Trudno namówić ją na wywiad. "Już kilka lat żyję bez błysku fleszy i dobrze mi z tym" - mówi. Przypominam, że i tak prędzej czy później musi wyjść z cienia, bo przecież już wkrótce na rynku pojawi się jej pierwsza solowa płyta. Halinka kapituluje: "Ale jak ty mnie poznasz? Mam teraz zupełnie inne uczesanie" - żartuje artystka kameleon. Poznaję jednak bez trudu. Włosy co prawda odrosły i odzyskały swój naturalny jasnobrązowy kolor, ale błysk w oku ten sam. Widać, że macierzyństwo jej służy.

Po rozstaniu z Brathankami w 2003 r. wyszłaś za mąż za Łukasza Nowickiego, syna Jana Nowickiego, urodziłaś dziecko i przepadłaś dla innych. Nie czułaś się odizolowana od świata?

- Nie. Był to taki okres w moim życiu, kiedy chciałam być sama z synem i mężem - w gronie rodziny i najbliższych przyjaciół przeżywać wszystkie emocje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, związane z macierzyństwem. Unikam bycia tzw. gwiazdą prasy kolorowej. Czekam na swój czas na scenie. Przygotowuję płytę i właśnie teraz jest dobry czas na to, żeby podzielić się swoimi emocjami.

Mówi się, że macierzyństwo bardzo odmienia kobietę. Jak bardzo odmieniło ciebie?

- Ze mnie dopiero macierzyństwo zrobiło kobietę. Gdy zastanawiam się nad tym, jak żyłam przed urodzeniem dziecka, jak myślałam, co dla mnie było ważne, to dochodzę do wniosku, że był to "dziewczęcy" rozdział, który już zamknęłam. Choć życie bez dziecka ma też swoje niezaprzeczalne uroki - to m.in. czas nieskrępowanej wolności...

No właśnie, nie żal ci jej?

- Absolutnie nie, choć za wolnością zatęskniłam już kilka dni po urodzeniu syna. Dopiero po pewnym czasie przyzwyczaiłam się do myślenia o sobie w kategoriach matki i pani domu. Nie byłam od początku mamusią, która nie może zmrużyć oka, bo zachwycona wpatruje się w swoje dziecko. Nie spałam, ale z innego powodu - mały non stop krzyczał (śmiech).

Po urodzeniu dziecka kobieta uczy się pokory - takie odczucie jest udziałem bardzo wielu młodych mam. Masz podobne?

- Jak najbardziej. Byłam rozpieszczona życiem, jakie prowadziłam do narodzin Piotrusia. W momencie, kiedy zostałam mamą, to się zmieniło. Już nie kładę się spać nad ranem i nie wstaję w południe. Dzisiaj przysypiam już o 22.00, a Łukasz cichutko zanosi mnie do łóżka. Mały budzi mnie codziennie grubo przed siódmą.

Żyjesz jak każda z nas - wzięłaś na siebie wiele domowych obowiązków.

- Tak, bo mąż intensywnie pracuje. Ale nie narzekam. Odpowiada mi, że to głównie ja zajmuję się domem. Nie oznacza to jednak, że pochłaniają mnie wyłącznie obowiązki - pobieram lekcje śpiewu, bo uważam, że w tym zawodzie trzeba się nieustannie kształcić. Na chwilę przerwałam naukę, ale już wkrótce do niej powrócę, poza tym od czasu do czasu biorę udział w koncertach charytatywnych, czasami występuję na festiwalach. Napisałam również bajkę dla dzieci pt. "Nutka kapryśnica". Jest ona umieszczona w tomiku "Bajki gwiazd", z którego dochód przeznaczony jest dla dzieci potrzebujących pomocy.

O czym opowiadasz dzieciom w swojej bajce?

- Adresowana jest do maluchów w wieku przedszkolnym, które muszą nauczyć się zasad współżycia w grupie. Nutka kapryśnica narobiła tyle zamieszania na pięcioli- nii, że w końcu pięciolinia tak się zdenerwowała, że pękła i tym samym inne nutki wraz z Kapryśnicą nie miały gdzie się podziać. Musiały prosić nową pięciolinię o to, by mogły na niej zamieszkać, a Kapryśnica musiała wszystkich przepraszać za swoje zachowanie.

Podoba mi się takie przesłanie. Czytałaś swoją bajkę Piotrusiowi?

- Tak, ale na razie nie jest on fanem mojej twórczości. Treść jest jeszcze dla niego niezozumiała. Na razie jesteśmy na etapie "Lokomotywy", "Chorego kotka" i krótkich czeskich wierszyków oraz piosenek, które uwielbia.

Twój syn niebawem skończy trzy lata. Zauważasz już jakieś szczególne cechy jego osobowości?

- O tak! Mały to mieszanka ojca i dziadków. Moje ma tylko oczy... Silny charakterek! Doskonale wie, czego chce. Potrafi sobie to wyegzekwować, niekoniecznie tupiąc nóżkami. Będzie mu łatwiej w życiu! Mam nadzieję, że ta cecha mu pozostanie, choć chwilami dla nas, rodziców, bywa trudna do przyjęcia.

Ty i twój mąż macie różne życiowe doświadczenia - miałaś pełną rodzinę, a Łukasza wychowywała mama. Co was łączy?

- W dużej mierze jesteśmy podobni do siebie - wyznajemy te same wartości, mamy to samo podejście do wielu spraw, bardzo podobny sposób myślenia. Oboje jesteśmy spod znaku Raka. Natomiast różnimy się typem osobowości - Łukasz jest z natury ekstrawertykiem - jest otwarty na ludzi. Ja jestem bardziej zamknięta w sobie.

Czym Łukasz cię ujął?

- Przede wszystkim inteligencją i klasą - to dzisiaj rzadka mieszanka cech u mężczyzny.

Jak to jest być synową tak nietuzinkowego człowieka jak Jan Nowicki? Pamiętasz wasze pierwsze spotkanie?

- Jest on wspaniałym człowiekiem i cieszę się, że dostałam od życia szansę, aby jeszcze raz mówić do kogoś: TATO. Pierwsze nasze spotkanie było niesłychane. Miało miejsce tego samego dnia, kiedy poznałam Łukasza. Zabawne! "Gdzieś ty się, dziewczyno, chowała, że do tej pory cię nie znałem?" - powiedział, gdy zostaliśmy sobie przedstawieni i już po chwili zaprosił mnie na wieczór, na swoje 60. urodziny, do słynnej Piwnicy pod Baranami.

Szczęściara z ciebie. Wkupić się w łaski teścia zanim pozna się męża - niezła sztuka...

- Ale to nie koniec atrakcji tego wieczoru. Łukasz na urodzinach ojca występował na scenie. Po zakończeniu części artystycznej wieczoru, jak nakazuje obyczaj, ukłoniłam się do niego w geście podziękowania za występ. I na tym miało się skończyć. Ale los miał inne plany. W pewnej chwili podchodzi do mnie nasz wspólny przyjaciel i mówi, że koniecznie, ale to koniecznie musi mnie z kimś poznać. Po chwili przyprowadził do mnie Łukasza.

Przeznaczenie?

- Być może. Łukasz wspomina: "Patrzę, a tu przede mną wyrasta antena" (śmiech). To oczywiście chodziło o mnie - miałam wtedy buty na wysokim obcasie. Przy moim wzroście (175 cm), w dziesięciocentymetrowych szpilkach byłam wyższa od Łukasza. Nasz wspólny znajomy umyślił sobie, że zrobi z nas parę. Żartując, poprosił zaprzyjaźnionego jezuitę, aby udzielił nam ślubu. Ten podjął konwencję żartu, skrzyżował nam ręce i ogłosił mężem i żoną. Spojrzałam księdzu w oczy i zobaczyłam... przerażenie. Tak, jakby post factum dotarło do niego, co tak naprawdę uczynił. Speszeni i jednocześnie rozbawieni tą sytuacją, umówiliśmy się z Łukaszem na kawę. No i tak to się zaczęło...

A skończyło się jakiś czas potem prawdziwym ślubem. Macie teraz dwa swoje miejsca na ziemi - w Krakowie i w Warszawie. Gdzie mieszkacie na stałe?

- W Warszawie, bo tu Łukasz pracuje w Teatrze Ateneum. Na Mokotowie stworzyliśmy sobie mały Kraków - mieszkamy w pięknej, starej kamienicy. Dom urządziliśmy w klasycznym stylu: stare meble, bibeloty, suszone kwiaty. Jest ciepło i przytulnie. Mamy też przyjaciół i małe mieszkanko w Krakowie.

Pochodzisz z muzykującej rodziny. W jakim stopniu zainteresowania rodziców wpłynęły na twoje obecne życie i sukces rodziny, jaką udało ci się stworzyć?

- Myślę, że rodzice mają wpływ na kształtowanie naszej osobowości również poprzez to, jakie prowadzą życie. Mój ojciec dużo wyjeżdżał, rodzice prowadzili tzw. dom otwarty - do tego stopnia, że czasem mnie i bratu to przeszkadzało. Np. w niedzielę chcieliśmy się powygłupiać z rodzicami w łóżku, a tu nagle dzwonek do drzwi - kolejni goście. Czasem mieliśmy tego dosyć.

Nie każdy wie, że pochodzisz z Zaolzia, które dziś leży po czeskiej stronie. Media swego czasu rozstrząsały kwestię twojej tożsamości narodowej. Pytam więc u źródła: czujesz się Polką czy Czeszką?

- Nigdy nie miałam problemu z tożsamością i nie rozumiem, dlaczego zrobiono z tego problem. Urodziłam się w polskiej rodzinie i czuję się Polką. Przez rodziców byłam wychowywana w duchu polskim, w domu mówiliśmy gwarą lub w języku ojczystym. Mam narodowość polską i czeskie obywatelstwo. Pewne czeskie cechy kulturowe oczywiście posiadam i byłoby nienaturalne izolować się od kraju, który dał mi obywatelstwo i dom. Mam dwie ojczyzny, rozumiem dwa narody. Jestem z tego dumna!

Co najbardziej zapamiętałaś z rodzinnego domu?

- Ojca, który bez przerwy coś czytał, pisał, komponował. Mamę, która piekła nam pyszne ciasta, przepełniające zapachem cały dom - taki był smak mojego dzieciństwa. Miałam okazję poznać wielu wspaniałych ludzi - rodzice gościli u siebie konsulów, artystów, profesorów, wujków, znajomych i nieznajomych. Ja i brat często zabierani byliśmy na różne spektakle i koncerty. Przysłuchiwaliśmy się ciekawym dyskusjom. Ojciec pod koniec życia był prezesem Zarządu Głównego Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego. Bardzo się w to zaangażował. Zależało mu na tym, żeby Polacy na Zaolziu mieli pieniądze na oświatę, żeby młodzież lepiej poznawała Polskę, żeby miała szansę studiowania w Polsce. Społecznikostwo - to było jego życie i wielka pasja.

Czy już wiesz, co najbardziej liczy się dla ciebie w życiu?

- Na różnych etapach są ważne inne rzeczy. Nie wyobrażam sobie, że nagle tracę to, co razem z Łukaszem zbudowaliśmy. Najważniejsza dla mnie jest rodzina!

Tak odpowiedziałoby 99 proc. kobiet. A jednak nie wszystkim udaje się stworzyć szczęśliwy dom. Masz na to jakiś sposób?

- Rzeczywiście, w dzisiejszych czasach tak łatwo się pogubić... Mnóstwo związków rozpada się czasem przez błahostki - zabieganie, brak czasu dla siebie. Dlatego my z Łukaszem staramy się jak najwięcej wykraść go dla siebie. Dużo razem podróżujemy.

Zabieracie ze sobą na wakacje swojego synka?

- Nie, choć to może zabrzmi egoistycznie - nie zabieramy wtedy małego. Oczywiście, za każdym razem mamy wyrzuty sumienia, ale Piotruś zostaje wtedy z babcią, czyli w najlepszych rękach.

Wspólne wylegiwanie się na plaży receptą na udany związek?

- A kto powiedział, że wylegujemy się na plaży? Podróżujemy, poznajemy ludzi, kraje, kultury. Pozostają niezapomiane wrażenia. Kiedy Piotruś miał pół roku, pojechaliśmy na Kubę. Postanowiliśmy zwiedzić cały kraj. Pewnego dnia, wysoko w górach, zepsuł się nam samochód, a do tego jeszcze rozpętała się burza. Praktycznie już bez silnika stoczyliśmy się w dół do maleńkiej wioski - dosłownie parę chałup. Nikt nie mówi tam po angielsku. Do wioski nie docierał prąd, nie było telefonu - zero pomocy. Na skutek poważnej awarii w samochodzie opary benzyny dostały się do środka. Na wpół zatruci zdołaliśmy się jakimś cudem doturlać do bardziej cywilizowanego miasteczka. Byliśmy uratowani.

Zamierzacie podobno powiększyć rodzinę. Słyszałam, że myślicie o adoptowaniu dziecka z Afryki. Nie obawiasz się, że zostaniesz - tak jak Angelina Jolie - posądzona o uleganie modzie?

- Już od dawna myśleliśmy z Łukaszem o adopcji, zanim jeszcze Angelina Jolie przygarnęła afrykańską dziewczynkę. Na razie jednak skupiam się na przygotowaniu mojej solowej płyty i wychowywaniu Piotrusia. Adopcja to bardzo poważna sprawa, nie jesteśmy jeszcze przygotowani na powiększenie rodziny. Natomiast nie wykluczamy takiej możliwości. Ludzie pytają: "Dlaczego dziecko z Afryki, a nie z Polski?". Byliśmy w tym roku w Etiopii. Codziennie spotykaliśmy sieroty, chorych i bardzo biednych ludzi. Kto nie zobaczy na własne oczy takiego życia, nie zrozumie! Adoptując polskie dziecko, daje się mu szansę na lepsze życie - i to też jest potrzebne. Adoptując sierotę z Afryki, daje się jej szansę na życie. I to jest różnica, która nie wymaga komentarza.

Kiedy można spodziewać się twojej pierwszej solowej płyty? Czym nas zaskoczysz?

- Na płycie znajdzie się wiele nastrojowych i melodyjnych utworów, takich do potańczenia i zanucenia. Parę piosenek będzie mojego autorstwa. Nad całością czuwa Wojtek Olszak, więc płyta nie może być byle jaka! Łukasz napisał bardzo piękny tekst, mam nadzieję, że nie jedyny. Planujemy, że płyta ukaże się wiosną 2007 roku.

A dokąd pojedziecie na święta Bożego Narodzenia w tym roku? Zamierzacie spędzić je tradycyjnie czy z dala od rodziny?

- Jedziemy do mojej mamy na Zaolzie. Cieszę się z tego bardzo. Spotkamy się tam z moim bratem i jego rodziną. Brat ma synka mniej więcej w tym samym wieku, co nasz Piotruś, więc na pewno będzie nam bardzo wesoło (śmiech). To będą tradycyjne polskie święta. Ja przygotuję zupę grzybową, ciocia Hania z Kowala swoje wspaniałe pierogi, śledzie i kapustę. A mama jak zwykle upiecze swoje przepyszne ciasta.

KWESTIONARIUSZ

HALINKA MLYNKOVA
Urodziła się w 1977 r. w polskiej rodzinie mieszkającej w dawnej Czechosłowacji. Na scenie po raz pierwszy wystąpiła z zespołem ludowym Olza. Absolwentka liceum medycznego i etnologii na UJ w Krakowie. Od 1998 do 2003 r. wokalistka zespołu Brathanki. Mama 2,5-letniego Piotrusia. Żona Łukasza Nowickiego, synowa aktora Jana Nowickiego. Jej pasja to taniec i fotografia. Ulubieni pisarze: Eric E. Schmitt, Bohumil Hrabal, Josef Skovorecky. Żywioł - scena.

Rozmawiała: Joanna Knap knap.j@naj.pl