Zbrosławice na Śląsku, piętrowy dom Kingi, na dole jasna kuchnia z mnóstwem pachnących ziół w doniczkach. – Kuchnia to miejsce, gdzie rządzi serce. I ono mi podpowiada, że pora na zmiany. Uknułam z mężem taki plan: salon „przerzucimy” na piętro, a tu na dole wreszcie stworzymy przestronną kuchnię, koniecznie z wyspą – opowiada Kinga Paruzel, blogerka kulinarna, autorka e-booków z przepisami, gospodyni programu Z.U.P.A. na kanale Kuchnia+. Ma 33 lata, pochodzi z Tarnowskich Gór, wychowała się w wielopokoleniowej rodzinie: dziadkowie, rodzice i trójka dzieci.

– Mój dom był nieprawdopodobnie czuły, emocjonalny. Wspólne, rodzinne obiady i kolacje to była terapia grupowa. Przy najcudowniejszych potrawach świata prowadziliśmy najważniejsze rozmowy. Pamiętam wiele ciepła, czułości i dobrej energii, którą obdarowywali mnie najbliżsi, podsuwając pod nos smakołyki. Podawali na talerzu swoje uczucia – uważa Kinga. – Babcia zawsze czekała z obiadem. Mieszkaliśmy obok szkoły, więc na długiej przerwie z bratem i siostrą wpadaliśmy do domu na ucztę z trzech dań. Uwielbiałam oberibę, czyli zupę z kalarepy, a na drugie – kluski leniwe. Oczywiście był też deser: tarte jabłko z marchewką albo budyń czekoladowy, ale nie ten z proszku, lecz przygotowany przez babcię – wspomina Kinga.

Dzięki tacie poznawała nowe, światowe smaki: krewetki, kawior, salami. Kuchnia tajska, włoska, chińska. – Tata jeździł po świecie i przywoził zagraniczne rarytasy. Ale w każdą sobotę, gdy przejmował dowodzenie w kuchni, w naszym domu znów pachniało tradycją: ojciec gotował śląski żurek, który podawał z pyszną bułą „od Hankego”. Po te bułki chodziłam z nim do najlepszej piekarni w mieście. Braliśmy wiklinowy koszyk i w drogę. Wtedy tata opowiadał o rzeczach magicznych. Mówił, że jedzenie nie służy wyłącznie zaspokojeniu głodu, to misterium smaku i zapachu. I że gotowanie to wspomnienia o ludziach i miejscach – opowiada Kinga. Jej najpiękniejsze wspomnienie wiąże się z domowymi pączkami, które w każdy Nowy Rok smażyła ciocia Urszula.

– W świąteczne poranki budził nas, dzieci, zapach świeżutkich „pompów”. Oblane gorzką czekoladą, studziły się na parapecie i czekały, aż po nie sięgniemy. Ludzie, jak one smakowały! Czasami ciocia Ula robiła nam niespodziankę i ukrywała w pączkach karteczki ze złotymi myślami. Trafić na takie „nadzienie” to była frajda – wspomina.

Gdy wyszła za mąż i wyprowadziła się z rodzinnego domu, stwierdziła z przerażeniem: „Smakoszem to może i jestem, ale nie umiem gotować!”. – Oczywiście był telefon do mamy: „Mamo, ratuj, jak się robi rosół?”. – Szybko jednak zrozumiała, że została powołana do życia, aby rozpieszczać podniebienia innych. – Odkryłam, że kocham gotować, na dodatek nieźle mi to wychodzi. W tym zachwycie utwierdzał mnie mąż, a to surowy krytyk – śmieje się Kinga.

Najpierw gotowała według rodzinnych przepisów, potem zaczęła sięgać po nowe – z książek, gazet, blogów kulinarnych. Aż przyszedł czas na własne kompozycje. – Chciałam się nimi podzielić. Udowodnić, że ze składników, które można kupić w zwyczajnym sklepie, da się wyczarować świetne dania. Marzyłam, żeby moje przepisy żyły, przechodziły z rąk do rąk. Dlatego założyłam blog: „Ale babka i robi to, co lubi!”. „Ale babka” – czyli dziewczyna, która uwielbia gotowanie i dobre jedzenie, kocha konie i psy, swój ogród, podróże, a także fotografowanie.

– Blog stał się częścią mojego życia, moim drugim domem. od niego wszystko się zaczęło – mówi Kinga. Aktywną blogerkę wypatrzyli w sieci producenci Master Chefa i zaprosili na casting do programu. – Byłam mile zaskoczona, ale też onieśmielona. Co innego gotować dla bliskich, co innego – dla wymagających jurorów. Cała rodzina przekonywała mnie, żebym się odważyła, bo czeka mnie przygoda. Pełna niepokoju, na eliminacjach jako danie popisowe upiekłam słodkości: ukochaną bezę Pavlova z kandyzowanymi kwiatami oraz sernik szafranowy. Posmakowało jurorom, więc znalazłam się w programie i przeżyłam nieziemskie emocje.

Każde wejście do telewizyjnej kuchni powodowało stres. Przecież byłam żółtodziobem! – Największy zgryz miałam z przygotowaniem kalmarów. Karp po azjatycku też okazał się wyzwaniem, bo jednak najpewniej czułam się w kuchni regionalnej – mówi utalentowana kucharka, którą Magda Gessler nazwała śląskim geniuszem. Geniusz doszedł do finału, zajął drugie miejsce. – Wróciłam do domu dumna jak paw. Na drugi dzień już byłam w pracy i, niestety, nie umiałam się odnaleźć. Zegar tak wolno odmierzał godziny do końca „dniówki”. Wiedziałam, że coś się zmieniło – opowiada Kinga, wówczas pracująca w rodzinnym zakładzie fotograficznym (w latach 20. założył go dziadek Kingi, teraz dowodzi nim jej mama). – Dotąd byłam nieśmiała, długo nie wiedziałam, co powinnam robić w życiu.

Program sprawił, że nabrałam odwagi i pewności siebie. Poza tym zakochałam się w gotowaniu, a przecież miłości nie wolno wypuścić z rąk. Dostałam szansę i chciałam ją wykorzystać. Najlepiej jak potrafię. Nie liczyłam na cud, wiedziałam, że trzeba się wziąć do roboty – uważa blogerka. Program skończył się w sierpniu, a już na Wielkanoc Kinga wydała pierwszy e-book z przepisami – „Ale święta!”. Potem pojawiły się kolejne: „Ale maj!”, „Ale wakacje!”, „Mój wigilijny stół!”. Dziś ma na koncie kolejne e-booki, które są rozchwytywane. – Pracuję nad kolejnymi, a przy okazji zostałam gwiazdą telewizji – śmieje się. Już drugi sezon na kanale Kuchnia+ prowadzi program Z.U.P.A. – Wiadomo, zupa jest dobra na wszystko! Od zawsze króluje na polskich stołach, wiele młodych gospodyń nie ma jednak do niej serca. Postanowiłam to zmienić. Pierwszy odcinek programu był porażką. Denerwowałam się, nie byłam sobą. Na szczęście uratowały mnie fajne przepisy, widzowie zostali więc przed telewizorami – cieszy się Kinga.

Pomysły na przepisy przychodzą do niej same. – Inspiruje mnie natura, przeczytana książka, obejrzany film. Wszystko zawsze sprawdzam na sobie. Zanim podam przepis na danie wegańskie, przez tydzień odżywiam się tak jak weganie. Po to, żeby zrozumieć ten styl, przestawić kubki smakowe. Ostatnio przez tydzień byłam na diecie bez glutenu, dopiero wtedy opublikowałam przepis na ciasteczka bezglutenowe – wyjaśnia Kinga. Teraz najbardziej dumna jest ze swej pierwszej książki „Nie... zwykła kuchnia, bo każdy jest inny”. To świeża rzecz.

– Pracowałam nad nią przez wiele miesięcy. Pomagali mi bliscy. Mąż miał pomysł na okładkę, siostra zrobiła na nią zdjęcie. Kolega Marcin Czerwiński dopracował cały układ graficzny, dobrał czcionki. Fotografie potraw to już moje dzieło. Zależało mi, aby fotki były „smaczne”, pobudzały zmysły. Jak mawiał tata, jedzenie ma nie tylko smakować, ale też wyglądać – podkreśla autorka. W książce zdradza receptury przekazywane z pokolenia na pokolenie, chociażby przepis na zupę z kalarepy babci Anny czy cydr z bzem wujka Teodora. Są też niezwykłe połączenia smakowe – schab w kakao.

– Pamiętałam o tych, którzy lubią eksperymenty, dlatego pod przepisami podaję kilka wariantów przygotowania potraw – tłumaczy Kinga. Właśnie na łódzkiej ASP skończyła podyplomowe studia food design, czyli projektowanie kulinariów.

– Wykładali mistrzowie, m.in. sam Wojciech Modest Amaro. Uczyli wszystkiego, co wiąże się z przygotowaniem posiłków, stylizacją stołu. Kiedyś to mi się przyda, bo marzę o otworzeniu restauracji. Mam przed oczami jej wystrój, wiem, co będzie w menu, chcę, aby miało słodko-słony charakter. Miejsce już upatrzyłam. Teraz muszę uzbierać pieniądze, a na razie powinnam się zając obiadem. Zupa z proszku odpada. Już słyszę te żarty męża: „Mam w domu Master Chefa, liczę na ucztę!”. Będą więc krem z buraków z cynamonem i grillowany łosoś, purée z ziemniaków i wasabi. Do tego sałatka ze szpinaku z prażonym sezamem.