Dlaczego kryminały?

Katarzyna Bonda: Tak naprawdę był to pragmatyzm. W tamtym czasie zajmowałam się reportażem społecznym, w którym często pojawiał się wątek przestępczy, a pierwszą książkę należy pisać o tym, na czym się człowiek zna. Natomiast, gdy teraz, po latach, patrzę na ten wybór, to myślę sobie, że wszystkie książki są o momencie krytycznym. Każda historia tak naprawdę opowiada o zaburzeniu balansu, momencie, kiedy człowiek przekracza „cienką czerwona linię”. I z mojej perspektywy, zarówno autorki jak i kobiety, najbardziej interesująca jest geneza takich zachowań. Dlaczego podejmujemy takie, a nie inne decyzje? Skąd biorą się nasze wybory?

Mówi Pani o kobiecej perspektywie. Kobiety patrzą na kryminał inaczej niż mężczyźni?

Mam wrażenie, że o ile mężczyźni poszukują w kryminale raczej przygody, kreacji super bohatera, tak kobiety – ja również, poszukujemy odpowiedzi na pytanie jak uleczyć ten świat. To właśnie rozumiem przez „pisanie kobiece”. Zdarza się, że mężczyźni mi przygadują, że moje książki są takie grube, bo kobiety cały czas gadają. Ich grubość zupełnie nie z tego wynika! Powodem jest ten szczególny rodzaj motywacji, który pcha człowieka, żeby wejść w opowieść. Jeżeli kogoś interesuje tylko i wyłącznie informacja, kto zabił, to te książki rzeczywiście mogłyby się zamknąć w 150 stronach. Mnie to nie interesuje, bo ja to wiem od początku. Dla mnie ciekawe są zupełnie inne elementy. Jak spojrzy Pani na przestrzeń mojej powieści to nie jest to typowy kryminał. Przy Saszy zaczęłam coraz bardziej odchodzić od twardych elementów gatunku, coraz więcej frajdy zaczęło mi sprawiać opowiadanie o świecie, człowieku, sprawach społecznych.

I kobietach?

Też. Cała ta seria jest tak naprawdę poświęcona kobiecie. Oczywiście jest to rodzaj opowieści kryminalnej i główne ramy dramaturgiczne są kryminalne. Jest zagadka, intryga, jest bohater, który jest śledczym, ale tak naprawdę jest to opowieść o kobiecie z bagażem życiowych doświadczeń, która musiała przejść przez cztery żywioły.

Jak powstawała Sasza? Była stworzona od samego początku?

Naszkicowany był kręgosłup. Były „sztywne” elementy, jak kości w człowieku. Natomiast z postacią jest tak, że ona naturalnie się zmienia, zaczyna żyć własnym życiem, walczy o uwagę. To jest piękne i należy się temu poddać, inaczej postać staje się papierowa.Początkowo chciałam na kontrze do tych wszystkich męskich super bohaterów, żeby Sasza była twarda i silna, taka kobieta generał. Ale to było głupie myślenie. To, co jest siłą naszej płci, to kobieca delikatność, wrażliwość, empatia. W pewnym wieku kobiety, nawet największe wojowniczki, dojrzewają do takiego etapu, kiedy stwierdzają, że właściwie słabość jest ich największą siłą. I z Saszą było dokładnie tak samo.

Ale chyba wciąż tak jest, że kobieta, niezależnie od tego, jak wykształcona i przygotowana merytorycznie, jeśli chce coś osiągnąć w świecie, który jest mocno zmaskulinizowany, musi założyć zbroję.

Dla mnie to jest zachwycające, że mogę funkcjonować właściwie niepodlegle, ale ma Pani rację. Spójrzmy na taką postać jak Caryca Katarzyna. Silna kobieta, władczyni funkcjonująca w absolutnie męskim świecie. Mówi się o niej, że była modliszką. Bezwzględna, okrutna. A jak Pani spojrzy na wszystkich królów, którzy robili to samo, to oni byli bohaterscy i wspaniali. Czy myśli Pani, że to się rzeczywiście dzisiaj zmieniło?

Miesiąc temu poznałam prezeskę jednej ze stacji telewizyjnych. Kobieta jest piękna, eteryczna, ale zbroję nosi. Na pierwszy rzut oka: harpia. Przy bliższym poznaniu okazuje się, że ta kobieta płaci o wiele większą cenę za bycie na tym stanowisku niż jej koledzy prezesi. Codziennie musi się otaczać pewnego rodzaju murem. Nieustannie spotykam kobiety, które na zewnątrz są silne, a w środku wrażliwe i delikatne. Oczywiście mężczyźni lubią je postrzegać jako te „złe”, jest im w ten sposób łatwiej. Albo kobieta jest dobra albo zła. Albo Matka Boska albo dziwka. To nie jest tak, że czasy Carycy Katarzyny się skończyły. Nie wierzę, że kiedykolwiek się skończą.

Jesteście z Saszą do siebie podobne? Można mówić o tym, że historia Saszy jest inspirowana Pani doświadczeniami w świecie zdominowanym przez mężczyzn, bo takim wydawał się być świat polskiego kryminału, gdy zaczynała Pani pisać?

Faktycznie można znaleźć między nami paralele. Sasza nie jest wojującą feministką, która deprecjonuje wszystkich mężczyzn. Wręcz przeciwnie, ona sobie zdaje sprawę, jakie są reguły gry i wielu mężczyzn ceni, mimo rzucanych jej pod nogi kłód. Ja, gdy wchodziłam w świat powieści kryminalnych, przeszłam taką samą drogę. Byłam kopna niezliczoną ilość razy. Dostawałam po głowie, że dekonstruuję gatunek, że go rozsadzam, że to, co piszę nie przystaje do drogi, którą wyznaczyli mężczyźni. Wszystko to okazało się być później moim największym atutem i sukcesem tych książek. Mogę Pani wyznać, że niezliczoną ilość razy płakałam, gdy słyszałam, co mówiono o mnie za moimi plecami. Do tej pory zdarza mi się słyszeć, że moje książki się sprzedają, bo ładnie wyglądam i chodzę „się promować po telewizorach”.

Jak Pani sobie radzi z takim hejtem? Nie można przecież cały czas nosić zbroi.

Po pewnym czasie pancerz staje się na tyle twardy, że nikt nie jest Pani w stanie zranić. Ale jest jeszcze druga, piękna, strona medalu: czytelnik. Jeśli do czytelnika coś trafia, i trafia nie tylko do głowy i serca, ale dotyka go na poziomie emocji, uderza w intymne struny, to nie ma siły, żeby to nie zagrało. Czytelnika naprawdę nie da się oszukać i zmusić, by kupił książkę.

Co w takim razie dzieje się z krytyką wymierzoną w Pani kierunku? Odbija się od pancerza i w ogóle Pani nie rusza?

Nie, to nie tak. Ja nie walczę z krytyką, ja ją przyjmuję jako naukę. Staram się okresowo updejtować dane. Pokora i taka babska empatia pozwalają mi co jakiś czas przyjrzeć się sobie, zrobić bilans i wyciągnąć wnioski.

Mam poczucie, że taki update danych to niezwykle cenna umiejętność, nie tylko w kontekście rozwoju literackiego. Jako ludzie, rozwijamy się tak długo, jak długo jesteśmy otwarci na krytykę i dokonujemy pewnej autoanalizy.

Zdecydowanie. Jeżeli człowiek popadnie w pewien rodzaj fanfaronady i stanie się głuchy na krytykę, to nie ma mowy o rozwoju. Nie mam wpływu na hejt, jaki do mnie trafia. Ale mam wpływ na to, co z nim zrobię. Uważam, że w każdej krytyce jest ziarno prawdy. Z pisaniem jest też tak, że im bardziej jest człowiek dojrzały, tym głębsze historie może opowiadać. Pod warunkiem oczywiście, że się jest wnikliwym. Ja cały czas uczę się nowych rzeczy. Nieustannie. Jestem jak dziecko, wszystkiego jestem ciekawa. Świat mnie niesamowicie interesuje. Dzięki temu cały czas mi się wydaje, że mam 20 lat! (śmiech)

W Pani książkach wątek polityczny jest wyraźnie zarysowany. Śledzi Pani polityczne wydarzenia? 

Nie. Nie czytam gazet, nie mam telewizora. To mój rodzaj buntu przeciwko mediom, które są dziś maksymalnie stabloidyzowane. Wiadomości podawane są tak, żeby czytelnik miał odczucie, że świat się kończy. Więc ja nie uczestniczę, żeby się nie denerwować.

Da się tak całkiem wyłączyć?

Całkowicie wyłączyć się nie da, ale informacje docierają do mnie z dużym opóźnieniem. Czasem to są zabawne sytuacje, np. gdy ktoś z przejęciem mi opowiada, że jakiś Pan nie jest już ministrem, a ja nawet nie wiedziałam, że nim został… (śmiech) Co nie znaczy, że nie czuję się odpowiedzialna za mój kraj. Mój bunt z mediami nie wynika z tego, że Polska mnie nie obchodzi. Brzydzi mnie polityka. I to nie dlatego, że nieciekawi mnie sama polityka jako gra, brzydzi mnie, że te rozgrywki w gruncie rzeczy nie odbywają się na poziomie ideologicznym, tylko materialistycznym… a ja jestem idealistką.

To, o czym Pani pisze, to materia trudna. Powstają pytania o kondycję człowieka, o to czy ten świat w ogóle może być lepszy. Czy to przygnębiające, może nawet depresyjne, wchodzić w te mroki…?

Wszyscy mnie o to pytają (śmiech). Ostatnio rozmawiałam z Edytą Bartosiewicz, z którą się przyjaźnię i która też jest po lekturze. Zapytała mnie „Jak Ty w ogóle możesz spać? Nie boisz się?” (śmiech) No i widzi Pani… no nie, nie boję się, śpię dobrze. Nie wiem, może rzeczywiście jest coś ze mną nie tak? Chociaż czasem muszę zrobić reset systemu. Po każdej książce daleki wyjazd, na którym wyłączam telefon i maila, jest obowiązkowy. Muszę się oczyścić.

Ale rozumiem, że to takie przewietrzenie głowy w ramach higieny pracy, a nie sposób na uniknięcie depresyjnych nastrojów?

Nie, ja w ogóle nie mam depresyjnych nastrojów! Ja już byłam na kompletnym dnie, przeżyłam pocałunek śmierci. Hades już znam, własny. To było bardzo dawno temu, przez wiele lat byłam w terapii, musiałam się z tego wydobyć. W mediach można znaleźć informacje, że to książki mnie uleczyły... Gówno prawda. Nie napisałabym ani jednej książki, gdybym nie przeszła gruntownej terapii. Teraz, opowiadając historie, czerpię z moich zasobów tego cienia, ale powiem Pani, że też nie do końca chcę to robić. To jest zdrowe, świeże, żywe, ale tylko do pewnego momentu. Widzi Pani, ja się cały czas przeistaczam. Według mnie na tym właśnie polega życie, nie ma innej drogi. Są pewne cykle: coś się kończy, coś zaczyna. Jeśli jakiś etap się skończy, a człowiek się nie przeistoczy to wraca do punktu wyjścia. Natomiast przeistaczając się, człowiek wchodzi na coraz wyższe poziomy: rozumienia, rozwoju zainteresowań, głębi. Dzięki temu widzi rzeczy znacznie szerzej, obserwuje je z lotu ptaka. To naprawdę niesamowite kiedy człowiek zaczyna widzieć całą konstrukcję tego świata, rodzaje połączeń, związki czasu i przestrzeni.

Przez lata pracowała Pani w korporacji. Co spowodowało, że zdecydowała się Pani na życiową rewolucję, w postaci rzucenia korporacyjnej posady na rzecz pisania książek?

Ja tę rewolucję zaczęłam już jako młoda dziewczyna. Pochodzę z małego miasteczka. Każdy ma tam do odegrania konkretne role. Moi rodzice byli cenieni, szanowani, więc naturalnym było, że jako dziewczyna z inteligenckiego domu skończę studia, zamieszkam z mężem w domu obok rodziców i będę rodziła dzieci. Swoją rewolucję zaczęłam w dniu, w którym z tej drogi zboczyłam. Wyjechałam, skończyłam dziennikarstwo, pracowałam w różnych redakcjach. Moją ostatnią pracą był Newsweek. Dalej mogłam już tylko szukać rozwoju poziomego, w podobnych redakcjach, a chciałam czegoś nowego. Książki są jedyną rzeczą, gdzie mogę się przeistaczać nieustannie, mieć różne życia i ciągle doświadczać nowych rzeczy.

Zawsze marzyła Pani o napisaniu książki?

Nigdy! Miałam być pianistką. Grałam na fortepianie i byłam przekonana, że będę wirtuozem, ale okazało się, że nie jestem typem scenicznego zwierzęcia. Wtedy wymyśliłam dziennikarstwo. Będę jeździć, poznawać ludzi, mieć mnóstwo żyć. Mój ojciec, jak usłyszał o tym pomyśle, to powiedział, że się nie zgadza, bo z moim charakterem na pewno zaraz mnie wyślą na jakiś front wojenny (śmiech). Pierwszą książkę zaczęłam pisać w pracy. W ogóle tego nie planowałam. Nie było takiego pomysłu: o, to teraz napiszę książkę. Ona po prostu ze mnie wyszła. Nawet nie myślałam, żeby ją wydać, nie miałam w sobie takiej siły. Poza tym lubię komfort, a korporacja go daje. Nie byłam w stanie się zwolnić przez dwa lata. Aż zrozumiałam, że coś się skończyło. To jest właśnie to przeistaczanie się.