoby, to do mediów przedostaje się tylko to, co chcę. Aż dziw, że nie mam problemu z nachalnymi fotografami. Może dlatego, że ja się ze swoimi słabościami nie kryję?

Działka na Wyspach Kanaryjskich – trochę jak na Księżycu – to pomysł na ochronę prywatności?

Przypadek. Zaczęło się podczas wczasów na Teneryfie. Trwała impreza i kłóciliśmy się, gdzie można kupować nieruchomości. Temat się rozpłynął, ale na drugi dzień przyszedł mój brat cioteczny i mówi: „To co, idziemy oglądać te mieszkania?”. Widocznie wieczorem złożyłem jakieś deklaracje... Jednak głównym powodem, dla którego kupiliśmy coś na Teneryfie, jest klimat. Ciepło. Nic innego.

Skąd potrzeba tylu przygód muzycznych? Kult, rap, teraz nagrałeś piosenki Chyły i Grześkowiaka.

Inaczej bym skapcaniał. A płytę „Silnej Grupy pod Wezwaniem” miałem w zanadrzu od lat. Pamiętam ich z dzieciństwa. Mieli złą markę, że pijacy, menelska sprawa. Wydali jedną płytę, koncertową, ale nie byliby sobą, gdyby zarejestrowali ją normalnie. Publicznością na nagraniu były dziewczynki z pierwszego roku architektury bodajże. Słychać ich aplauz, ale wszystko to cienkie głosiki, frenetyczne oklaski i wybuchy śmiechu w dziwnych momentach. Gdy oni zaczynają świntuszyć, to słychać z sali takie „hi, hi, hi”. Tę płytę zdarłem do nieprzytomności, uważam ją za najciekawszą z tego gatunku. Nawet miałem taką idée fixe, że wykupię jej licencję i wydam na kompakcie. Uważam, że trzeba ją przypomnieć. Warto, by wróciła do krwiobiegu.

Jak to jest, że każdy artysta promujący płytę mówi, że to jego najlepsza?

A ja naprawdę tak myślę, nie jestem cyniczny. Na świeżo zupełnie nie mam dystansu. Fakt, że artyści zwykle są zobligowani reklamować swój produkt, firma płytowa im każe. Ale mnie nawet najgorsza płyta Kultu po nagraniu wydawała się świetna, słuchałem jej na okrągło, nakręcony pracą nad nią.

Na przyszłość: jakie ciastka lubisz? Nie wiedziałam, jakie przynieść.

Najbardziej sernik lubię. I żeby rodzynek było dużo.