Wróg publiczny numer jeden. Zacietrzewione, radykalne, sięgające do prowokacji obliczonych na tani rozgłos. Wizerunek feminizmu budowany przez media i utrwalany przez same feministki sprawia, że dziś odpowiedź na pytanie, „Czy jesteś feministką?”, nie jest już tak prosta i jednoznaczna. Wymaga zastanowienia, mało tego – czasem tak palnąć bez namysłu wręcz nie wypada. Bo najważniejsze już zostało wywalczone (przynajmniej w tej części świata): prawo do edukacji, awansu, udziału w życiu publicznym. I każda z dyplomem, trzema językami i etatem niech podziękuje poprzednim pokoleniom. Pewnie że jest nadal, o co walczyć. Tylko czy mityczne i zdaniem feministek wciąż nierespektowane równouprawnienie, nie przesłania najważniejszego? Tego, że jesteśmy równi, ale różni. Różnimy się od mężczyzn (i nie, nie chodzi tu o różnice z „Anatomii dla początkujących”), różnimy się między sobą. Największą zdobyczą feminizmu jest w końcu prawo wyboru. Również rodzaju feminizmu, który jest nam najbliższy. Nowe pokolenie stawia na feminizm afirmujący kobiecość. Czy jestem feministką? Jasne, ale wolę Spice Girls i ich girl power niż aborcję w Wigilię.

Być kobietą

Choć zasługi feministek walczących o równouprawnienie pół wieku temu są bezdyskusyjne, konsekwencją tej walki jest dziś brak szacunku dla kobiecości. Płeć w ich rozumieniu była powodem dyskryminacji i źródłem opresji, więc odstawiły ją na bok, wymazując różnice między kobietami i mężczyznami. Zgodnie z postulatem: jesteśmy równie silne, możemy robić to samo co wy i pewnie jeszcze wyjdzie nam to lepiej. Nowy feminizm akceptuje różnice między płciami i zauważa przywileje, które z nich wynikają. Domaga się szacunku dla kobiecości. „Co jest złego w byciu kobietą?” – tym pytaniem zaczyna się manifest nowego feminizmu opublikowany na newfeminismrising.com. Zupełnie nic. Nowy feminizm akceptuje role przypisane nam przez biologię i społeczeństwo – z założeniem, że jeśli ci w twojej niewygodnie, masz pełne prawo wybrać sobie inną. – Feministki, które się z tym nie zgadzają, muszą się dziś uciekać do cyrkowych sztuczek, tanich prowokacji. Nie rozumiem ich, nie wiem, jaki jest w tym cel, nie wiem, o co walczą – mówi Ania, 33-letnia filmoznawczyni, absolwentka dwóch kierunków, w tym gender studies. Ania przyznaje, że bazowe założenia feminizmu zawsze były jej bliskie, ale nie utożsamia się już ze sposobem działania tych najbardziej krzykliwych działaczek.

– Wmawianie kobietom, że mogą robić to samo co mężczyźni, a nawet mogą robić to lepiej, doprowadziło do tego, że faceci czują się dziś zwolnieni ze wszystkiego. To my musimy coś na każdym kroku udowadniać. A czy mężczyźni próbowali nam kiedykolwiek udowodnić, że potrafią rodzić dzieci? Nie. Feministki zapędziły się w kozi róg i paradoksalnie najwięcej praw wywalczyły dla mężczyzn – w tym dały im prawo do lenistwa. Nie zmywa, nie puszcza przodem w drzwiach, nie umie zmienić koła w samochodzie? Niewychowany, a do tego gapa? Raczej typowy facet rozpuszczony przez armię superherosek. Ale żarty na bok. Nowy feminizm mówi też sporo o seksualności, szacunku do ciała i wolności wyborów dotyczących seksu. Mówiąc najprościej: walczy ze stereotypowym ocenianiem podwójnymi standardami. Nie chcesz – nie musisz, chcesz – wolno ci. I nie wyskakujesz z obrazą feministycznych ideałów, gdy facet nie patrzy ci w oczy, tylko trochę niżej. –

Jestem feministką, bo każda kobieta, która idzie na studia, bierze udział w wyborach czy wynajmuje samodzielnie mieszkanie nią jest. Ale feminizm to też brak paranoi – mówi 28-letnia Malwina, która zna cztery języki obce, pracuje w jednym z warszawskich muzeów. – Nie obrażam się, jeśli facet powie o mnie „fajna dupa”. Nie ma nic złego w tym, że ktoś zauważy, że mam kształtne pośladki albo ładny biust. „Mamy lepszy pomysł – czas gloryfikować kobietę. Z jej emocjami, pasją, intuicją, pięknem i możliwością niesienia życia. Dlaczego mamy poddawać się męskiemu sposobowi myślenia? Kobieta powinna być szanowana za jej kobiecość, a nie za umiejętność zachowywania się tak jak mężczyzna” – postuluje newfeminismrising.com, zwracając uwagę na kolejny ważny aspekt wyróżniający nowe podejście: stosunek do macierzyństwa. I choć piszemy „nowe podejście”, nie ma w nim niczego szczególnie odkrywczego – feminizm to w końcu ideologia wolnych, świadomych wyborów. Tyle że do manifestowania ich nie trzeba proaborcyjnych happeningów.

Macierzyństwo nie przekreśla szans na satysfakcjonującą karierę zawodową, nie robi z nikogo kobiety gorszej kategorii. Ania, 32 lata, 2,5 roku temu urodziła dziecko, ale nie zrezygnowała z pracy. – Feminizm oznacza, że możemy wybrać, jak chcemy wcielić się w rolę mamy, pozostać aktywne zawodowo i towarzysko czy poświęcić całą uwagę dziecku – mówi. – Daje poczucie, że niczego nie musimy, bo nie jesteśmy zamknięte w żadnych szufladkach. Nie wróciłam do pracy, bo chciałam coś zamanifestować. Wróciłam, bo to była dla mnie naturalna droga. Praca mnie rozwija i daje satysfakcję, a gdybym została w domu, byłabym sfrustrowana i przenosiła te złe emocje na dziecko. Czy macierzyństwo wyklucza zawodowo? Nie. Częściej kobiety same się wykluczają, bo są rozdarte.

Popkultura z odsieczą

Zobacz także:

Spice Girls pojawiły się wcześniej nie bez powodu. Zawiodły poważne apostołki jedynej słusznej ideologii, na ratunek przybyły gwiazdy. Beyoncé tytułuje się największą feministką współczesnej muzyki pop, a jeden z amerykańskich uniwersytetów nosi się nawet z zamiarem uruchomienia letnich wykładów z feminizmu według wokalistki, na których będzie można studiować jej wpływ na światopogląd kobiet i polityczne zaangażowanie (publiczne wspieranie Baracka Obamy i przyjaźń z parą prezydencką). Przebój Beyoncé „Run The World (Girls)”, z kluczowym fragmentem: „Kto rządzi światem? Dziewczyny!”, awansował do roli hymnu nowoczesnych kobiet. Silne, niezależne, atrakcyjne. I nawet jeśli to spłycona filozofia, wykorzystana na potrzeby wizerunku i multiplatynowych refrenów, feminizm Beyoncé traktuje się bardzo poważnie. Dowodem jest oburzenie połowy internetu, gdy wokalistka zdecydowała się zagrać ostatnią trasę koncertową jako Mrs. Carter – żona swojego męża. Uznano, że Beyoncé dobrowolnie zdegradowała się do roli życiowej partnerki Jaya-Z, złożyła broń i zdradziła ideały niezależności. A feministce nie wypada.

Nie wypada też podobno akceptować photoshopa, gdy redakcja wysokonakładowego magazynu o modzie zaprosi na okładkę. Za zgodę na niepotrzebne upiększenie w sesji dla „Vogue'a” oberwało się Lenie Dunham, scenarzystce, producentce i odtwórczyni głównej roli w serialu „Dziewczyny”, która niekoniecznie przystaje do promowanych przez media kanonów urody. Produkcja HBO to rzecz o dwudziestokilkuletnich mieszkankach Nowego Jorku mierzących się z dorosłym życiem. Przyjaźń, miłość, seks i kryzys na rynku pracy. „Dziewczyny” porównuje się do „Seksu w wielkim mieście”. Oba seriale próbują przełamywać tabu, otwierać. Dunham walczy o zdrowy stosunek do własnego ciała, bez kompleksów i zahamowań – jej bohaterka nie wygląda jak modelka, ale to nie przeszkadza jej chodzić półnago średnio trzy razy w odcinku. Niektórzy mówią, że to nieestetyczne, inni – że przełamuje stereotypy.

Awantura o gender

Czyli o co oni się kłócą? Według prawicowych polityków i przedstawicieli Kościoła Katolickiego, ideologia gender – ulubiony ostatnio temat programów publicystycznych – została spisana przez samego szatana. Demoralizuje, celuje w wartości prorodzinne, należy tego zabronić. Ze świadomością społeczną jest nawet gorzej. Ankietę SuperEkspress.TV, w której przechodniów zapytano, czym jest ten cały gender, obejrzało na YouTube ponad pół miliona osób. Wnioski? Gender to „pedofile i pedały”, gender „niszczy Polskę i chrześcijaństwo”, a dzieci można przed nim uchronić, mówiąc im, „żeby trzymały się z daleka od obcych i nie dawały namówić na cukierki”.

Czym więc jest gender? Dziedziną nauk humanistycznych, która zajmuje się badaniem roli płci przypisanej jej przez kulturę. Nie płcią w sensie biologicznym, a zadaniami i funkcjami określonymi przez uwarunkowania kulturowe. Faktycznie, czyste zło. Choć w wielu krajach edukacja w duchu gender jest czymś normalnym i powszechnie akceptowanym, w Polsce wciąż wywołuje kontrowersje – wystarczy przykład zbojkotowanego przez rodziców przedszkola, w którym dzieciom powiedziano, że w Szkocji mężczyźni noszą spódnice.

Cel mądrego wychowania w zgodzie z ideologią gender jest prosty – pokazanie, że nie jesteśmy więźniami ról odgórnie przypisanych płciom. Ze stereotypowym traktowaniem płci przez marketingowców walczy choćby kampania społeczna Pink Stinks, zainicjowana przez dwie brytyjskie matki, które domagały się, by producenci zabawek i ubrań dla dziewczynek nie poddawali się monopolowi różu jako koloru z definicji dziewczęcego. Wykorzystują internet, na stronie kampanii promują wybrane produkty i akceptowane idolki. To świat. A Polska? Stan umysłu polskiej prawicy zaskoczył nawet Meryl Streep, która w niedawnym wywiadzie wystosowała apel do polskich polityków: „Ta krucjata jest skazana na porażkę. Przeszłość umiera w bólach, a stary porządek nie chce się poddać bez walki. Rozumiem to, ale z radością zawiadamiam was, że reprezentujecie przegraną sprawę. Równość jest wielkim marzeniem i przyszłością tego świata. Jesteśmy różni – kobiety i mężczyźni, heterycy i geje, czarni i biali – ale wszyscy powinniśmy mieć równe szanse wyrażania siebie i bycia sobą. Równe szanse w pracy, miłości i swojej własnej drodze do szczęścia”. Ten rodzaj feminizmu lubimy. Jesteśmy równi, ale nie jesteśmy tacy sami. Jesteśmy różne – i mamy do tego prawo.

Feminizm w oczach gwiazd

 „Nie jestem feministką, ale wierzę w siłę kobiet. Feministki z lat 70. osiągnęły wiele celów – nie wszystkie oczywiście – ale to wspaniale, że dziś młode kobiety nie muszą uważać się za feministki”, Katy Perry

„Jestem feministką, ale nie chcę być kojarzona z żadnym ruchem. Jeśli jesteś silną kobietą, która chce osiągnąć sukces, musisz być feministką. Naszą odpowiedzialnością jest zbudowanie świata, w którym dziewczyny mogą dorastać bez ograniczania ich marzeń i możliwości”, Zooey Deschanel

„Myślę o sobie jako humanistce, bo to mniej wykluczające niż feministki, które są postrzegane jako banda krzykliwych wariatek. Feminizm to staroświeckie słowo. Moja 28-letnia córka w ogóle nie utożsamia się z feminizmem, ale zdecydowanie ma kontrolę nad swoim ciałem i decyzjami, które podejmuje”, Susan Sarandon

„Chcę każdej możliwej wersji kobiety i mężczyzny. Chcę, by mieli szansę być pełnoetatowymi rodzicami lub ludźmi pracującymi – albo mogli wybrać dowolną kombinacją tych opcji. Chcę, żeby wszyscy uprawiali seks tak, jak chcą, bez przyklejania im etykietek. Chciałabym, by mogli być słabi i silni, szczęśliwi i smutni – po prostu ludzcy”, Natalie Portman

„Nie jestem feministką. Kocham facetów. Celebruję męską kulturę, piwo, bary, duże samochody…”, Lady Gaga