Filip Bobek? A, to ten z „BrzydUli” – tak pewnie większość ciągle Pana kojarzy.

Filip Bobek: „BrzydUla” pojawiła się w moim życiu niespodziewanie. Nikt nie wiedział, co przyniesie. Po 2 tygodniach emisji był sukces, a ja stałem się tak rozpoznawalny, że nie mogłem spokojnie zrobić zakupów. Dla mnie to był życiowy egzamin i niespodzianka, która wiele rzeczy mi pokazała, nauczyła.

Na przykład czego?

Filip Bobek: Tego, że wszyscy – od aktora poprzez ekipy techniczne aż po panią, która sprząta – pracujemy na efekt. Zespołowość to podstawa. Moje podejście do zawodu zmieniło się o 180 stopni. Bo jako aktor tuż po szkole nastawiałem się, że będę grać tylko i wyłącznie w teatrze. I raz na sto lat pojawię się w fabularnym epizodzie. Okazało się, że taki rodzaj roboty, jaki obowiązuje na planie serialu codziennego, gdzie tempo jest podkręcone i wymaga natychmiastowego maksymalnego skupienia oraz umiejętności improwizacji, bardzo łatwo mi przychodzi. Są rzeczy, które 5 lat temu prawdopodobnie mogłyby mnie zabić, dziś już nie.

To znaczy?

Filip Bobek: Chodzi o pewien rodzaj krytyki, podejścia do pracy. Nie tracę gruntu pod nogami, jeśli nie wygrywam castingu albo ktoś powie, że coś źle zrobiłem. Dziś, 10 lat po dyplomie, jestem innym człowiekiem. Odważniejszym. Spokojniejszym.

Nic nie zapowiadało jednak miłości do aktorstwa. Uczył się Pan w technikum budowlanym.

Filip Bobek: Jako młody człowiek nie wiedziałem, co chcę w życiu robić. Technikum to była decyzja rodziców. Tata, mechanik samochodowy, chciał, aby syn miał konkretny zawód. Ale ja do końca tego nie czułem. Zrządzeniem losu znalazłem informację, że w domu kultury działa zespół teatralny. Zadzwoniłem, zapisałem się i... chwyciło! Po 2 miesiącach zajęć oświadczyłem, że chcę zmienić szkołę, bo widzę się w teatrze.

Jak to przyjęli rodzice?

Filip Bobek: Tata chłodno. Uznał jednak, że to mój wybór. Dla niego i mamy aktorstwo było materią nieznaną.

Kto wtedy mógł przypuszczać, że Polki Pana tak pokochają. Fanki dają Panu żyć?

Filip Bobek: To moja grupa wsparcia. Raz do roku spotykamy się i rozmawiamy, co nowego się wydarzyło u mnie, a co u nich. Dostaję od nich dużo energii. Czasami piszą do mnie listy, wysyłają prezenty. Jakiś czas temu w starannie zapakowanym pudełku przyszła Biblia z zaznaczonymi fragmentami. Wytłumaczyłem sobie, że to prezent nie dla mnie, lecz dla Marka – postaci z serialu. Po jakimś czasie dostałem kolejną. Na urodziny na adres agencji dostaję mnóstwo kartek, słodyczy, bo moja słabość do słodkiego jest już znana. To szalenie miłe.

Ale okres zachłyśnięcia się sukcesem ma Pan już za sobą?

Filip Bobek: Mam zdroworozsądkowe podejście do pracy. Aktorstwo to zaborcze zajęcie, trzeba więc mieć świat alternatywny. Swoje życie, pasje i znajomych. Praca przestała być świętością. Żyję bez napinki, która paraliżuje. Okrzepłem.

Teraz gra Pan w „Singielce” i pływa jak rybka w wodzie...

Filip Bobek: „Singielka” jest trzecim projektem, w którym biorę udział, niewiele więc rzeczy na planie jest w stanie mnie zaskoczyć. To tak, jakbym zakładał kolejny garnitur: krój ma trochę inny, ale wiem, jak będzie leżał.

Znowu jest Pan miły i ładny. Nie kusi, żeby to ekranowe emploi przełamać i trochę się „pobrudzić”?

Filip Bobek: Bardzo ładnie zadała Pani to pytanie. Chodzi o tzw. „zaszufladkowanie”. Pewnie, że chciałbym zmienić swój serialowy wizerunek, ale można siedzieć w domu i czekać na odmianę, a po 10 latach okaże się, że nic z tego nie wynika. A ja lubię swój zawód tak bardzo, że mogę grać nawet amanta (śmiech)! Kiedy na castingach rozmawialiśmy o Mikołaju, którego teraz gram, powiedziałem: „Wiem, że będzie miły i przystojny, ale – błagam! – musi mieć też negatywne cechy. Niech chociaż będzie lalusiem zapatrzonym w siebie. Potem może się np. okazać, że po trupach idzie do celu”. Z drugiej strony serial codzienny rządzi się swoimi prawami: Nawet „brzydkie” rzeczy muszą się mieścić w estetycznych ramach.

Od 15 lat mieszka Pan w Warszawie. Stolica stała się dla Pana, gdańszczanina, miejscem na ziemi?

Filip Bobek: Kiedyś mówiłem, że „tak”, dziś – nie wiem. Często wracam do Gdańska, do domu, rodziców i siostry. Gdy wyjeżdżam z Warszawy, czuję inne powietrze. Gdańsk, morze – to moje dzieciństwo. Drzewa, kamienie. Bloki, w których się wychowałem. Ludzie się zmieniają, gdzieś tam powstanie nowa Biedronka czy Żabka, ale cały czas są we mnie emocje sprzed lat. Lubię starą Oliwę i okolice Dworu Oliwskiego, Wrzeszcz. To moje okolice.

Urocze jest zdjęcie karteczki z buziaczkami od mamy, które umieścił Pan na Instagramie. Czy jeśli tak intymną rzecz pokazał Pan publicznie, to jest dla Pana mega ważna?

Filip Bobek: Jest. Ta karta od mamy jest jedną z wielu. Mam ich sporą kolekcję.

Z rodzicami jest Pan bardzo związany?

Filip Bobek: Byli i zawsze będą dla mnie autorytetami! Dali mi coś wspaniałego – poczucie bycia kochanym i akceptowanym. To teraz procentuje, daje mi wielką siłę. Czasem się pokłócimy, ale rodzice to taki rodzaj opoki, punktu odniesienia, do którego chcę wracać i zawsze wracam.

Co jeszcze dziś jest dla Pana ważne?

Filip Bobek: Szczęście i poczucie stabilności. Mam dom, pracę. Przyjaźnie, które nie były wypadkową samych miłych rzeczy, ale też trudniejszych. One nas sprawdziły. To są relacje, o które zadbaliśmy i czujemy się w nich dobrze, i nawet jeśli daliśmy sobie po pysku, nadal się kochamy. Jesteśmy dla siebie ważni.

Z jakimi ludźmi jest Panu po drodze?

Filip Bobek: Z dobrze nastawionymi, z poczuciem humoru. Nie znoszę narzekania. Czasem tego każdy potrzebuje – ale błagam! – nie codziennie przez pół roku! Takie marudzenie i użalanie się nad sobą tylko ciągnie człowieka w dół. I w robocie, i w życiu.

Lubi Pan jesień?

Filip Bobek: Uwielbiam!

Tak bez chandry?

Filip Bobek: Mam odwrotnie. Poza tym uwielbiam gotować. A jesień to wielkie tournée po mojej kuchni.

Robi Pan przetwory?!

Filip Bobek: Rok temu zrobiłem. W tym roku też, bo jestem potwornym łasuchem. Ale jesienią żegnam się z cukrem. Za to będę smażył powidła śliwkowe – uwaga! – przez 4 dni, żeby były słodkie. U mnie sprawy kulinarne zaczęły się w Akademii Teatralnej, gdy trzeba było zrobić coś z niczego. Gotować uczyłem się od mamy, ale tata, gdy musiał, też się okazywał świetnym kucharzem.

Za chwilę ktoś zaproponuje Panu program kulinarny albo prowadzenie bloga.

Filip Bobek: A w życiu! Chociaż uwielbiam oglądać programy kulinarne. Zdradzę Pani coś jeszcze: mam nawet mapę kulinarną Warszawy z zaznaczonymi miejscami, dokąd warto pójść, gdzie jest fajne jedzenie. Są na niej też czarne krzyżyki: tam absolutnie nigdy moja noga nie postanie! Z powodu fatalnego jedzenia lub obsługi.

Dziś niedziela, dzień wolny na planie, więc...

Filip Bobek: Jestem umówiony ze znajomymi na obiad. à propos programów kulinarnych: są tacy którzy świetnie je prowadzą, ale są i tacy, którzy nie mają zielonego pojęcia o kuchni.

Dziś jest zalew tzw. ekspertów. Byle twarz była znana.

Filip Bobek: No błagam! Odnajduję się w kuchni, działam szybko, konkretnie. Ale wiem też, że kilku znajomych nigdy do kuchni nie wpuszczę. Nawet o to się kłóciliśmy. Ten, kto ze mną go tuje, musi się znać na rzeczy, np. mieć taktykę obierania ziemniaków.

Jezu, to dyktatura!

Filip Bobek: Tak to w czasie gotowania jest! Ja w ogóle bardzo szybko żyję. Wczoraj wróciłem wcześniej do domu i upiekłem dwa warzywne pasztety. Wiem, że moje tempo często przeszkadza innym. Mam znajomych, którzy robią coś wolniej i np. nie potrafię z nimi jeść śniadań.

Bo co? Bo jedzą za wolno?!

Filip Bobek: Znajomi mówią, że bywam bezwzględny. Czasem wolę nie gadać na irytujące mnie tematy, bo zbytnio się zapalam. Ja naprawdę jestem miłym człowiekiem, ale... Pal licho tych amantów! Widzę Pana jako seryjnego mordercę. F.B.: Szczerze mówiąc, idealnie nadawałbym się do tego.

A kim jest rudy dżentelmen o imieniu Rocco?

Filip Bobek: Superkotem. Gdy go przywiozem do domu, miał 4–5 tygodni. Karmiłem go, jak karmi się dziecko – łyżeczką. To ciekawski gość, skradł moje serce, więc na wiele mu pozwalam. Reaguje na gwizd jak pies. Jest kochany, a zarazem wredny i ekstraszybki. Co rano okazuje się, że moja poduszka już nie jest moja.

I chyba dobrze czuje się w... zmywarce.

Filip Bobek: No tak. Wślizguje się między talerze. Rocco jest smakoszem. Nie wiem, kiedy zdecydował, że dieta wege jest dla niego – uwielbia rukolę, marchewkę i gotowane ziemniaki!