Polska projektantka i modelka Katarzyna Dacyszyn przez ponad 11 lat zmagała się ze stalkerem. Obowiązujący wówczas kodeks karny nie zawierał przepisu o stalkingu, ale w 2016 roku w końcu udało jej się doprowadzić sprawę przed sąd. Rozprawa jednak się nie odbyła. Będący pod wpływem alkoholu, oskarżony 50-letni Robert W. na korytarzu sądowym zaatakował swoją ofiarę i oblał ją kwasem siarkowym. Katarzyna Dacyszyn cudem uniknęła śmierci – jak przyznaje, w ostatniej chwili instynktownie odwróciła głowę. Mimo to, odniosła bardzo głębokie obrażenia. Z poparzeniami 3. i 4. stopnia trafiła do specjalistycznego szpitala w Siemianowicach Śląskich. Po długiej terapii i licznych operacjach lekarzom udało się uratować wzrok, a także przeszczepić skórę w miejscach oparzenia. Ale to był dopiero początek długiego procesu dochodzenia do siebie i powrotu do normalności. Katarzyna Dacyszyn musiała odnaleźć się na nowo w trudnej rzeczywistości, zaakceptować oszpecone ciało i nauczyć się żyć z bagażem ciężkich doświadczeń. Po latach rehabilitacji, bolesnych zabiegów i walki z samą sobą, dziś jest głosem walczącym o prawa ofiar i większą świadomość na temat stalkingu. W 2019 roku wydała książkę „Kobieta z blizną”, w której opisuje swoje trudne doświadczenia i drogę, jaką musiała przebyć by wrócić do normalności.

Anna Bukowska: Jak udało ci się przetrwać tak trudny moment? Skąd czerpałaś siłę, by walczyć o siebie i się nie poddać?

Katarzyna Dacyszyn: To, co mi się przydarzyło było tak nieprawdopodobne i niewytłumaczalne, że ja na początku zwyczajnie w to nie wierzyłam i nie byłam świadoma tego, jak poważna jest moja sytuacja. Pamiętam, kiedy doleciałam półprzytomna śmigłowcem ratunkowym do Centrum Leczenia Oparzeń, lekarze rozmawiali między sobą,  że mam poparzone obie rogówki i prawdopodobnie nie będę widzieć. Kwas miał stężenie 87 proc., więc tkanka na prawym policzku była uszkodzona do kości. Kiedy przyleciałam, prawe ucho było martwe i miałam je stracić. Ale do mnie to zupełnie nie docierało. Byłam ledwo przytomna, jednak pamiętam, że czułam ogromną chęć życia i silną wewnętrzną niezgodę na to wszystko, co się stało. Nie dopuszczałam najgorszych myśli, wiedziałam, że przecież muszę widzieć! Chciałam wszystkim pokazać, że ja i mój organizm zrobimy coś innego niż zakładają lekarze. Pewnie trochę wynikało to z mojej przewrotnej natury, która zawsze próbowała coś udowodnić. A potem to się po prostu zaczęło udawać – i to dało mi jeszcze większą motywację, żeby zwyciężyć.

Wykonałaś potężną pracę nad sobą. Co pomogło Ci najbardziej?

To jest bardzo złożona sprawa, ale myślę, że bardzo ważne było samo podjęcie decyzji o tym, że będę o siebie walczyć. Najgorsze, co można zrobić to ulec poczuciu, że spotkało nas nieszczęście. Użalanie się nad sobą i zastanawianie, dlaczego akurat mnie to spotkało, powoduje, że popadamy w niemoc. Będąc w szpitalu widziałam różne reakcje. Były osoby, które bez przerwy płakały, popadały w stany depresyjne. Lekarze nie bez powodu powtarzają, że pozytywne nastawienie jest niezwykle ważne w procesie leczenia. Oni starają się zrobić wszystko co w ich mocy, żeby pomóc pacjentowi, ale jeśli on sam wewnątrz nie podejmie tej walki – to sabotuje całą akcję ratunkową. Trzeba stanąć po jednej stronie i kopać piłkę do tej samej bramki – to jest gra zespołowa. Dopóki ona trwa, działamy w teamie i staramy się zrobić wszystko, żeby było dobrze. A potem ewentualnie może być czas na użalanie. Ja tak do tego podeszłam.

Tutaj muszę powiedzieć też o wierze - i to właściwie wielowymiarowo. To, co się później działo to były dla mnie małe cuda. Miałam świetną opiekę i dużo szczęścia, na pewno pomogło mi też nastawienie i wola walki. Niektóre rzeczy są jednak nie do wytłumaczenia, bo na przykład nieoczekiwanie moje martwe ucho ożyło, wróciło krążenie. Pamiętam, że kilku lekarzy kompletnie zaniemówiło i pytało, czy ktoś się za mnie modli, bo takie rzeczy rzadko się zdarzają. Mnóstwo ofiar ataków kwasem nie widzi na jedno oko – lub w ogóle traci wzrok. Ja w zeszłym tygodniu byłam u okulisty i okazuje się, że nie mam żadnej wady. Rogówka jest widocznie zmatowiona na skutek oparzenia, mam też blizny w lewym oku pod powieką - ale odzyskałam wzrok w stu procentach. Przy stężeniu kwasu wynoszącym 87 procent i 40-minutowym oczekiwaniu na karetkę to jest po prostu cud, nie jestem w stanie tego wytłumaczyć. Zaczęłam mieć poczucie, że dzieją się niesamowite rzeczy - i że jestem pod Bożą opieką. Zawsze uważałam się za osobę wierzącą, ale nigdy dotąd nie byłam tak bezpośrednio doświadczona i nie czułam tak bliskiego kontaktu z Bogiem. Wtedy to wszystko zaczynało się we mnie budzić. Miałam silne poczucie zaufania, że wszystko będzie dobrze i, że jestem jednak ratowana z tej trudnej sytuacji. To wszystko dodawało mi sił.

Co było najtrudniejsze po wyjściu ze szpitala?

Musiałam przede wszystkim odzyskać poczucie bezpieczeństwa. Byłam przerażoną osobą, która nie ufała systemowi, bo on zawiódł mnie w miejscu, które z założenia powinno być bezpieczne – czyli w sądzie. Najtrudniej było mi pozbyć się myśli, że za chwilę spotka mnie coś złego i będę musiała znów walczyć o życie. Nie miałam też zaufania do wymiaru sprawiedliwości i bałam się, że sędziowie nie staną na wysokości zadania. Musiałam za wszelką cenę zapewnić sobie bezpieczeństwo i przyszłość. Od początku wiedziałam, że będę walczyć o 25 lat więzienia dla stalkera, który mnie zaatakował, choć wszyscy prawnicy mówili mi, że to niemożliwe.

A jednak się udało.

Wiedziałam, że ta sprawa jest bardzo głośna i medialna – działa się właściwie na oczach całej Polski. Dzięki mojemu pełnomocnikowi udało się zmienić kwalifikację czynu i uzyskać wysoki wyrok, jaki nigdy wcześniej nie zapadł w takiej sprawie. Poczułam w sobie siłę i wiedziałam, że nie potrzebuję już więcej opieki psychologa. To był pierwszy tego typu wyrok w Polsce. W wyniku całego zdarzenia, zaostrzono przepisy dotyczące ochrony sądów, doszło do zmian w prawie. Cena była bardzo wysoka, ale poczułam, że jako jednostka mogę naprawdę coś zmienić – i wykorzystać moją wstrząsającą historię do słusznych celów.  Myślę, że jeśli wierzymy w coś bardzo mocno, to jest duże prawdopodobieństwo, że to się wydarzy. To było doświadczenie, na którym zbudowałam siebie od nowa – i to dało mi ogromną siłę.

Przeszłaś bardzo długi proces powrotu do zdrowia, rekonwalescencji, dochodzenia do siebie. W którym momencie tej drogi jesteś w tej chwili?

Ten proces wciąż trwa, a program zabiegów obejmuje jeszcze kilka kolejnych lat. Mam za sobą przeszczepy skóry i trudne zabiegi operacyjne, które mocno wycieńczyły mój organizm. Byłam jednak pod dobrą opieką i ufałam lekarzom, którzy się mną zajmowali. Został wtedy stworzony dla mnie specjalny program leczenia. Natomiast po wyjściu ze szpitala każdy pacjent musi być przygotowany na to, że to nie koniec – i kolejny program musi sobie już stworzyć sam. W moim przypadku oparzenia były bardzo głębokie – trzeciego albo czwartego stopnia – czyli praktycznie do kości. Byłam więc przygotowana przez lekarzy na to, że proces rehabilitacji i budowy blizn będzie trwał bardzo długo – nawet do dwóch lat od momentu zagojenia się ran lub przeszczepu skóry. Ja odczuwałam to bezpośrednio, bo gojące się rany bardzo swędzą. Bywało tak, że przy zmianach pogody odczuwałam potworny ból w tych miejscach. Zrosty i przykurcze były bardzo silne – lekarze prognozowali wręcz, że prawdopodobnie będę osobą niepełnosprawną. Codziennie byłam rehabilitowana, a oprócz tego ćwiczyłam w domu. Podczas tych ćwiczeń wydawało mi się, że dość mocno się rozciągam, ale przykurcze niestety wciąż powracały. Bardzo długo odnosiłam wrażenie, że to zupełnie nic nie daje. Jednocześnie wiedziałam też, że muszę wyhamowywać proces tworzenia blizn i zrostów. To była codzienna walka samej ze sobą i ograniczeniem organizmu, by powrócić do stanu sprzed ataku.

Obawiałaś się swojego wyglądu po wyjściu ze szpitala?

Pierwsza myśl, kiedy odzyskałam przytomność w szpitalu była taka, że będę straszyć dzieci. Miałam przed oczami zmasakrowane twarze ofiar ataków kwasem i bałam się, że u mnie będzie podobnie. Do tego żaden z lekarzy nie był w stanie powiedzieć mi, jak będę wyglądać i czy w ogóle będę mieć twarz. Teraz wiem, że proces gojenia jest bardzo długi i nikt po prostu nie znał wtedy odpowiedzi na moje pytanie. Myślę, że miałam jednak dużo szczęścia, bo tak naprawdę mogłam zginąć. Uratowałam się tylko dlatego, że w ułamku sekundy odruchowo odwróciłam głowę, choć w ogóle tego nie pamiętam. Siła uderzenia dotknęła więc tylko części mojej twarzy. Miałam ubytki tkanki, ale nie zostały uszkodzone żadne nerwy, a tkanka mięśniowa z czasem się odrodziła – to są naprawdę niesamowite rzeczy, które kazały mi uwierzyć w to, że wszystko się dobrze skończy. Ten proces gojenia się i poprawy wizerunku był dla mnie tak namacalny, że wiele razy popłakałam się ze wzruszenia. Jestem szczęśliwa, że współczesna medycyna jest tak rozwinięta.

Jakie zabiegi medycyny estetycznej pomogły Ci najbardziej?

Z doktorem Markiem Wasilukiem, do którego trafiłam, skupiliśmy się przede wszystkim na ratowaniu twarzy i wyhamowywaniu blizn, które zaczęły się tworzyć. Było to naprawdę trudne, ponieważ w miarę przyrostu blizn twarz zaczynała się coraz bardziej deformować. To naturalna reakcja organizmu: w miejscu uszkodzenia skóra zaczyna się pogrubiać i narastać. Nam zależało na tym, żeby wydawała się jak najgładsza. W ciągu pierwszych miesięcy od wyjścia ze szpitala skupiliśmy się głównie na zabiegach laserem frakcyjnym. To metoda, która polega na kontrolowanym uszkodzeniu skóry i zmuszeniu jej w ten sposób do regeneracji oraz produkcji nowego kolagenu. Laser penetruje skórę po to, żeby przerwać wiązania, jakie tworzą się przy budowie blizn – dzięki temu możemy je „rozluźnić” i nie dopuścić do zgrubień i deformacji. Oprócz tego mam za sobą kilka operacji plastycznych. Musieliśmy odtworzyć powiekę prawego oka, więc przeniosłam się do szpitala w Polanicy Zdroju, który jest chyba najbardziej znaną tego typu placówką w Polsce. 80 procent skóry na mojej twarzy to skóra przeszczepiona. U mnie pobrano ją głównie z pośladków – ale współczesna technologia umożliwia wyhodowanie odpowiednika ludzkiej skóry. Co ciekawe, hodowano ją w laboratorium CLO również dla mnie. Pobrano mały wycinek z grzbietu stopy. Zabawne było, gdy podczas porannego obchodu szpitalnego pytałam lekarzy „Dzień dobry, jak tam moja skóra?”, a oni odpowiadali „Dobrze, dokarmiamy ją i rośnie”. Okazało się, że pobranie do hodowli jest potwornie bolesne, choć pobrany wycinek był wielkości znaczka pocztowego. Ból był tak wielki, że nie mogłam chodzić, ale jednocześnie to niesamowite, że można w ten sposób wyprodukować skórę do przeszczepu.

Kiedyś powiedziałaś, że najprawdopodobniej nigdy nie pokażesz blizn, bo są twoją porażką. Na szczęście dziś to już nieaktualne. Jak udało ci się je oswoić?

Choć cały czas pracuję nad sobą i wydaje mi się, że zrobiłam już naprawdę dużo, nie od razu zaakceptowałam swoje blizny i długo nie byłam gotowa na to, żeby pokazać je światu. Musiałam stoczyć walkę z poczuciem wstydu i pogodzić się z tym, że teraz tak będzie już wyglądało moje ciało. Wiedziałam jednak, że muszę wykonać ten krok, żeby znów czuć się dobrze ze sobą. To był jeden z punktów mojego – jak to nazywam – programu powrotu do normalności. Wtedy pojawiła się w moim życiu fotografka Dominika Cuda, która zaproponowała mi udział w kampanii Fake Off – niezwykłej sesji zdjęciowej, której celem było pokazanie piękna nieidealnych kobiet – i uzmysłowienie odbiorcom, że kanony piękna z mediów społecznościowych są nierealne. W trakcie zdjęć było mi ciężko – i Dominika to widziała. Przyszła do mnie z aparatem i mówi: zobacz, wyglądasz rewelacyjnie! I pomimo to, że moje ciało nie było takie, jak kiedyś, poczułam wtedy pierwszy raz, że podoba mi się to, co widzę. Dostałam szansę, żeby spojrzeć na siebie inaczej – nie przez pryzmat utartych kanonów. Sesja Fake Off była dla mnie formą terapii.

Dziś akceptujesz swoje blizny?

Zaakceptowałam je, choć czasami mnie denerwują - albo budzi się we mnie taki wewnętrzny bunt na to, że one są i będą ze mną całe życie. Bardziej przeszkadzają mi jednak w fizycznym aspekcie. Dla osób, które nie mają tak rozległych blizn to niezrozumiałe, ale one w pewnym sensie unieruchamiają ciało i sprawiają, że człowiek nie czuje się w nim zupełnie swobodnie. U mnie blizny i zrosty są bardzo głębokie, więc mam ograniczony zakres ruchu - to takie uczucie, jakby ktoś w niektórych miejscach obwiązał cię taśmą klejącą i mocno ścisnął. Ciągle muszę walczyć z własnym ciałem i czuję się wręcz uwięziona w niektórych jego fragmentach. Prawa ręka zachowuje się inaczej niż przed wypadkiem, nie mogę w pełni obrócić głowy. Na początku to było bardzo frustrujące, zwłaszcza, że towarzyszył temu ból. Teraz trochę się już do tych ograniczeń przyzwyczaiłam, ale nadal jest to nieprzyjemne, zwłaszcza, że ja nie znoszę skrępowania.

Wiele osób ma problem z akceptowaniem niedoskonałości – choć ich „defekty” są nieporównywalnie mniejsze niż obrażenia, z jakimi musiałaś się zmierzyć. Ostatnio wpadły mi w ręce badania, z których wynika, że Polki mają prawie najniższą samoocenę w Europie. Jak przestać skupiać się na niedoskonałościach i nauczyć się samoakceptacji?

Przede wszystkim nie można skupiać się na wyglądzie, bo to nie powierzchowność określa naszą wartość. Jeżeli ktoś w ten sposób ocenia drugiego człowieka, czy siebie, to nigdy nie dojdzie do równowagi i nie zbuduje poczucia własnej wartości. Ono powinno wynikać z naszych doświadczeń w życiu, z tego jak pokonujemy trudności i jakie mamy relacje z innymi ludźmi. Wyrzeźbione ciało czy piękna cera nic nie pomogą, jeśli wewnętrznie nie czujemy się ze sobą dobrze. Czujemy się wartościowi, kiedy mamy za sobą pokonywanie różnych trudności i jesteśmy pewni, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Ja posiadając blizny i oszpecone ciało mogłabym oceniać się bardzo nisko, ale mam do siebie ogromny szacunek. Wiem, jaką pracę wykonałam motywując się do gojenia i psychicznego postawienia na nogi, do chęci działania i życia dalej, czy dążąc do zmiany przepisów w polskim prawie – i jestem z siebie dumna.

Przede mną jeszcze dwa albo trzy lata zabiegów laserowych, ale w tym roku po raz pierwszy poczułam, że nie muszę już doprowadzać tych blizn do idealnego stanu, że nie jest mi to do niczego potrzebne - no chyba, że w celu poprawy zakresu ruchu, bo jednak wciąż czuję pewne skrępowanie i mi to zwyczajnie przeszkadza. Owszem, poddam się jeszcze wielu zabiegom medycyny estetycznej, ale to nie jest rzecz, którą mam w głowie, kiedy wstaję rano. Moja samoocena po wypadku paradoksalnie wzrosła.

Jesteś teraz bardziej pewna siebie?

Tak. Choć zupełnie się tego nie spodziewałam. Osoba, która mnie zaatakowała pewnie sądziła, że po wypadku wycofam się z życia społecznego i niechętnie będę wychodzić z domu. Tymczasem wydarzyło się coś zupełnie odwrotnego. To był bardzo długi proces, ale ja nie dość, że wróciłam do normalnego życia, to jeszcze pokazuję innym, że piękne ciało nie jest wyznacznikiem wartości człowieka. Ważniejsze jest to, co robimy, jacy jesteśmy dla innych – i przede wszystkim dla siebie. Czy jesteśmy dla siebie dobrzy, czy podchodzimy do siebie z uwagą, szacunkiem i akceptacją – zwłaszcza w sytuacji, która na nas spadła – tak jak ten atak. Wiele kobiet pisze do mnie z pytaniem, jak sobie poradziłam z traumą, bólem i strachem. A ja zawsze mówię, że każdy na moim miejscu by sobie poradził. Uważam, że jesteśmy ewolucyjnie przystosowani do tego, żeby przezwyciężyć trudności i pójść dalej. Mamy to zakodowane w naszym DNA. Ja nie twierdzę, że tuż po ataku otrząsnęłam się i z uśmiechem mówię teraz wszystkim, że można. Musiałam wykonać ogromną pracę, było mnóstwo momentów zawahania, bólu, zwątpienia i łez, milion pytań o to, co będzie dalej – to jest normalne i trzeba sobie to wybaczyć. Ale ten moment nie może trwać zbyt długo. Musimy dać sobie czas na dojście do siebie, a później musimy podjąć działanie i pracować nad sobą.

Jak oceniasz to, co ci się przytrafiło z perspektywy czasu?

Nawet jeśli od razu nie widzimy rozwiązań albo dobrych stron, wystarczy poczekać, bo to jest tylko część układanki, jaką jest nasze życie. To truizm, ale nic się nie dzieje bez przyczyny i nawet najcięższe sytuacje potrafią przynieść dobre efekty. Myślę, że to, co mnie spotkało, wydarzyło się właśnie po to, żebym mogła coś zmienić – być może zostało mi to dane jako rodzaj misji. Gdybym po tej historii zamknęła się w domu, nie zawalczyłabym o zmianę przepisów dotyczących ochrony ofiar w sądach i nie pomogłabym innym ofiarom stalkingu. Bez tego ładunku emocjonalnego moja sprawa nie miałaby takiej nośności i być może nie udałoby się nagłośnić tego problemu. Jeśli na tej historii i na tej zmianie skorzystają osoby, które spotyka coś złego, to znaczy, że to cierpienie, ból i strach nie poszły na marne. To jest dla mnie bardzo budujące.

Takie krytyczne momenty, w których ocieramy się o śmierć otwierają nam oczy na prawdziwe wartości w życiu. W swojej książce piszę o tym, jak przed atakiem żyłam w pędzie, za tym, co było dla mnie celem i wydawało mi się prestiżowe. Doceniam ten czas, ale również to, że zostało mi dane trudne doświadczenie. Przez to, co się wydarzyło musiałam wyhamować i zacząć patrzeć na życie inaczej. Wtedy, w szpitalu i po wyjściu z niego każdy drobny gest czy uśmiech ważył więcej niż wszystkie emocje, jakich doświadczałam w Hong Kongu czy Nowym Jorku. Myślę, że jestem teraz bardziej wartościowym człowiekiem, bo dostrzegam i doceniam więcej, mam większą wyrozumiałość dla ludzi i dla siebie samej – to w pewnym sensie rozszerzyło moje spektrum patrzenia na świat. Myślę, że mój światopogląd się wzbogacił. Nie mówię, że to, co się zdarzyło było dobre – potępiam to z całą mocą, bo ten ktoś chciał mnie po prostu zniszczyć. Ale mu się to nie udało, nie poddałam się i walczyłam o siebie do końca. Jestem ofiarą ataku stalkera, ale nie jestem ofiarą w życiu – i moja książka pokazuje, że nawet będąc na przegranej pozycji można zostać zwycięzcą.

--

Katarzyna Dacyszyn – fotomodelka, projektantka, właścicielka marki Bunny Blanc, aktywistka społeczna. W 2016 roku została oblana kwasem siarkowym przez obcego, wieloletniego stalkera. Przeżyła ten atak i po długim leczeniu oraz rekonwalescencji udało jej się wrócić do normalnego życia. Od tamtej pory walczy o zwiększanie świadomości społecznej na temat stalkingu. Jako osoba dająca pozytywny przykład radzenia sobie z trudnościami oraz motywująca innych, otrzymała nagrodę Pozytywki TVN. Jest też finalistką konkursu organizowanego przez Harper’s Bazaar Evoque – I’m on The Move na silną kobietę aktywizującą swoje otoczenie.

W 2019 roku wspólnie z dziennikarką Ireną A. Stanisławską wydała książkę „Kobieta z blizną”, w której opisuje swoje traumatyczne doświadczenia i długą drogę, jaką przebyła żeby wrócić do życia po ataku. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza.