We dwoje w szkolnej ławie

Polecam wspólne zajęcia w szkole rodzenia z partnerką. Tatusiowie uczą się tam, jak dokładnie będzie przebiegał poród. Nie dowiedziałem się tam jednak jednej ważnej rzeczy - jak pomóc rodzącej kobiecie! Bo to kobieta ma na sali porodowej najwięcej do zrobienia. A jeśli jest metoda, żeby choć trochę jej ulżyć, trzeba ją wykuć na blachę!

Trzymanie za rękę -niby nic, a pomaga!

W szkole rodzenia uczono nas, że właściwy oddech i kojący głos kochającego mężczyzny to najlepsze naturalne znieczulenie. Starałem się jak mogłem, mówiłem spokojnym głosem i przypominałem o oddychaniu, ale już po porodzie Kasia powiedziała, że... nic nie słyszała. Była skoncentrowana na tym żeby przeć. Mnie zauważała tylko kątem oka! Może sama obecność to nic wielkiego, ale bliskość partnera, który chce dla rodzącej jak najlepiej, dodaje jej otuchy. Nie jest sama w szpitalu, pośród lekarzy i dziwnych medycznych sprzętów. Więc mimo męskich lęków trzeba stać i trzymając za rękę wspierać przyszłą mamę.

Tylko spokój może nas uratować

Ludzie kojarzą mnie ze studentem medycyny, kręcącym się po szpitalu, ze strzykawką w ręku (gram taką postać w serialu). A ja boję się lekarzy, szpitala, krwi! Nie byłem więc entuzjastą rodzenia razem. Ale Kasia mnie przekonała - chodziliśmy oboje do szkoły rodzenia, to urodzimy też razem. Na kilka tygodni przed porodem zacząłem mieć koszmary. Śniły mi się szpitalne klimaty. Ale gdy zaczęła się prawdziwa akcja, lęki zniknęły. Skupiałem się na twarzy Kasi, próbowałem z niej wyczytać czego potrzebuje. Czasem zdarzał mi się rzut oka w okolice, gdzie działo się najważniejsze. I o dziwo nie pamiętam krwi. Mam przed oczami pastelowe obrazy. Poród pamiętam jako coś niesamowitego i bajkowego.