Od kiedy pamiętam wybierałam zawsze skomplikowanych ludzi do kochania. Nigdy nie był to ktoś po prostu zwyczajny. Były to osoby chore, uzależnione, ale również i te niedostępne emocjonalnie. Przeważnie te relacje były niezdrowe i toksyczne, ale dla mnie nie było w tym nic dziwnego. Żyłam w przekonaniu, że tak właśnie wyglada życie - miłość nigdy nie cieszy, a jedynie boli i to cholernie. Wychowywałam się w dysfunkcyjnej rodzinie. Tata pił, mama płakała. Codziennie była jakaś kłótnia. Myślałam, że tak po prostu jest, że to jest normalne. Kiedy byłam młodsza zakochałam się w księdzu, później w geju. Cierpiałam od dziecka z nieodwzajemnionej miłości.

Zawsze myślałam, że skoro w moich żyłach płynie krew alkoholika, to i ja będę miała podobny problem. Jak się jednak okazało, bywają o wiele gorsze uzależnienia, między innymi można kochać kogoś za bardzo.

Mam dwadzieścia jeden lat, moje myśli samobójcze się nasiliły. Mieszkam z chłopakiem, który mnie nie kocha, który nawet nie chce na mnie patrzeć, który nienawidzi mnie z całego serca, i ja to czuję. Wczoraj, kiedy płakałam całą noc i nie potrafiłam przestać, kazał mi się zamknąć, bo nie mógł zasnąć.

Ludzie mówią mi, że to ja jestem chora psychicznie, że to ja jestem zepsuta. A co, jeśli tak naprawdę to nie ze mną coś jest nie tak, tylko z wami wszystkimi? - fragment rozdziału "Jestem Justyna, mam 23 lata i uzależniłam się od miłości".

Zawsze uważałam moją miłość za ogromny atut. Chociaż kosztowała mnie wiele łez i wielokrotnie łamanego serca. Czasami wydawało mi się, że może coś jest ze mną jest nie tak, ale przecież każdy oddałby swoje serce dla ukochanego gdyby ten umierał, prawda? No właśnie nie. Wielu ludzi tak mówi, ale tylko uzależnieni od miłości mogli by to serce sobie samemu wyrwać z klatki piersiowej gdyby była taka potrzeba. Jak w przypadku tego uzależnienia, jak i wielu innych, te zachowania są często bardzo niebezpiecznie. Nie tylko dla nas samych, ale również dla otaczających nas ludzi. Teraz rozumiem dlaczego inni mieli mnie za wariatkę, moje zachowania przeważały nad tym kim byłam. Wydaje mi się, że może nawet nieświadomie wybierałam partnerów którzy przypominali mojego tatę. Moja miłość nie potrafiła go uratować, więc próbowałam dalej. Zamiast w końcu zajrzeć do tej dziury, którą miałam w środku, ja ciągle zasypywałam. Mimo, że z każdym kolejnym razem wylewało się z niej coraz więcej krwi. Umierałam od środka, ale nie chciałam się do tego przyznać nikomu, a na pewno nie samej sobie.

Znowu usłyszałam, że jestem okropna i tylko wszystko psuję. „Muszę cię ciągle znosić. Każdy miałby cię już dość. Jestem dla ciebie za dobry. Ty jesteś nikim, tylko dzięki mnie żyjesz. Jesteś żałosna”.

Szkoda, że nie dostałam pozwolenia: „Idź się zabij, przestaniesz być problemem”. Szkoda, że ten problem wszystko tyle razy ratował, opiekował się, poświęcał czas i się troszczył. Po to tylko, żeby zostać wyrzuconym do kosza. Czy ja jestem zabawką? A nawet jeśli, to czy zepsutą zabawkę od razu wyrzuca się do kosza, czy może się ją naprawia? Czy ja naprawdę nic dla niego nie znaczę? Czy jestem nic niewarta? Chciałabym dzisiaj umrzeć. Chciałabym, żeby wiedział, że to jego wina. Żeby pękało mu serce, tak jak pęka mi teraz. Robienie sobie krzywdy, żeby ktoś coś zrozumiał, mija się z celem. Nie chcę umierać. Chcę, żeby ktoś po prostu mnie przytulił i zrozumiał. Czy to tak dużo? - fragment rozdziału: "Jak pokochać samego siebie".

Kiedy patrzę na swoje zdjęcia z czasu mojego uzależnienia, wyglądam jakbym nie miała już w sobie duszy. Przemęczone, zapadnięte oczy, trzęsące się ręce, wychudzona i zaniedbana istota, bo nie można mnie było nazwać wtedy człowiekiem. Wyglądałam jak narkomanka, ale moim narkotykiem była miłość. Może nikt nie pobił mnie nigdy, ale zdarzały się gorsze rzeczy. Kiedyś podczas kłótni krzyknęłam „nie szarp mnie”, w odwecie usłyszałam „jeśli chcesz żeby cię ktoś poszarpał to wróć do swojego ojca”. Innym razem zdarzało mi się usłyszeć: „Nie dziwię się, że twój tata pił i znęcał się nad tobą, pewnie też nie mógł z tobą wytrzymać.” Te słowa bolały bardziej niż jakby ktoś mi przywalił w twarz z całej siły, zwłaszcza, że mówiła mi to najbliższa osoba. Co więcej wtedy mój tata zaczął znowu pić, babcia leżała w szpitalu i miała marne szanse żeby jeszcze z niego jeszcze wyjść. Potrzebowałam wsparcia, tego żeby ktoś mnie przytulił, a dostałam po raz kolejny załamanie nerwowe. Gdybym teraz coś takiego usłyszała, nigdy bym nie odezwała się do tej osoby. Wtedy jednak wróciłam i przeprosiłam, bo jak zawsze zostało mi wmówione, że to moja wina. Ja głupia, kochałam całym sercem, więc w to wierzyłam. Z każdym dniem było gorzej. Moje ubrania leżały na korytarzu, kiedyś i mnie wyrzucił w samej piżamie na klatkę. Byłam przerażona. Normalnie uciekłabym do kogoś, ale nie miałam ani butów, ani telefonu, nic. Płakałam więc i waliłam w drzwi tak długo aż mnie wpuścił. Wtedy codziennie myślałam o tym żeby się zabić. Nie miał szacunku do moich rzeczy, w przypływie złości niszczył je, kopał. Często krzyczał, że ma mnie już dość. Myśle, że nie raz chciał wykrzyczeć, żebym umarła, ale bał się, że faktycznie mogę to zrobić. Powiedział mi raz, że jestem gruba. Przestałam jeść. Tak właśnie zaczęły się moje zaburzenia odżywiania. Innego dnia dał mi wyraźnie do zrozumienia, że podobają mu się brunetki, wiec przefarbowałam moje niedawno co rozjaśnione włosy. Lubiłam je, ale ważniejsze wtedy było dla mnie to co jemu się podobało. Kiedy był chory, zawsze robił się milszy, wiec ja jeszcze z większa ochota obskakiwałam go i opiekowałam się nim najlepiej jak mogłam. Zawsze byłam, na każde jego zawołanie. Jak się potem okazało, była to kolejna manipulacja. Za każdym razem kiedy chciałam się odcinać, wymyślał nowa chorobę. Wiedział, że prędzej pozwolę się wykończyć psychicznie, niż zostawię go chorego. Pozwalał mi się przytulać, całować, zbliżać to niego jeśli mu to pasowało. Później mnie odpychał, a ja szukałam zawsze winy w sobie. Pamiętam jak na mojej pierwszej terapii usłyszałam żeby odciąć się od niego, bo jest to toksyczny człowiek, wtedy dopiero co go poznałam. Ja wolałam jednak zakończyć terapię, niż tą chorą relacje. Tak właśnie zmarnowałam najlepsze, można powiedzieć, lata swojego życia. Byłam taka młoda, mogłam tyle robić. A ja wolałam siedzieć zamknięta z nim, niczym w więzieniu. Przecież nikogo nie zabiłam? Oprócz samej siebie. Każdego dnia coraz bardziej się nienawidziłam. Za to co robię, jaka się stałam. Nie czułam się już dobra osoba. Czułam jakby on odebrał mi wszystko co we mnie najlepsze i nie oddał nic w zamian. Odcięłam się od znajomych, rodziny. Mówili mi prawdę, której nie chciałam słuchać. Coś jednak we mnie pękło. Miałam dość takiego życia, wyniszczało mnie to od środka. Wiem, że nie jestem jedyną którą tak traktował i traktuje. Zawsze będzie szukał dziewczyn, którymi łatwo manipulować, bo maja za dobre serce żeby wierzyć, że jest po prostu złym człowiekiem. Każda normalnie myśląca kobieta by już dawno to zakończyła. Ja jednak zaciskałam zęby coraz mocniej i wierzyłam, że teraz się zmieni. Teraz będzie tym dobrym człowiekiem, za którego zawsze go miałam. Wszystko niestety się tylko pogarszało. Więc zapytasz jak to się stało, że jestem tu gdzie teraz? Otóż byłam już na wykończeniu. Psychicznym i fizycznym. Musiałam coś zmienić. Myślałam, że moja miłość nas uratuje, a tak na prawdę zabijała mnie od środka. Poszłam na terapię żeby żyło nam się lepiej. Koniec końców rozeszliśmy się w dwie strony. Poczułam się wtedy wolna, nie musiałam się nim więcej opiekować. Zrobiłam coś o niebo lepszego - zaopiekowałam się w końcu sobą. Cała miłość jaką zawsze pragnęłam od innym i jaka ich obdarowywała, dałam w końcu samej sobie. Czułam się pełna i czułam, że żyje. Teraz najważniejsza jestem ja i po 23 latach to dopiero zrozumiałam. Dalej staram się pomagać innym walczyć o lepsze życie i staram się być dla nich wzorem. Chociaż i ja czasami mam upadki i gorsze dni, ale nie ma w tym nic złego. Jesteśmy ludźmi i takie jest życie.

22.06.2019

Czuję złość, a pod nią wstyd, obrzydzenie, krzywdę i żal. Czuję, że zostałam wykorzystana i wyrzucona do kosza, a przecież nie jestem śmieciem.

Muszę pamiętać, że cokolwiek będzie się działo, nie mam wpływu na to, co robią inni ludzie. Jestem wyjątkowa. Jestem dobra. Jestem wystarczająca. Muszę przestać poświęcać swój czas ludziom, którzy na to nie zasługują i którzy nigdy nie docenią tego, co dla nich zrobiłam. Muszę zachowywać się normalnie. Nie mogę trzymać ludzi w moim życiu na siłę, jeśli nie chcą w nim być. Muszę przestać wszystkich ratować. Muszę uratować siebie. Czuję się bardzo źle. Zawiodłam siebie po raz kolejny. Podświadomość dawała mi znaki, żeby to zakończyć, ale ja uparcie to ciągnęłam. Muszę zacząć słuchać samej siebie. Ufać sobie i nie łamać danego sobie słowa.

JESTEM SILNA, KOCHAM SIEBIE I DAM SOBIE RADĘ! - fragment rozdziału "Jak pokochać samego siebie".

Wiele kobiet funkcjonuje w takim sposób całe życie. Budzą się każdego ranka nieszczęśliwe i takie też umierają. Nie znają bowiem nic innego. W dorosłym życiu odtwarzają swoje dzieciństwo, którego często nie potrafią zrozumieć. Jest to natomiast coś znajomego, coś z czym miały już styczność. Wiec nie zastanawiając się czy maja inna opcje i idą w to jak ślepe. Trzeba dodać, że są to często kobiety o wielkim sercu, pragnące pomagać i naprawiać innych. Trzeba jednak zrozumieć, że człowiek to nie maszyna. Nie da się go naprawić, natomiast można pomóc mu wyleczyć się z choroby albo zmienić niektóre zachowania, tylko i wyłącznie fachową pomocą. My możemy być dodatkowym wsparciem jeśli nie jest to dla nas szkodliwe. Nikt nie ma możliwości zbawienia świata i trzeba pamiętać, że niektórych nie da się uratować. Trzeba zając się swoim życiem i pozwolić im żyć tak jak chcą. Mimo, że będzie to potwornie bolesne, widząc jak niszczą sobie życie.

30.10.2016

Kiedyś wydawało mi się, że gdzieś głęboko w nim są ukryte jakieś uczucia. Dziś wiem, że nie ma w nim nic dobrego, nic ludzkiego. Nie zamierzam więc tracić siły i pomagać komuś, kto na to nie zasługuje. Jest zapatrzony tylko w siebie, chociaż to dziwne, bo jednocześnie nienawidzi się z całego serca. Nie zmierzam tak spędzić reszty mojego życia. Zasługuję na coś o wiele lepszego. Może spaść milion gwiazd, a nic go nie zmieni. Nawet ja. Chciałam, żeby był dobrym człowiekiem, za którego zawsze go miałam. Pragnęłam mu pokazać, że uczucia to nic złego. Więcej jednak rozumie mój kot niż on. Poddaje się. Tyle siły i energii tracę codziennie na tę bezsensowną pomoc. Jestem już zmęczona. - fragment rozdziału "Jak pokochać samego siebie"

Prawdziwym uzdrowieniem dla osoby uzależnionej jest nie tylko terapia, co pokochanie siebie samego i otoczenie się całą tą miłością którą się dawało innym ludziom. Dobrze ulokowane uczucia zwracają się w nadmiarze. Dzięki temu możemy też nauczyć się zdrowej miłości i tego, że druga osoba nie jest gwarancja naszego szczęścia, a jedynie dodatkiem do tego. Każda osoba powinna siebie poznać i zrozumieć, dzięki temu może się polubić, a w przyszłości i pokochać. To nie jest krótki proces, ale warty jest każdej minuty pracy nad sobą. Mogę wam to obiecać. Teraz po zakończeniu terapii i pokochaniu siebie jest mi lepiej. Chociaż wracają do mnie momenty, że chciałabym wrócić do tego życia co kiedyś. Nie da się zapomnieć schematów jakie ma się w głowie, ale można nad nimi panować. Wtedy zawsze się uspokajam i mówię sobie „jak chcesz mieć jakieś przeżycia, to idź sobie na siłownie podnoś ciężary, a nie pakuj się znowu w toksyczne relacje”. Wolę iść zjeść ulubione danie, niż wdawać się z kimś w kłótnie. Mam dwa koty, które są dla mnie całym światem i muszę być dla nich dobrą mamą. Rodzina i przyjaciele cały czas mnie wspierają. Nikt nie uważa mnie już za wariatkę. Jestem spokojna, ale też stanowcza, nie daje już nikomu wchodzić mi na głowę, ani do głowy. Znam swoją wartość i wiem kim jestem. Jestem Justyna, mam 23 lata, jestem uzależniona od miłości, ale radzę sobie z tym i jestem dobra osobą.

Kiedy po tylu latach czułam się wreszcie kochana, bezgranicznie i bezwarunkowo, wróciły do mnie radość i energia do życia. To uczucie jest niesamowite. Żyć w zgodzie ze sobą i kochać siebie. Nawet jeśli wcale nie tak łatwo do tego dojść. Nawet jeżeli trzeba odkopać pewne rzeczy z przeszłości, które chciałoby się wymazać z pamięci. I nawet jeśli to mimo wszystko bolesny i długi proces. Naprawdę warto. Warto się pokochać, bo tylko tak zdołasz się otworzyć na świat, być szczęśliwym i obdarzyć drugiego człowieka zdrową miłością. Zanim to zrozumiałam, zmarnowałam ogromne pokłady energii, czasu i zdrowia, ale w końcu dotarło do mnie, że innej drogi, niestety, nie ma. - fragment rozdziału "Jestem Justyna, mam 23 lata i uzależniłam się od miłości".

Książkę Justyny Suchanek "Jak się nie zabić i nie zwariować" możecie kupić w sklepie kultowy.pl w promocyjnej cenie.