Anka jest dziennikarką, ale na spotkanie wybiera miejsce jak najdalej od redakcji. Tłumaczy, że chce uniknąć pytań. Boi się, że ktoś nas zaczepi. A ona nie jest gotowa mówić publicznie tego, co zgodziła się nam opowiedzieć. Krótko obcięta brunetka zamawia espresso. – Mam wielkie szczęście, że dziś tu z tobą siedzę. Ale byłam głupia! – zaczyna i przez najbliższą godzinę nie mogę jej przerwać. Ta rozmowa była potrzebna nam obu. To działo się sześć lat temu. Dowiedziała się o swojej chorobie przez zupełny przypadek. W pracy usłyszała: „Do walentynkowego numeru zrobisz wywiad z Aidą”. Umówiła się więc na rozmowę z najsłynniejszą z wróżek. Niewielkie mieszkanie na tyłach ruchliwej Marszałkowskiej. W pokoju zapalone świece, wygodny fotel. Z początku złościło ją, gdy wróżka, ignorując zadawane pytania, wtrącała własne, zbyt dla niej osobiste. Aż niespodziewanie padło. – Ma pani znamię na brzuchu? – Nie! – obruszyła się. Aida nie dawała za wygraną. – Bliznę, przebarwienie? Przebadaj się – zawyrokowała. – Ale będę żyć? – wypaliła Anka. U niej w domu mówiono tak żartem. Tata, kiedy się skaleczyła albo nabiła sińca, powtarzał: „Córeczko, będziesz żyć”. Ale teraz, po tych jej słowach, zapadła męcząca cisza. – Chyba tak... – odpowiedziała z wahaniem Aida.

Totalne zaskoczenie. Jeśli można czuć „złe” motyle w brzuchu, to Anka je czuła. Pamięta, że pod koniec stycznia pobiegła do centrum medycznego zrobić cytologię. Dwa tygodnie później odebrała kopertę ze swoim nazwiskiem. Przeczytała: „Wynik cytologiczny nieprawidłowy. III grupa, CIN II”. Wtedy w przychodni nawet nie miała pojęcia, o co zapytać. Zaczęła szukać w internecie, sprawdzać, co znaczą te wszystkie obco brzmiące słowa. Choćby „komórki z cechami dyskariozy”. – To takie, które mają zaburzenie wyglądu jądra komórkowego – tłumaczy lekarz medycyny, specjalista ginekolog-położnik w Centrum Medycznym Damiana, Krzysztof Pancześnik. – Zmiany w strukturze komórek, inaczej dysplazja, oznaczane są trójstopniowo. Jeśli cytologia jest niepokojąca, trzeba zrobić kolposkopię. Badanie to pozwala ocenić zmiany dysplastyczne. Trwa kilka minut, przebieg można obserwować na ekranie kolpomikroskopu w powiększeniu nawet do 400 razy. Jest bezbolesne i najlepiej wykrywa stany przedrakowe i raka szyjki macicy.

Anka umówiła się na kolposkopię. Dokładnie 25 marca wyszła od lekarza na oślepiające wiosenne słońce i zmięła w dłoni opis badania. Rozpoznanie: „Infekcja HPV, CIN II. Obserwacja. Leczenie przeciwzapalne. Cytologia i kolposkopia za trzy miesiące”. Rozkleiła się w samochodzie. O tym, że wirus HPV, brodawczaka ludzkiego, jest odpowiedzialny za raka szyjki macicy, wiedziała z prasy. – To nie tak, że każdy, kto zainfekował się wirusem, będzie go stale mieć – mówi Krzysztof Pancześnik. – Aż 80 procent zarażonych w przeciągu pierwszego pół roku zwalcza go samodzielnie. Z pozostałych 20 procent, osiem na dziesięć osób będzie miało niegroźne typy niskoonkogenne. Dotychczas zidentyfikowano ponad sto typów tego wirusa występujących u ludzi. Wśród nich około piętnastu to te wysokiego ryzyka. HPV to nie musi być wyrok.

Ance najtrudniej było pogodzić się z tym, że z jej ciałem dzieje się coś złego, a ona ma teraz trzy miesiące biernie czekać. Wykupiła leki przeciwzapalne. Nie odwołała służbowego wyjazdu do Afryki, choć bała się, jak poradzi sobie z higieną w buszu, namiocie, murzyńskiej chacie. Była zachwycona: krater Ngorongoro, stada dzikich zwierząt, ośnieżone Kilimandżaro. Zapomniała o wszystkim. Strach wrócił z chwilą, gdy koła samolotu dotknęły płyty lotniska. Chciała żyć. Przeczytała, że ten rodzaj nowotworu daje stuprocentowe szanse na wyleczenie, jeśli zostanie wcześnie zdiagnozowany. Kończył się kwiecień, ledwie przetrwała maj, w czerwcu zgłosiła się na kontrolną cytologię.

– Przy rozpoznaniu HPV robimy ją częściej niż zalecane raz do roku – mówi Krzysztof Pancześnik. I tłumaczy, dlaczego do pobierania materiału biologicznego używa szczoteczki. – Ma większą powierzchnię. To taka ścięta po bokach miotełka, a chodzi o to, żeby pobrać komórki z miejsca, gdzie nabłonek gruczołowy szyjki macicy przechodzi w nabłonek płaski tarczy. Wacik nie zrobi tego idealnie, nie ma tej szorstkości co szczoteczka. I zostawia zaciemniające obraz kłaczki na szkiełku. Bywa, że cytologia powoduje niewielkie krwawienia z kanału szyjki, ale to też sygnał, że być może rozwija się tam stan zapalny. Uprzedzę pytanie – nic nie boli. A używanie szczoteczki to wytyczne Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego.

Badanie rzeczywiście nie bolało. W ogóle nic ją nie bolało. Tylko emocje szarpały. Tym razem na wywiad umówiła się w Łodzi. Wracała zadowolona, była już pod domem, kiedy zadzwoniła komórka. Pielęgniarka z centrum medycznego upewniła się, że rozmawia z nią: – Proszę jak najszybciej zgłosić się po odbiór wyników. Nie udzielę informacji przez telefon. Dostała szału, wstydzi się do dziś, że tak krzyczała na niczemu winną dziewczynę. Wymogła na niej, żeby poprosiła do telefonu lekarza. – Grupa IV, zmiany nowotworowe – usłyszała, stojąc już w progu.

Córka nie widziała nigdy mamy płaczącej, a ona szlochała bez kontroli. Był ciepły, czwartkowy wieczór, 18 czerwca. W piątek rano spotkała się z lekarzem, wypisał skierowanie do szpitala na poniedziałek. Nie miała więc czasu nawet się przestraszyć. Do Kliniki Ginekologii Operacyjnej Wojskowego Instytutu Medycznego przyjechała sama. Oddała ubrania, włożyła piżamę. W pokoju było ostatnie wolne łóżko. Wszystkie dziewczyny, jak ona, skierowane na tak zwane leczenie w trybie jednodniowym, czekały na wywołanie. Przed zabiegiem lekarz na kartce narysował, co planuje zrobić. Konizacja – inaczej częściowe ścięcie szyjki macicy. Dwie ostre kreski ołówkiem.

Najbardziej bała się zastrzyku znieczulającego. Tego dnia nie wyszła ze szpitala, choć przecież karta mówi inaczej. Kazali jej zostać, nie zapytała dlaczego. Dowiedziała się tego ponad miesiąc później, kiedy wróciła na oddział. Fragmenty tkanki, pobrane podczas zabiegu, trafiły do badania histopatologicznego. Wyniki były złe. Zakład Patomorfologii Klinicznej: „Linia cięcia w jednym z wycinków przechodzi przez zmiany dysplastyczne. Skierowanie do zabiegu operacyjnego”. I dopiero podczas badania kwalifikującego okazało się, że nie przeszła wcale delikatnej konizacji, ale tak zwany Sturmdorf, czyli całkowite ścięcie szyjki macicy. Była w szoku. Na rozmowę zaprosił ją sam ordynator, chciał usunąć macicę z jajowodami, a ona przecież myślała jeszcze o dziecku. I wtedy przyszła myśl, że tamten lekarz ratował jej życie. Złamał dla niej, zupełnie obcej, zasady. Dzięki niemu nie czekała, jak to się zdarza, miesiącami na termin.

A więc operacja. Zrobiła sobie zdjęcie brzucha komórką. Ostatnie bez blizny. Z narkozy wybudziła się mocno obolała. I nie tylko ciało ją bolało, ale też samotność. Córeczkę od paru lat wychowuje sama, od roku spotyka się z chłopakiem. Odwiózł ją do szpitala i wyjechał na wakacje. Diagnoza: „nowotwór” była jak stygmat. Znajomi nie wiedzieli, jak reagować, kiedy mówiła o swojej chorobie. Porozmawiałaby z psychologiem, ale na oddziale nikt tego nie zaproponował. A ona nie wiedziała, jak teraz będzie wyglądało jej życie intymne, czy będzie mogła „normalnie” się kochać? Jest nosicielką wirusa? Zaraża?

Ze szpitala odbierały ją przyjaciółki. Zgiętą wpół, pozszywaną niebieską nitką. Szła noga za nogą, jak staruszka. Zalecenia po operacji: „Kontrola ginekologiczna za 4-6 tygodni. Oszczędzający tryb życia. Zwolnienie 30 dni. Ketonal 100 mg”. Na zdjęcie szwów zawiozła ją szefowa. Była połowa sierpnia. Żartowały, że będzie robiła wywiady przez telefon, bo przecież bez pracy nie wytrzyma. Przeszła chemię, obyło się bez naświetlań. Cytologię, która wtedy uratowała jej życie, powtarza regularnie za każdym razem czyta: „Grupa I”. Podczas badań krwi prosi o CA 125, markery nowotworowe, sprawdzające, czy coś złego nie dzieje się z jajnikami. – Nie ma specyficznego markera dla raka jajnika – tłumaczy prof. Jerzy Stelmachów, konsultant krajowy w dziedzinie ginekologii onkologicznej. – Przyjmuje się, że marker CA 125 jest najbardziej zbliżony, ale może być podwyższony również w endometriozie, chorobach wątroby, przy mięśniakach, w ciąży. Zachorowań w Polsce jest około czterech i pół tysiąca rocznie. Zgonów mamy szalenie dużo, ponad dwa tysiące, bo raka jajnika nie umiemy leczyć. I bardzo późno rozpoznaje się ten nowotwór. Jeśli kobieta chce współpracować, powinna zgłaszać się na kontrolne badania ginekologiczne raz na rok, nawet jeśli nie ma żadnych dolegliwości. W badaniu lekarz stwierdzi powiększenie gonady. Mój nieżyjący już przyjaciel, prof. Zieliński, zawsze mówił, że to krawcowa pierwsza rozpoznaje raka jajników. Jak trzeba poszerzać ubrania, bo nagle brzuch robi się duży. A więc obowiązkowo badanie, w razie potrzeby USG narządu rodnego i dopiero na końcu marker. Szybko uchwycić zagrożenie – to najważniejsze. Na szczęście wyniki Anki są w normie.

Ostatnio usłyszała od lekarki: – Nareszcie mogę to powiedzieć. Minęło tyle czasu. Jest pani zdrowa. Proszę tak o sobie myśleć. Myśli. Umówiła córkę na szczepienie przeciwko HPV. 12 lat to doskonały wiek. Trzy dawki i będzie uodporniona na najbardziej onkogenne szczepy wirusa. Do wróżki się nie wybiera, choć często myśli, że to dzięki niej żyje. I cytologii, którą zrobiła. Rak szyjki macicy nie jest dziedziczny ani uwarunkowany genetycznie. Jest skutkiem zakażenia onkogennymi typami wirusa HPV. Każda aktywna seksualnie kobieta jest narażona na tego typu zakażenie, warto szczepić dziewczęta, które jeszcze nie podjęły współżycia seksualnego. Polskie Towarzystwo Ginekologiczne i Pediatryczne rekomenduje populacyjne szczepienia dziewcząt w wieku 11–12 lat, uznaje je za wskazane między 13. a 18. rokiem życia. To najskuteczniejsza forma profilaktyki. W Polsce zarejestrowano i dopuszczono do obrotu dwie szczepionki przeciwko HPV. Organizowane są akcje bezpłatnych badań cytologicznych. Kobiety dostają zaproszenia i... się nie zgłaszają. Trzeba to zmienić.