W takich warunkach leczone są dzieci chore na raka

Od dawna wiadomo, że polska służba zdrowia kuleje. Brakuje pieniędzy na refundowanie leków dla przewlekle chorych, szpitale i placówki zdrowotne nie są dofinansowywane w odpowiedni sposób, brakuje miejsc w szpitalach, a chorzy zamiast mieć zapewnione godne warunki w trakcie leczenia, to na korytarzach dostają kolejne wlewy chemii. Takich przykładów w całej Polsce są tysiące. Jeden z nich na swoim Facebooku opisała Natalia Waloch - dziennikarka "Wysokich Obcasów Extra", która zamieściła również przejmujące zdjęcie z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

"Ostatni rok moja przyjaciółka i jej mąż spędzili ze swoim kilkuletnim synem na różnych oddziałach onkologicznych. Dotąd było to jej prywatne, bardzo trudne i intymne doświadczenie, ale po występie Joanny Lichockiej poprosiła mnie, żebym w jej imieniu napisała kilka rzeczy.
Zdjęcie pochodzi z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. Przyjeżdżają tu dzieci z całej Polski, bo jest to oddział specjalistyczny (guzy lite kości i tkanek miękkich) ze światowej klasy specjalistami.
Miejsc na oddziale jest kilkanaście, dzieci z chemią często leżą na korytarzu. - Nikt nie marudzi, bo specjaliści są tu znakomici. Każdy zagryza zęby, bo wie, że te warunki to nie wina szpitala - mówi moja przyjaciółka." - tak swój wpis zaczęła dziennikarka. Pani Natalia opisuje warunki, jakie panują w salach, gdzie diagnozowane i leczone są dzieci.

"W salach dla chorych jest tak ciasno, że nawet nie ma miejsca na walizkę. Sala na zdjęciu to pokój dla najmłodszych dzieci oraz dzieci w trakcie diagnoz. Jest tu pięć łóżek, wszystkie zawsze są pełne. Przy każdym dziecku rodzic. W sumie 10 osób na maleńkiej powierzchni.
Toaleta dla rodziców jest dwa piętra niżej, w publicznej przestrzeni. Jak rodzic chce się wysikać, musi zostawić dziecko samo. Kiedy moja przyjaciółka była tam z synem, najmłodszy pacjent miał 8 miesięcy. Naprawdę trudno jest zostawić niemowlę w trakcie chemii nawet na 10 minut. Ale najlepszy rodzic musi czasem iść do toalety, więc gna przez korytarze i trzyma kciuki, żeby nie było kolejki, niczego, co przedłuży nieobecność przy łóżku. Prysznic dla rodziców jest w szatni dla pracowników, co pewnie nie ułatwia życia ani pracownikom, ani kąpiącym się rodzicom."

Instytut Matki i Dziecka w Warszawie to nie odosobniony przypadek, podobne warunki panują w również w innych placówkach na terenie całej Polski. Co więcej brakuje personelu, ponieważ nie ma pieniędzy na podwyżki, na przykład dla pielęgniarek. "Ale na Instytucie opowieść się nie kończy. W tym samym czasie w Przylądku Nadziei, pięknym wielkim szpitalu ze wszelkimi wygodami, brakuje lekarzy do leczenia dzieci. Z kolei w Bydgoszczy w Szpitalu Uniwersyteckim (!) im. Jurasza brakuje pielęgniarek, bo szpital ma taką politykę, że ich pielęgniarki zarabiają jedną z niższych stawek w regionie.
Stąd w czasie rekrutacji udało się zatrudnić jedynie siostry zakonne. Jednocześnie w tej samej Bydgoszczy jest ileś tam pielęgniarek z Ukrainy, które na pniu wzięłyby posady, ale nostryfikacja dyplomów się w Polsce wlecze i wlecze."

A i tak wszyscy mówią, że w tym kraju, jak mieć raka to lepiej jako dziecko, bo u dorosłych jest jeszcze gorzej - mówi moja przyjaciółka.

Rodzice dzielą się swoimi historiami

Wpis Natalii Waloch ma już ponad 1,6 tys. udostępnień, a Internauci nie kryją wzruszenia patrząc na to zdjęcie i dzielą się swoimi historiami.

Trudno mi powstrzymać łzy czytając ten wpis. I jestem wściekła.

"Byłam z noworodkiem w szpitalu na Polanki w Gdańsku. Też ciekawie nie było... Brak czajnika, lodówki, do najbliższego baru 20 min., z prysznica leciała lodowata woda (a ja w połogu)... Na salę nie można było nawet wnieść nic miękkiego pod pupę (i cięcia czy pęknięcia porodowe), bo bakterie... Szpitale w Polsce to jakaś masakra."

"Na kilka pobytów z synem wcześniakiem w Warszawie: rok 2009 szpital przy Litewskiej (my na szczęście tylko na podanie krwi) - 2 dni pobytu, warunki jak te opisane, do tego stary szpital. Po tym pobycie moja depresja poporodowa ruszyła z kopyta. Pół roku później chirurgia przy Kasprzaka - lepsza ekipa, warunki niewiele, na szczęście byliśmy tam 2 doby. W 2011 r. MSW przy Wołoskiej. Świetni lekarze, warunki słabe, ale lepsze niż oba opisane, a część szpitala wypasiona i nowa z okazji zbliżającego się Euro. Po co jednak robić coś z pediatrią, dzieci nie chodzą na mecze."

Czytając te historie boli nas serce i nie pojmujemy, jak to możliwe, że zamiast wspierać i robić wszystko, żeby chore dzieci (i dorośli również), dochodzili do zdrowia w jak najlepszych warunkach, niestety muszą gnieść się w zatłoczonych salach i pozbawieni godności leczyć na korytarzach. Co się musi stać, żeby rząd zaczął to dostrzegać i zmieniać tą smutną rzeczywistość?