Chciałam pogratulować książki, która osobiście bardzo mnie wzruszyła. Nie jest to łatwa książka, ale też chyba nie miała taka być. Pomimo tak wielu emocji, które z niej płyną, to czułam w niej wielką siłę. Ale czy ta siła była w Tobie od początku?

- Nie,to były etapy, jeśli chodzi o leczenie oraz to, w jakiej byłam formie fizycznej i psychicznej. Były górki, były też doły i to dosyć głębokie. Książka rzeczywiście nie jest lekka. Nie używamy cukru, nie pudrujemy rzeczywistości. Nie piszemy bajek, bo życie nie jest bajką, leczenie też nie jest bajką. Bywało ciężko. Na szczęście dzięki temu, że nie byłam sama, a miałam dookoła bardzo wielu życzliwych ludzi, z Robertem i Kacprem na czele, to mogłam być silna ich siłą.

Miałaś za sobą trudne momenty prywatne, rodzinne i kiedy przyszedł moment szczęścia, coś musiało to szczęście zakłócić. Co czułaś, kiedy usłyszałaś diagnozę „Rak”?

- Życie doświadczyło mnie i moją rodzinę bardzo boleśnie. Mieliśmy w rodzinnym domu dużo problemów od najmłodszych lat. Największą traumą była historia mojego taty oskarżonego o łapówkarstwo. Walka o sprawiedliwość trwała jedenaście lat. Tata został uniewinniony i otrzymał odszkodowanie za niesłuszny areszt, ale lata stresu pozostawiły ślady w psychice mojej, mojej mamy, brata i oczywiście taty. Mama miała stany depresyjne, tacie pogłębił się alkoholizm. Nie udało się moje małżeństwo, rozwód trwał trzy lata, kosztowało mnie to dużo nerwów i zdrowia. Kiedy myślałam, że w końcu będę mogła spokojnie żyć, okazało się, pojawił się rak piersi, z którym znowu trzeba było sobie jakoś poradzić. Miałam bardzo dużo pretensji do Boga, do świata, do życia, do swojego organizmu, który mnie zawiódł i zdradził. Tak to odbierałam, bo bardzo o siebie dbałam, uprawiałam sport, żyłam bez nałogów, od lat nie jadłam mięsa i nagle taki cios.

Domyślam się, że badania profilaktyczne też na pewno robiłaś?

- Oczywiście. Od jednego USG do drugiego, może się dużo wydarzyć w organizmie, szczególnie kiedy rak jest bardzo agresywny i bardzo szybko się rozwija. Dlatego ważne jest samobadanie i samokontrola. Jeśli nie znamy swojego organizmu, jeśli nie dotykamy piersi i nie znamy swojego ciała, to możemy przegapić bardzo istotną kwestię.

W książce pokazujesz niełatwą drogę, jaką musi pokonać osoba chora na raka, żeby dostać się we właściwe miejsce i znaleźć dobrą opiekę. Mogłoby się wydawać, że osoby chore na nowotwór powinny być wyjątkowo zaopiekowane. Tymczasem na swojej drodze spotkałaś się z różnym podejściem do pacjenta.

- Pierwsze tygodnie od wyczucia “dziada” do pierwszego wlewu, mieliśmy bardzo nerwowe. Wędrowaliśmy od lekarza do lekarza, od gabinetu do gabinetu. Karta DILO niby daje szybką ścieżkę diagnostyczną, ale i tak wszystko długo trwa, a znalezienie lekarza, któremu zaufa się na tysiąc procent to prawdziwe wyzwanie. Centrum Onkologii jest koszmarnie przepełnione, na jednego lekarza przypada zbyt wielu pacjentów, medycy są wymęczeni i wypaleni. Trafialiśmy na różnych lekarzy, takich którym było wszystko jedno i takich, którzy w niezdrowy sposób byli podekscytowani ciekawym przypadkiem. Do tego dochodziły różne podejścia do metod leczenia. Kwestia decyzji o operacji była kluczowa. Jeden lekarz mówił, że trzeba ciąć, że trzeba operować. Problem w tym, że wizyta była na początku sierpnia, a termin operacji miał być dopiero w październiku. Usłyszałam, że jak mi się nie podoba, to mogę sobie iść gdzie indziej. I poszłam. Trafiliśmy do doktora Grousa, który powiedział, że absolutnie nie można ciąć, że to jest taki rodzaj guza, że gdyby było złe cięcie i zdarzyło się tak, że zostaną przecięte naczynia raka, to wtedy przez krew poszłuby komórki nowotworowe na cały organizm (red. trójujemne nowotwory roznoszą się przez krew, hormonozależne przez węzły chłonne), wtedy miałabym gwarantowane przerzuty. Całe szczęście, że trafiliśmy później do doktor Katarzyny Pogody, która podzielała pogląd doktora Grousa i zaczęliśmy działać, najpierw była chemioterapia.

W książce otwierasz się i zabierasz Czytelnika do swojego świata. Dzielisz się wynikami badań, ich opisami. Czytając książkę miałam wrażenie, że towarzyszę Ci w tej drodze. Czy pisząc tę książkę, miałaś w tym jakąś misję?

- Książka na pewno nie jest próbą oswajania raka, bo moim zdaniem raka, nowotworu i dziada nie ma co oswajać, tylko trzeba go dobić i się go pozbyć z życia. Temat jest trudny, ciągle budzi kontrowersje, ciągle jest jeszcze tabu w naszym kraju. Choroba nowotworowa wywołuje dużo stresu i nerwów, nie ma w tym nic dziwnego. To nie jest grypa, angina, czy wyrostek… te choroby mijają kiedy się je wyleczy, a po leczeniu onkologicznym skutki uboczne można odczuwać do końca życia. Nic dziwnego, że rak budzi tak wiele strachu, bo jest to choroba, na którą ciągle jeszcze umiera dużo ludzi. Ale trzeba też mieć świadomość, że wielu wychodzi z tego cało i wielu przeżywa. Jestem żywym dowodem na to, że wczesne wykrycie to życie. Dlatego razem z Robertem angażujemy się w akcje promujące profilaktykę. Sami z kliniką Anclara przeprowadzimy setki darmowych badań dla kobiet i mężczyzn.

W książce napisałaś: „Rak to temat tabu. Zamierzam to zmienić. Ludzie nie powinni chować się przed swoją chorobą”. Ale niestety tak jest i wstydzimy się raka i ukrywamy go przed światem. Ta książka może to zmienić?

- Mamy nadzieję, że książka będzie inspirować i będzie dawać nadzieję, że da się wyjść nawet z najgłębszego dołu, że trudne sytuacje się zdarzają, musimy stawić im czoła i jesteśmy na tyle silni, na ile czujemy się kochani. Bardzo ważne jest to, aby społeczeństwo wiedziało, że chorzy potrzebują wsparcia, potrzebują sojuszników, a nie ciosów od społeczeństwa, które nie chce widzieć, ani nie chce słyszeć o chorobach nowotworowych. Czasami spotykałam się z takim traktowaniem. W Internecie czytałam, że powinnam schować się ze swoim rakiem, że to moja niby prywatna sprawa. Uważałam, że skoro pracuję w mediach i jestem swego rodzaju osobą publiczną, to mam obowiązek szczerego podejścia do tematu.

Kiedy przyszedł taki moment, że powiedziałaś: „On silny, ja silniejsza”?

- Jak go poznałam. Jak dostałam wyniki biopsji gruboigłowej. Mamy trzy rodzaje raka piersi. Mnie trafił trójujemny, rzadki i ciągle będący zagadką dla medycyny. Kiedy zobaczyłam, że mój guz ma 95 proc. agresywności i ma bardzo złą biologię… spojrzałam na te wyniki i powiedziałam: „Tak, taki jesteś silny, ja jestem silniejsza. Wypierdalaj dziadu”. To samo przyszło. Nie był to guzek, nie był to raczek, był to dla mnie dziad do wywalenia.

Osobom chorym na raka radzisz, żeby nie kierowali się doświadczeniami innych. Nie czytali za dużo historii chorych w Internecie. Ale to chyba silniejsze?

- To zależy, co się czyta i zależy, kto pisze i w jaki sposób oraz, jaką wyobraźnię ma czytający. Jeżeli mamy bardzo wybujałą wyobraźnię, to jesteśmy w stanie wyobrazić sobie wszystko, a nawet to, czego nie ma i czego nie będzie. Ja czytałam bardzo dużo historii pacjentek onkologicznych. Znalazłam sobie dziewczyny ze Stanów Zjednoczonych, Australii, z Izraela i one opowiadały bardzo otwarcie i prawdziwie to, co się dzieje na poszczególnych etapach leczenia. To dawało mi bardzo dużo siły i bardzo motywowało do leczenia. To, co mnie najbardziej załamywało, to czytanie statystyk, wówczas traciłam nadzieję, że się uda. Robert wtedy tłumaczył mi, że nie mam na imię statystyka. Trzeba pamiętać, że wszyscy przeżywamy wszystko zupełnie inaczej. Porównywanie dziadów nie ma absolutnie żadnego sensu. Można się inspirować, można czerpać wiedzę i siłę, ale porównywanie raków jest po prostu bez sensu.

Ból mięśni, skóry, żył, rany w buzi, swędzenie skóry. W książce napisałaś: „Czuję jakby mi ktoś gwoździe wbijał w palce”. Ile chorzy są w stanie wytrzymać?

- Wszystko. Nie masz innego wyjścia. Musisz przez to przejść, musisz przeczekać, musisz modlić się, aby to wszystko jak najszybciej minęło. Innego wyjścia nie ma. Wiadomo, było bardzo dużo bardzo trudnych momentów, a ból fizyczny czasem bywał nie do wytrzymania. Miałam skalę bólu od 1 do 10. Kiedy bolało mnie do szóstki próbowałam sobie z tym jakoś radzić, ale jak już szło wyżej, łykałam pigułki przeciwbólowe i próbowałam ten koszmar przespać. To były miesiące z bólem, którego wcześniej nie znałam. Nie wiedziałam, co to znaczy, że bolą żyły. Bolące i odpadające paznokcie, to jedna z większych traum. Wydawać by się mogło, że to nic takiego szczególnego, ale u stóp straciłam wszystkie paznokcie, na dłoniach trzymały się macierzy zaledwie na dwóch milimetrach powierzchni. Oklejałam palce plastrami żeby nie zahaczyć o nic i nie powyrywać, odchodzenie paznokci potwornie bolało.

Piszesz wprost o jeszcze jednym bardzo ważnym aspekcie dla kobiet, samoakceptacji, a raczej jej braku w czasie leczenia - „Libido szoruje po dnie, samoocena głęboko w depresji”. Jak to przetrwać?

- Dałam radę tylko dzięki bliskim. Mój Robert widząc mnie w opłakanym stanie, potrafił powiedzieć, że jestem piękna, że jestem silna, że sobie poradzę. Mogłam liczyć na wsparcie przyjaciół, przyjaciółek i dzięki temu jakoś byłam w stanie zaakceptować to, co widzę w lustrze. Czasami zupełnie siebie nie poznawałam, widziałam obcego człowieka. Byłam zupełnie łysa, bez brwi, bez rzęs, cięższa o 16 kilogramów, z wielkim karkiem od sterydów, z czterema brodami, z mięśniami, które zamieniły się w galaretę, z tym potwornym bólem kości, mięśni, głowy, żył, paznokci, właściwie wszystkiego.... Patrzyłam na siebie w lustrze i mówiłam sobie: „To przejściowe, to wszystko minie”

Sama mam dzieci i domyślam się, że taka choroba dla matki to jest dodatkowy strach, o to, co teraz będzie z moim dzieckiem? Moment powiedzenia synowi o chorobie był chyba jednym z trudniejszych?

- To była najtrudniejsza kwestia. Strach o dziecko, o jego przyszłość, o to, co z nim będzie, jak on będzie przechodził przez te poszczególne etapy leczenia. Zastanawiałam się, na ile bolesne będzie dla niego patrzenie na mamę, która jest naprawdę chora. Kiedy wiedzieliśmy już, z czym mamy do czynienia, kiedy mieliśmy plan leczenia, kiedy wiedzieliśmy praktycznie wszystko, trzeba było Kacprowi powiedzieć tyle, ile uważaliśmy, że powinien wiedzieć. Nie wszystko, bez zbędnych szczegółów, tylko proste komunikaty. Kacper w czasie leczenia był naprawdę wielkim wsparciem. Podejścia do mnie uczył się od Roberta. Przyzwyczaił się do nowej mnie… w pewnym momencie było to dla niego normalne, że mama wygląda, tak jak wygląda, że czuje tak jak się czuje. Był bardzo dzielny.

W piękny sposób piszesz o „solidarności rakówek”. Już sama ta nazwa ma dla mnie niezwykłą moc.

- Pamiętam, to był piątek kiedy napisaliśmy, że jestem chora. Myślałam, że nikt tego nie zauważy, a ja po prostu będę miała ulgę, że to z siebie wyrzuciłam. Rozpętała się burza, lawina komentarzy i zaskakująco miłych wiadomości, zarówno od zdrowych dziewczyn jak i od chorych. Potrafimy dużo sobie dać nawzajem, to jest bardzo budujące. A już to, co działo się pod gabinetem w Centrum Onkologii, to chyba magia. Wspierałyśmy siebie każdego dnia. Do tej pory mamy ze sobą kontakt, regularnie się spotykamy, odpukać żadna nie ma historii z przerzutami czy nawrotami.

Słowa na koniec leczenia, które usłyszałaś: „Jest Pani zdrowa. Proszę pięknie żyć”. Czy po takich przejściach takie słowa w ogóle docierają do człowieka?

- Dla mnie to był szok. Usłyszałam, że to już by było na tyle, że za pół roku mammografia i że mam pięknie żyć. Lekarz powiedział, że jak dla niego jestem zdrowa. Wyszłam z Centrum Onkologii i dotarło do mnie, że jedyne co teraz mogę zrobić to czekać i modlić się, aby dziad nie wrócił. Paradoksalnie nie w trakcie, a po leczeniu potrzebowałam psychoterapii. Nie potrafiłam poradzić sobie ze strachem. Panicznie reagowałam na zapachy, dźwięki, czerwony kolor i czerwone płyny. Przed badaniami kontrolnymi nie spałam po kilka nocy z rzędu. Terapia pomogła, znalazłam równowagę. Ważne jest tu i teraz, ważne są marzenia, żeby je mieć, żeby dążyć do ich realizacji i nie zastanawiać się nad tym, czy dożyję, czy nie dożyję. Wierzyć, że się umrze ze starości, a nie na raka. Bardzo bym tego chciała.

Jakie masz plany na przyszłość?

- Ruszyliśmy ze stroną dziad.com.pl, puściliśmy “Dziada” w świat, aby dawał nadzieję i inspirował. Teraz będziemy się koncentrować na akcji społecznej #silnisobą, zaprosiliśmy do niej dziewięć par, które są dowodem na to, że razem można wyjść z największych kłopotów. Zachęcamy innych, by opowiadali w sieci swoje historie i dołączali do drużyny prawdziwych fighterów, aby ci, którzy teraz idą przez piekło leczenia wiedzieli, że przez to da się przejść. To, co dla nas bardzo ważne to badania w kierunku profilaktyki raka piersi i prostaty. Pakiety darmowych wizyt będziemy przekazywać między innymi na kobieta.pl. Zapraszamy, wczesne wykrycie to życie. A tak prywatnie to planujemy razem się zestarzeć, niech się spełni.

I tego Wam z całego serca życzę.

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

To był absolutnie wyjątkowy wieczór. Byliśmy bardzo wzruszeni obecnością tak wielu ważnych dla nas ludzi... i ciepłymi myślami, tych których fizycznie nie mogło być. Zadziała się magia. Zobaczcie ten krótki filmik i poczujcie klimat... Zobaczcie niesamowite zdjęcia @_marta_rybicka i @anetazamielska Premierę książki i wernisaż akcji #silnisobą pięknie poprowadziła @kamilakalinczak Dziękujemy partnerom za wsparcie wydarzenia @burdaksiazki @elektrownia_powisle @nioxin_pl @wwwpolishgirlpl @przelomwodzywianiu @klinika_anclara @atelierliwskaemilia @kwiatostanwarszawski #willawin Niestety nie planujemy organizować spotkań autorskich, rzeczywistość epidemiczna nie pozwala.... ale aby każdy kto chce miał swój egzemplarz z dedykacją stworzyliśmy stronę dziad.com.pl Zamawiajcie, a my będziemy ładnie pisać, pakować i wysyłać :) Pamiętajcie prosimy o akcji społecznej #silnisobą i o pakietach darmowych badań profilaktycznych dla kobiet i mężczyzn  Szczegóły niebawem na @kobieta.pl i @claudia_magazyn Pozdrawiamy i WSZYSTKIM ŻYCZYMY ZDRÓWKA 

Post udostępniony przez Joanna Górska (@joanna__gorska) Paź 6, 2020 o 9:26 PDT