Posprzątaj swój pokój, nie przeszkadzaj mi, odejdź, ja teraz gotuję! – krzyczymy z kuchni w szale przedświątecznej gorączki. – Spokojnie, to przede wszystkim czas na uśmiech, na miłość – mówi Dorota Zawadzka, psycholog, i podpowiada, co zrobić, żeby w te dni kompletnie nie oszaleć.

Mówimy, że święta są przede wszystkim dla dzieci. Tymczasem się okazuje, że one często w tym przedświątecznym i świątecznym okresie... trochę nam przeszkadzają. Nie chcą zajadać się karpiem, nudzą się, marudzą.

Dorota Zawadzka: Od lat namawiam, przed jednymi i drugimi świętami, żeby zwyczajnie nie dać się zwariować. Jeśli nie wszystko będzie przygotowane perfekcyjnie, podłoga nie będzie lśniła wypastowana, jeśli okna nie będą idealnie przezroczyste, coś nie zostanie dopięte na ostatni guzik, naprawdę nie stanie się żadna tragedia. Nie umiemy sobie odpuszczać i pompujemy ten balon perfekcjonizmu. A potem tacy nadmuchani i tak pękamy, bo nigdy nic nie udaje się na sto procent, jeśli mamy kosmiczne oczekiwania. Robimy pięć razy za dużo zakupów, tysiąc potraw (bo taka jest tradycja), wyszukujemy specjalne przepisy. Musi być najlepiej, najpiękniej, naj…

A nie w tym tkwi urok świąt Bożego Narodzenia.

Dorota Zawadzka: No nie… To jedzenie później mrozimy albo wyrzucamy. Chuchamy na tę idealną podłogę i przepędzamy z niej właśnie nasze dziecko. A urok świąt jest raczej w ich rodzinności. I to na nią fajnie byłoby się nastawić. Na to, że przygotowania są wspólne. Działamy razem na tyle, na ile każdego z nas stać. Jeśli nasze dziecko posprząta w swoim pokoju, niech będzie to sprzątanie wedle jego standardów. Możemy oczywiście coś podpowiedzieć, ale nie robić piekła, kiedy pokój nie błyszczy. Jeśli pieczemy ciastka, to spotkajmy się w kuchni któregoś wieczoru razem. Niech każdy ma swój udział. Ciastka ulepione przez malucha może będą krzywe, za grube, ale jego własne. Wyniki badań pokazują, że Polacy uwielbiają bawić się w gotowanie, więc pobawmy się razem.

Kupujemy całe sterty prezentów. Znam dziewczynkę, która dostała ich tyle, że przy rozpakowywaniu kolejnego była już znudzona. Zastaw się, a postaw się.

Dorota Zawadzka: A przecież jest kryzys. Dlaczego udajemy, że go nie ma? Większe dzieci mogą wiedzieć, że to, jak spędzamy święta, jest odzwierciedleniem tego, na co nas stać. Zwyczajnie. Co do ilości prezentów, nawet jeśli rzeczywiście nas na nie stać, proponuję rozsądek. Nie dziwię się córce pani koleżanki. Jest coś ta kiego, jak ograniczona zdolność cieszenia się. Jeśli mąż przynosi kwiaty raz na jakiś czas, one cieszą, jeśli dostawałaby je pani codziennie, zacznie pani… brakować wazonów. Z rozkoszą i uszczęśliwianiem trzeba uważać. Znam dom, w którym prezenty dostają tylko dzieci, dorośli się nie obdarowują. To nie jest dobry pomysł. Dlaczego? Święta są dla wszystkich. Każdy z nas lubi coś dostać. I to nie mają być zawody: kto wyda więcej, czyj prezent będzie bardziej okazały. Mamy takie dziwaczne skłonności. To mogą być bilety do teatru, przewodnik po miejscu, w które wybieramy się na urlop, coś, co może nas dodatkowo połączyć. Dziecku warto zrobić jeden, dwa prezenty. Samemu je zapakować. I niech rzeczywiście będzie to coś, do czego wiemy, że świecą mu się oczy, na co czeka.

Święta coś znaczą. Dla niektórych z nas, tych wierzących, mają głębsze znaczenie. O nim trzeba rozmawiać?

Dorota Zawadzka: Pewnie. Opowiadać, tłumaczyć, ale znowu bez pompy. Bez przesady. Jeśli nie jesteśmy wierzący, pogadajmy o tradycji, skąd drzewko, skąd zwyczaje.

Dlaczego ubieramy się inaczej, dlaczego na stole są ryby, i po co całować ciocię, która ma... wąsy! No właśnie, a jeśli moje dziecko nie chce pocałować cioci i nie cierpi tego wszystkiego, co stoi na stole? Córka mojej koleżanki w wigilię zjada chleb z masłem i popija go herbatą.

Dorota Zawadzka: Moja przyjaciółka przez kilka lat podawała swoim dzieciom w wigilię żółty ser, pokrojony w kształt choinek. Nie widzę w tym nic złego. Jasne, że warto dzieciakom pokazywać nowe smaki, ale one nie muszą im odpowiadać. Sama nie znoszę ryb, szczególnie karpia, który ma mnóstwo ości, i naprawdę nie życzyłabym sobie, żeby ktoś go we mnie na siłę przy świątecznym stole pakował! Trzeba znać swoje gusta i je szanować. Lepiej, żeby nasz syn zjadł ser, który lubi, i był zadowolony, niż żeby płakał, wymiotował i darł się, że nie weźmie tego do buzi. Trzeba myśleć o innych, a nie na oślep przygotowywać potrawy z książki pod tytułem: „W porządnym domu tego na wigilijnym stole zabraknąć nie może!”. Święta nie mają być męką. A my potrafimy robić z nich właśnie męczarnię. W imię… nie wiadomo czego. Widzimy po naszym dziecku, bywając na różnych imprezach rodzinnych, że niespecjalnie przepada za całowaniem i ściskaniem się z ciociami, wujkami. Warto pogadać przed świętami, że ważne jest składanie sobie pod drzewkiem szczerych życzeń, ale jeszcze bardziej warto uczulić rodzinę na to, że dzieci nie przepadają za obłapywaniem się. I dorośli muszą to uszanować. Możesz przytulić się do cioci na moment, tylko do jej brzucha, nie musisz się z nią całować. Znam dorosłych, którzy też nie lubią przytulania, nie znoszą, kiedy wkracza się w ich bezpieczną strefę intymności. Czy święta znoszą tę trudność? Nie. Jeśli nasza córka całe życie chodzi w spodniach, dlaczego na świąteczny obiad u babci zmuszamy ją do włożenia spódnicy? Bo babcia tego nie przeżyje! Guzik prawda! Babcia da sobie radę. To prędzej mamusia ma kłopot, bo jej dziecko nie wygląda tak, jak ona sobie wymyśliła. Trudno, to jest jej problem. Jedyne, o co warto zadbać przez te kilka dni na pewno, to uśmiech. Ma być przyjemnie, ciepło, rodzinnie. I tak, chodzi o bliskość. Ale nie tę wymuszoną, a wypracowaną.

A o nią trzeba zadbać trochę wcześniej niż dzień przed świętami?

Dorota Zawadzka: Tu tkwi sedno sprawy. My się nie znamy! Żyjemy obok siebie, każdy swoim rytmem, swoimi sprawami. I nagle ten bajeczny, świąteczny czas zmusza nas do bycia blisko przez kilka dni, non stop. I się zaczyna… kolejki do łazienki, walka o pilota do telewizora. Ktoś ko- goś nie ma ochoty słuchać, ktoś komuś przeszkadza, ktoś okazuje się zupełnie inny, niż się nam wydawało. Warczymy na siebie. I dusimy się w tym chaosie, bo na święta nie mamy żadnego planu. A ile można siedzieć przy stole?

To znaczy, że trzeba zrobić świąteczny grafik? Kartka, długopis, kto, co, kiedy?

Dorota Zawadzka: Musimy zaplanować bycie ze sobą. Wiele rodzin ma z tym kłopot. Doskonale funkcjonujemy, kiedy się mijamy, ale zamknięci w czterech ścianach mamy ochotę pozabijać się nawzajem. Wychodzą żale i pretensje, bo jest na to czas. To tak, jakby zamknąć kilka słabo znających się osób w Big Brotherze. Trochę się przed sobą popisujemy. I co dalej? Warto precyzyjnie wiedzieć, jak spędzimy ten czas. Można w coś pograć, można pooglądać wspólnie rodzinny album, film z ostatnich wakacji, którego żadne z nas nigdy nie widziało, można iść na spacer. Trzeba jednak pamiętać, że dla tych mniejszych dzieci spacer nie polega na przejściu się, musi mieć cel. Idziemy pod pomnik, idziemy na lodowisko, idziemy ulepić bałwana. Logistyka jest najważniejsza. Ważne jest także, aby w tym planowaniu uwzględnić potrzeby każdego członka rodziny. Ktoś chce iść na łyżwy, ale ktoś chce mieć też dwie godziny spokoju. To da się poukładać, jeśli pomyślimy o tym wcześniej. Nic na żywioł. Bo potem święta, na które tak czekamy, okazują się rozczarowaniem. Dobry plan, również ten B, to podstawa. I najważniejsze: nic na siłę!

Trzeba dać stłuc dziecku bombkę. I powiesić na choince swoje... papierki.

Dorota Zawadzka: Jeśli przychodzi pani dekoratorka i ubiera choinkę w złoto oraz srebro, to rzeczywiście dziecko ma problem. Mamy go także my! Polecam pigułkę ze zdrowego rozsądku. Zastanówmy się, dla kogo są w zasadzie te święta? Jeśli dla znajomych, koleżanek i wygranego konkursu na facebooku – na najbardziej designerskie drzewko – to bardzo proszę… Sama jestem facebookowa i rzeczywiście pamiętam z zeszłego roku taki „turniej”! Wkleiłam natychmiast u siebie na profilu nasze osobliwe drzewko. Za moment dostałam sto pytań: „Co to jest?!”, „Papierowe zabawki?”, „Stare bombki?!”. Napisałam: „Tak, to są ozdoby, które w dzieciństwie robili moi synowie, bombki, które im się podobały. Do takiej choinki mam sentyment”. Sama zrobiłam raz taki eksperyment – ubrałam drzewko w jednakowe srebrne, piękne bombki. Potem usiadłam, popatrzyłam na nie i powiedziałam: „Boże, jakie smutne”. Ubrałam od nowa „w historię” moich dzieci. Jeśli ktoś chce mieć design, to proponuję wziąć sobie metalowy wieszak z pralni, powiesić na nim dwie bombki, wyjdzie to samo. No i w ubieraniu takiego cuda oczywiście nie mogą brać udziału dzieci, bo przecież popsują całość, coś potłuką, powieszą niesymetrycznie!

Tylko ciężko w takich idealnie symetrycznych świętach doszukać się ich prawdziwego ducha...

Dorota Zawadzka: Wie pani co, w takiej symetrii ciężko doszukać się czegokolwiek. Ducha rodziny, przyjaźni, miłości, chęci bycia razem. Takie symetryczne święta są raczej jak za karę. Co kto lubi… Wybór należy do nas. l

DOROTA ZAWADZKA
Pedagog i psycholog rozwojowy. Absolwentka Studium Nauczycielskiego o specjalności nauczanie początkowe i Wydziału Psychologii na UW. Przez 12 lat była nauczycielem akademickim. Autorka kilku książek oraz programów telewizyjnych.