Byłam czternastolatką, gdy założyłam fotobloga, na którym dzieliłam się swoim życiem, pisałam opowiadania, wiersze. Ze zdumieniem odkryłam, że przyciągam internautów z całej Polski! Pewnego dnia wrzuciłam do sieci swoją amatorską piosenkę. Nosiła tytuł „Po nocy przyjdzie dzień”, opowiadała o nieszczęśliwej miłości nastolatki. Myślałam, że posłucha jej garstka moich znajomych. Tymczasem okazało się, że po kilku dniach utwór miał kilkadziesiąt tysięcy odtworzeń! Z radości, ale przede wszystkim z miłości do muzyki, wytatuowałam sobie na nadgarstku klucz wiolinowy. Byłam niepełnoletnia, musiałam więc prosić rodziców, żeby pozwolili mi zrobić tatuaż. Zgodzili się, ponieważ wiedzieli, jak wiele dla mnie znaczy.

Przyniósł mi szczęście. Niebawem zgłosił się do mnie mój przyszły menedżer. Zaproponował, że nagramy demo i pokażemy go w wytwórni. Uderzyliśmy do giganta na rynku muzycznym. Podpisaliśmy kontrakt! Dlatego po maturze musiałam przeprowadzić się z rodzinnego Zgorzelca do Warszawy. Byłam zdana na siebie, ale się nie bałam. Poczułam, że dopiero mogę rozwinąć skrzydła. W ciągu dwóch lat powstały albumy „Honey” i „Million”. Oba zdobyły status złotych płyt. A na moim ciele pojawił się następny tatuaż: „Make dreams come true”, czyli spełniaj marzenia!

Poza nim mam jeszcze dwa. Najbardziej lubię ten, który jest fragmentem wiersza amerykańskiej poetki Emily Dickinson: „Nadzieja ma skrzydła, które osiadają na duszy i śpiewają piosenkę bez słów, która nigdy się nie kończy”. Kiedy czytam te słowa, uśmiecham się.