Katarzyna Mizera, Kobieta.pl: Dla naszego pokolenia jesteś dziewczyną z 5-10-15. Wszyscy chcieli być tacy jak ty. Ale ty nie cierpisz przywoływania tamtego okresu. Dlaczego?

Małgorzata Halber: Bo to był okropny okres w moim życiu. Jak słyszę, że ktoś chciał być taki jak ja, to myślę sobie „Ooo, człowieku – nie!”. Bycie kimś rozpoznawalnym od dwunastego roku życia naprawdę robi wielkie szkody. Mnie nikt na to nie przygotował, to miała być taka przygoda, a skończyło się tym, że od tego momentu przestałam być sobą. Każdy kto mnie poznawał, nie poznawał mnie jako Małgosi, tylko jako dziewczynkę z 5-10-15. 

K.M: Ta „gęba” „Gosi z Vivy” czy z „5-10-15” towarzyszy ci mimo że dziś jesteś już kimś innym.

M.H.: Wpis z Wikipedii mówi o mnie, że jestem dziennikarką, prezenterką, wokalistką i basistką. Nawet się nie zająkuje, że jestem pisarką i rysowniczką. Prezenterką nie jestem od jakiś 11 lat, basistką nie byłam nigdy, wokalistką byłam przez miesiąc. Pisarką jestem od 6 lat, opublikowałam 2 książki. Rozumiem, że jak ktoś wystąpił w telewizji, to już uznawany jest powszechnie za celebrytę, a jak napisze książkę, to uznawany jest za celebrytę, który udaje kogoś poważnego – tak funkcjonują stereotypy. A ja zajmuję się rozbrajaniem stereotypów, pojęciami, słowami, emocjami i ludźmi.

K.M: Słyszałaś o sobie takie określenia jak np. „udająca pisarkę”?

M.H.: Na rubieżach komentariatu, ale są, i jak ktoś mnie chce nie lubić, a wiadomo, że nawet Janinie Ochojskiej się to zdarza, to może przypierdolić z każdej strony. Tylko dlaczego ja mam się tłumaczyć przed panem Olkiem z Warszawy, który nie przeczytał ani jednej mojej książki, ale postanawia się na mój temat wypowiedzieć? Najczęściej powtarzającą się narracją jest ta, że jestem „zapomnianą gwiazdą telewizji, która napisała autobiografię o walce ze swoim alkoholizmem”. 

Zobacz także:

K.M: Przejmujesz się tym? 

M.H.: Ten komentarz jest zabawny.

K.M: No tak, ale nie rozumiem tej łatki – przecież nie kąpałaś się na wizji w pianie, nie ściskałaś ręki politykom - byłaś cenioną dziennikarką muzyczną. 

M.H.: Wikipedyści tak nie sądzą. Ale czego się spodziewać po mężczyznach o konserwatywnych poglądach. Polska Wikipedia jest prawacka, konserwatywna i męska – dla nich będę „celebrytką, której ojciec załatwił pracę w telewizji”. Natomiast dla mnie jest to kara za guglowanie samej siebie. Nie należy tego nigdy robić. A i tak każdy próbuje.

K.M: W Internecie każdy chce wyrazić swoje zdanie, wykazać. Sama napisałaś ostatnio, że „czujesz, że w sieci każdy czuje się w obowiązku powiedzieć ci, że przytyłaś lub postarzałaś się”. Facetom takich rzeczy się chyba nie pisze.

M.H.: Na pewno częściej pisze się kobietom. Ale wiesz co, doszłam do pewnego etapu w swoim życiu, w którym myślę, że ja nie jestem już taka ważna. Jestem jedną z wielu osób, o której ktoś napisał w Internecie, ale to nie jest ważne.

K.M: To co jest ważne?

M.H.: Prawda. Każdy z nas się z czymś zmaga. Ale moje zmagania z tym, że ktoś mnie postrzega inaczej, niż bym chciała, jest narcystyczne. A tak swoją drogą odsyłam wszystkich do podcastu Marty Niedźwieckiej „Po zmierzchu”, do odcinka o narcyzmie. Niedźwiecka świetnie tłumaczy że w Internecie obecnie to forma obelgi, która dziś używana jest bezrefleksyjnie. 

K.M: O pisarzach mówi się, że są osobami bardzo narcystycznymi.

M.H.: Każdy twórca jest narcystyczny. Zawraca komuś głowę pisząc czy też tworząc o sobie. Albo o tym co uważa, a to też jest o sobie.

K.M: No tak, ale mężczyzna - twórca to artysta, a kobietę wkłada się od razu do szufladki "sztuki kobiecej".

M.H.: Literatura kobieca, czyli jaka? Dla nikogo lub jak w najnowszej książce określiła Dorota Kotas – „do niczego”. Po pierwsze – jebać to. Po drugie, to się zmienia w rekordowym tempie. Gdy debiutowałam 6 lat temu, powiedziałam do Sylwii Chutnik, że następną książkę napiszę pod męskim pseudonimem. A teraz już nie czuję, że musiałabym to robić. W międzyczasie pojawiło się mnóstwo wspaniałych pisarek: Kotas, Hund, Michalczak, Fiedorczuk, Murek, a wymieniłam tylko literaturę piękną. 

K.M: Ostatnie wydarzenia pokazują, że to nadal bardzo aktualna wojna.

M.H.: Musimy zachować czujność, bo łatwo możemy stać się narzędziem czyjejś manipulacji. Dokument „Dylemat społeczny”, który powinien być puszczany w szkołach, pokazuje, czym tak naprawdę stał się współczesny Internet, który jest niczym innym, niż boiskiem, na którym grają 4 wielkie cyfrowe korporacje. Oni zatrudniają cyfrowych inżynierów-psychologów. To rzeczywistość wyjęta z wyobraźni Aldousa Huxleya. Ich zadaniem jest przytrzymywać naszą uwagę na dłużej. A nic nie przetrzymuje uwagi tak skutecznie, jak konflikt. Instagram, Facebook powstał, by zbliżać do siebie ludzi, ale w tej chwili karmi się konfliktem. A my dłużej skrolujemy, bo naszą uwagą w sieci się dziś handluje, dealuje. I dlatego nie obarczam całą winą polityków, oni są akurat tacy, jacy byli. Oni grają w grę. Mój ojciec był politykiem, wiem, co się tam działo i to jest cud, że nadal chodzę na głosowania. To social media są winne. 

K.M: Po co czytasz komentarze w sieci na swój temat?

M.H.: Tak jak wszyscy - żeby podregulować emocje. Kiedyś czytałam ich więcej. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale tak działają social media, że my chcemy wiedzieć, co inni o nas myślą, ale też nie po to, żeby się naprawdę dowiedzieć, ale żeby się upewnić, że jesteśmy naprawdę beznadziejni. „Słyszysz to, że ludzie mówią o tobie miłe rzeczy, jedna powie o tobie negatywną i myślisz tylko o niej” - Eddie Vedder powiedział to jak miałam 14 lat, a to były czasy przed Internetem. 

K.M: Przez książkę „Najgorszy człowiek na świecie” jesteś postrzegana, jako ktoś, kogo „trzeba przytulić”, podczas, gdy wszyscy chcemy dziś być postrzegani jako odważni, silni, przebojowi. Bohater twojego „Kołonotatnika z Bohaterem” mówi, że „obawia się, że nie ma osobowości sukcesu”. To twoje refleksje?

M.H.: Myślę, że to się powoli zmienia. Ja siedzę w swojej bajce, jestem „Marią Antoniną”, jestem klasą średnio-próżniaczą z najbogatszego miasta w Polsce. Opływam w przywileje, a to powoduje że mogę sobie siedzieć i rozmyślać o świecie. Ja z pewnością nie mam osobowości człowieka sukcesu rozumianego jako ładne zdjęcie na Instagramie. Ja lubię śmieci, brud, przyrodę. I wiem, że jako ludzie jesteśmy słabi, słabość jest w ogóle czymś dzięki czemu powstały nauki humanistyczne. I nie należy się jej wstydzić, tylko ją normalizować.

K.M: A ty jakie masz relacje z social mediami? 

M.H.: Teraz jestem w momencie, w którym zaczynam pisać trzecią książkę i wiem, że to będzie trudny, wymagający ode mnie wiele skupienia proces. Przeczytałam wywiad z pisarzem Kevinem Barrym, który zapytany, jaką ma higienę pracy, odpowiedział, że do południa każdego dnia jest offline. Postanowiłam spróbować tego detoksu, ale też widzę, jakie to jest trudne. Dałam się wkręcić. Ale po co w ogóle gadać o social mediach?

K.M: Twój bohater mówi o tym, że „każdego dnia czuje się gorszy”, że „totalnie wpada w panikę, gdy ktoś pyta go, co słychać”, że „nie ma osobowości sukcesu”. Czy nie to wmawiają nam – kobietom media społecznościowe.

M.H.: Nie zgodzę się tylko, że problem dotyka tylko kobiet. Moim zdaniem nawet bardziej dotyczy on mężczyzn, bo patriarchat jest mieczem obosiecznym i wszystkim daje tak samo po tyłku. Feminizm 7. fali mówi o tym, że wbrew pozorom, te różnice między kobietami i mężczyznami i ich traktowaniu nie są aż tak duże, jak mogłyby się nam wydawać. Nie tylko kobiety muszą walczyć ze stereotypami. Choć z różnych powodów historyczno-społecznych są one różne. Bohater „Kołonotatnika” był od początku, czyli od ok. 2012 r., gender neutral

K.M: Ty wydajesz się osobą, która nie nabiera się na sztuczki i zasadzki współczesnych mechanizmów?

M.H.: Aha, akurat! Rewolucja cyfrowa, pojawienie się social mediów jest największą, najbardziej brzemienną w skutki rewolucją komunikacyjną na świecie. Jesteśmy w jej środku. Ja muszę zrozumieć ten świat, który się dzieje, nauczyć się instrukcji obsługi tej bestii, która chce zawalczyć o moją uwagę. 3 lata temu w magazynie „Pismo” ukazał się esej, w którym użyte zostało pojęcie „dealowania uwagą”. Interesuję się tym, bo nie jestem od tego wolna. Ale Instagram założyłam tylko dlatego, bo chciałam, żeby wszyscy przyjeżdżali na bazar Banacha, gdzie można znaleźć naprawdę super rzeczy.

K.M: Jak to jest możliwe, że twój bohater, introwertyk, cynik o poczuciu humoru w stylu dead inside, narysowany 3 kreskami, tak przemawia do czytelnika bez względu na wiek, zawód, status? 

M.H.: „Nie chcę rozmawiać o Wojewódzkim i Figurskim, tylko chcę patrzeć na pióropusze drzew” - to był  pierwszy obrazek, który ludzie naprawdę udostępniali. Byłam zaskoczona jego popularnością. Chciałam nim powiedzieć, że istnieje w życiu coś, co niektórzy nazywają „przeżyciem estetycznym”. To jest poezja, sztuka, to jest coś, o czym Nietzsche pisał, że będzie zastępowało religię, zwłaszcza, że religia nigdy mnie specjalnie nie interesowała. Wytrącanie nas z czasu codziennego w czas święty, jak mówił Eliade, gdy czujesz, że dotykasz czegoś. Ten moment, gdy wszystko dookoła się zatrzymuje, a ty masz ciarki, bo sekwencja akordów w piosence, której słuchasz, zgadza się. I okazuje się, że ujęcie tego w jedno zdanie i zestawienie z wtedy wszechobecną aferą, trafiło do wielu osób.

K.M: Twój bohater miał być podobno memem?

M.H.: To jest bardzo trudna forma, w której każdy wyraz waży. Od dłuższego czasu, dostarczycielami myśli bohatera, są moi przyjaciele, głównie kobiety, bo częściej z nimi rozmawiam. Zadaniem twórcy jest nie tylko tworzenie, ale też zauważanie, wyrwanie czegoś z kontekstu. Wszystko, co prawdziwe, zabawne, smutne i gorzkie zarazem – to jest materiał dla Bohatera. Nie jesteśmy jednolici, bywamy swoim zaprzeczeniem, a mnie zawsze interesowała różnorodność.

K.M: W jednym z internetowych wpisów powiedziałaś, że „spokój to współczesny luksus, na który wszystkich powinno stać”. Czym jest to twoje wymarzone życie w spokoju?

M.H.: Takie, że mam czas zastanawiać się nad różnymi rzeczami. To, że jest cicho, że mam dostęp do przyrody, że jest mi ciepło, że mam czas spotkać się z koleżankami i rozwijać relacje, chodzić na spacery, że mogę przez 8 godzin zajmować się sztuką, że mogę się nie spieszyć, że nie mam dzieci – to jest mój przywilej, z którego nie muszę się nikomu tłumaczyć. To była moja decyzja, dzięki której mogę siedzieć i np. uczyć się rysować żabę. Czas, cisza i przyroda – to one konstytuują dla mnie przywilej. 

K.M: Czujesz się teraz dobrze w tym swoim ciepłym, cichym, spokojnym miejscu – jesteś szczęśliwa?

M.H.: Nie używam sformułowania „jestem szczęśliwa”. Władysław Tatarkiewicz w eseju o szczęściu pisał, że jest to stan trwałego, fundamentalnego całościowego zadowolenia. Ja jestem zwolenniczką tzw. Brzytwy Ockhama, która mówi, że nie należy mnożyć bytów ponad miarę – skoro jest taki stan jak zadowolenie, to jako filozofka i pisarka oraz osoba interesująca się emocjami, nie mam potrzeby używać słowa „szczęścia”. 

K.M: Sama nie wiem – dla wielu z nas kwintesencją szczęścia są wakacje w Tulum, a zadowolenia – fakt, że w piekarni był mój ulubiony rogal z marcepanem.

M.H.: Trochę tak, ale w Tulum możesz pokłócić się z partnerem, i wtedy to obojętnie ci będzie, czy jesteś w egzotycznym kraju, czy na Grójeckiej, gdzie rzucili twoje bułki. Szczęście zależy od wielu zmiennych. Zadowolenie jest może trochę słabsze, ale bywają słowa niebezpieczne, które zanim nie odbrązowisz, nie rozłożysz na czynniki pierwsze, mogą być narzędziem do manipulacji.  

K.M: To jesteś zadowolona?

M.H.: Na maksa! Jestem jak taplająca się na świeżej tafli lodu foka.