Steward uspokoił płaczące dziecko w kilka sekund. To nagranie stało się viralem

Taką sytuacje w samolocie zna każdy rodzic, choćby miał na koncie tylko jeden lot: samolot jeszcze nie wystartował, ale na pokładzie panuje nerwówka i spore poruszenie, bo nasze dziecko (dla innych, a czasem też dla nas samych bez wyraźnego powodu) przeraźliwie płacze. Sprawy przyjmują jeszcze ostrzejszy obrót gdy maszyna rusza i wzbija się w powietrze. Ludzie zaczynają się nerwowo obracać i rzucać wymowne spojrzenia, a my pozostajemy całkowicie bezradni, za to przepełnieni poczuciem winy, wstydu i chęci natychmiastowego opuszczenia samolotu.

Dziewięciolatka chciała zarobić na deskorolkę sprzątając auta. Ten klient zrobił jej wzruszającą niespodziankę

Jedynym rozwiązaniem zdaje się być cierpliwe przeczekanie sytuacji, choć jego koszty mogą być wysokie. No chyba, że na naszej drodze pojawi się ktoś taki jak miało to miejsce w trakcie lotu liniami Southline Airlines. Jedna z pasażerek podróżowała z rodziną: mężem, 7-, 9- latkiem i niedającym się uspokoić 9-miesięcznym maluszkiem do Disney World. Cała sytuacje obserwował steward Wesley Hunt, który w kluczowym momencie startu maszyny czynnie zaangażował się w uspokajanie malucha. Co ciekawe, akcja pacyfikacyjna przebiegła zaskakująco sprawnie i dała się zamknąć dosłownie w kilku sekundach – dziewczynka wzięta przez niego na ręce momentalnie przestała płakać.

"Najczęściej sprawy wyglądają odwrotnie: kiedy maluch jest roześmiany, jest kolejka chętnych, by go potrzymać. Gdy zaczyna płakać, każdy tylko patrzy, by jak najszybciej oddać go w objęcia rodziców" – komentuje zachwycona postawą mężczyzny matka. Ashley Dowell dodaje, że Hunt postępował z taką pewnością i taką skutecznością, jak gdyby podobne sytuacje były dla niego na porządku dziennym. Przytulił dziecko, pogładził je po plecach, a gdy przestało płakać, oddał je rodzicom, w których ramionach natychmiast usnęło.

"Między ludźmi panuje taka wrogość i tyle negatywnych emocji, że postanowiłam podzielić się tą historią na dowód tego, że są wśród nas jeszcze dobrzy ludzie.” - wyznaje matka małej Alayny, sprawczyni całego zamieszania. Jak można się domyślić post szybko stał się hitem sieci i doczekał się licznych udostępnień, a sama Dowell, mimo że historia miała miejsce już  jakiś czas temu, miała okazję opowiedzieć historię niejednej stacji telewizyjnej.

Jak sadzicie, warto dzielić się podobnymi historiami?