Pieniądze ciągle są tematem tabu. W jaki sposób w rozmowach z naszymi dziećmi należy podejść do tego tematu? Czy dziecko powinno wiedzieć, ile zarabiają rodzice?

Izabela Falkowska-Tyliszczak: Zastanawiam się, do czego dziecku taka informacja byłaby potrzebna, czemu ta wiedza miałaby służyć. Oczywiście pieniądze są tematem, który w życiu rodzinnym przewija się siłą rzeczy. Pojawia się także w rozmowach przyjacielskich, w zasadzie we wszystkich relacjach. Z pewnością ważne jest więc, aby tego tematu w sposób sztuczny przy dziecku nie omijać. Ale to nie znaczy, że musimy dziecku przedstawiać „pasek” z naszą comiesięczną wypłatą. Nie ma takiej konieczności. Chyba że np. nastolatek sam z jakiegoś konkretnego powodu pyta o to – wtedy zwyczajnie odpowiedzmy.

A co, jeśli nasz status finansowy z jakiegoś powodu nagle się zmienia – np. jedno z nas traci pracę. Czy wtedy należy powiedzieć dziecku otwarcie: „Słuchaj, nasza sytuacja jest teraz inna. Nie będzie nas stać na to wszystko, na co było stać do tej pory. Mamy kłopoty i ty także odczujesz ich skutki”.

Izabela Falkowska-Tyliszczak: Zdecydowanie tak. Jeżeli pojawia się w naszym życiu kryzys, także materialny, należy dziecku o nim powiedzieć (oczywiście w sposób dostosowany do jego wieku – im młodsze dziecko, tym mniej szczegółów). Wytłumaczyć, że pewne ograniczenia będę dotyczyć również jego. Warto przy tym dodać, że się postaramy, aby sytuacja pozostała dla niego jak najbardziej bezpieczna, co może jednak oznaczać, że na pewien czas lekcje tenisa czy baletu będą poza jego zasięgiem albo będzie musiało zmienić szkołę, ponieważ nie będzie nas już na tę konkretną stać. W każdym razie od tematu nie uciekajmy. Dzieci doskonale wyczuwają wszelkie, nawet drobne kłopoty. Udawanie, że nic złego się nie dzieje, jest strategią krótkotrwałą.

Twierdzi pani, że dzieci doskonale wyczuwają niuanse, potrafią również wspaniale wykorzystywać słabości rodziców, ich brak konsekwencji. Czasami mam wrażenie, że niczym znakomity prawnik znajdują wszelkie niedociągnięcia w „rodzinnym prawie”.

Izabela Falkowska-Tyliszczak: To prawda, dzieciaki są w tym doskonałe. Żadnej luki – możemy tego być pewni – nie przeoczą!

Znajoma podczas ostatnich wakacji wybrała się z dzieciakami (siedmioletnią córką i jedenastoletnim synem) na wycieczkę all inclusive. Dzieci miały dostęp do jedzenia i picia bez ograniczeń, ale tylko wtedy, kiedy znajdowały się na terenie hotelu. Po kilku dniach ich mama zauważyła, że podczas posiłków jej pociechy nie są specjalnie zainteresowane ani jedzeniem, ani piciem, które serwowała hotelowa kuchnia, lecz gdy tylko opuszczały hotel, zasypywały matkę niekończącą się litanią życzeń: „Poproszę frytki”, „Poproszę soczek”, „Poproszę loda”... Dlatego postanowiła wręczyć każ-demu dziecku niewielką kwotę, aby samo nią dysponowało. Zastrzegła jednak, że w tym budżecie mają być wzięte pod uwagę wszystkie rozrywki i przyjemności. Nazajutrz się okazało...

Zobacz także:

Izabela Falkowska-Tyliszczak: Niech zgadnę: okazało się, że dzieci odżywiają się wyłącznie w hotelu.

Właśnie tak. Robią wszystko, aby swoich „oszczędności” zanadto nie uszczuplić. Wcześniej do korzystania z hotelowego pakietu w żaden sposób nie była w stanie ich namówić. Jak nauczyć dziecko, aby było oszczędne, ale z drugiej strony nie wychować skąpca, który wszystko w życiu będzie przeliczał na pieniądze?

Izabela Falkowska-Tyliszczak: Dzieci uczą się przede wszystkim przez modelowanie, i to jest dla nas, rodziców, bardzo cenna wiedza. Zwykle nie stosują się do tego, co powtarzamy im jak mantrę, ale podpatrują nasze zachowania, żeby później nas naśladować. Jeśli sami potrafimy w miarę oszczędnie gospodarować pieniędzmi, a jednocześnie nie jesteśmy opętani manią gromadzenia ich na koncie, istnieje duże prawdopodobieństwo, że dzieciaki będą postępowały podobnie. Wydaje się, że sposób pani znajomej był bardzo dobry i skuteczny. Oddanie dzieciom odpowiedzialności sprawiło, że zaczęły działać rozsądnie. To zresztą często dotyczy również dorosłych.

W jaki sposób powinniśmy postępować z pieniędzmi dzieci, które bardzo często na rozmaite okazje dostają od dziadków, ciotek, naszych przyjaciół gotówkę? Co należy zrobić z takimi zasobami? Zabrać i dysponować nimi, decydować za dziecko, co może sobie za nie kupić, czy oddać tę kwestię jemu?

Izabela Falkowska-Tyliszczak: Jeśli mówimy o większych pieniądzach, a mamy do czynienia z dziećmi mniejszymi, tzn. poniżej piętnastego roku życia, sądzę, że powinniśmy kontrolować, co z takimi prezentami będzie się działo. Tu oczywiście należy się kierować zdrowym rozsądkiem. Warto porozmawiać z synem czy córką, jakie ma wobec tej kwoty plany. Taka rozmowa jest bardzo fajnym polem do przekazania wiedzy o mądrym gospodarowaniu pieniędzmi, o szacunku do nich. To także pozwala nam mieć wpływ na ewentualne plany. Pamiętajmy, że odpowiedzialność za to, aby nasze dziecko – realizując swoją wizję, swój pomysł – nie zrobiło sobie krzywdy, spoczywa na naszych barkach. Powiedzenie: „To twoje, rób, co chcesz”, jest zbyt ryzykowne.

A jeśli nasze piętnastoletnie dziecko oświadczy, że chce za swoje zaoszczędzone pieniądze kupić telewizor i postawić go przy łóżku w pokoju? Nam ten pomysł bardzo się nie podoba. Wiemy, że przy włączonym sprzęcie będzie zasypiało i być może się budziło, będzie oglądało telewizję w nocy. Co należy zrobić? Stanowczo zabronić?

Izabela Falkowska-Tyliszczak: Powinniśmy jasno wyrazić swoje zdanie, sprzeciw i – jakkolwiek to zabrzmi – liczyć na to, że przez ostatnie piętnaście lat wypracowaliśmy sobie jako rodzic autorytet w oczach dziecka i że ono teraz weźmie to, co mówimy, pod uwagę. Bo walka na noże, toczenie wojny domowej z nastolatkiem o telewizor w pokoju nie ma najmniejszego sensu. Trzeba zdać sobie sprawę, że na tym etapie możliwości naszego wpływu topnieją. Bardzo ważne jest to, żeby dzieciom ich pieniędzy nie odbierać. A czasami rodzice, w momencie kryzysowym, tak właśnie postępują. Trzeba mocno to podkreślić: zabieranie dziecku jego pieniędzy jest nieuczciwe!

A pożyczyć – użyję tego eufemizmu – można? Moja kuzynka często zakrada się do pokoju 12-letniej córki i na tydzień, dwa pożycza od niej pewną kwotę, którą potem również potajemnie zwraca. Czy to jest fair? Czy w takiej sytuacji nie należy zapytać dziecka o zgodę?

Izabela Falkowska-Tyliszczak: Generalnie jestem zdania, że od dzieci nie powinniśmy pożyczać pieniędzy. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale takie działanie wciąga malucha niejako w sytuację współodpowiedzialności za utrzymanie domu. Dzieci takiej odpowiedzialności absolutnie nie powinny na swoich barkach nieść. To teoria. W praktyce, czyli w życiu. bywa różnie i zdarza się, że taka „wewnątrzrodzinna” okazuje się konieczna. Wtedy zdecydowanie dziecko należy poinformować o pożyczce, ale nie jestem pewna, czy zapytać o pozwolenie. Dzieci nie powinny być nadmiernie obarczane podejmowaniem decyzji z takiego zakresu. A tak naprawdę: jaki pozostawiamy mu wybór, zadając podobne pytanie? Powiedzmy sobie szczerze – właściwie żaden. Te pieniądze są nam potrzebne i wziąć je musimy. Nasza córka czy syn nie bardzo mogą na to się nie zgodzić. Dlatego powiedziałabym raczej: nie pytać, ale poinformować. A przede wszystkim takich sytuacji unikać.

Ostatnio w sklepie byłam świadkiem sceny, w której mama odmawiała małej córeczce zakupienia zabawki. Tłumaczyła to brakiem pieniędzy. Mała odpowiedziała momentalnie: „Skoro nie masz, to chodź, wyjmiemy ze ściany”.

Izabela Falkowska-Tyliszczak: Gdy tłumaczenie: „Nie mam pieniędzy”, nie jest rzeczywistym powodem, lecz tylko wymówką, nie służy dobremu kontaktowi z dzieckiem. Zdecydowanie lepiej jest powiedzieć wprost, że nie kupi się czegoś, bo taka jest nasza decyzja. Mówiąc: „Nie mam pieniędzy”, chcemy uciąć dyskusję, a tak naprawdę, jak sama pani usłyszała w sklepie, rozkręcamy ją i słyszymy np., że możemy przecież wziąć z bankomatu. Nie, nie kupujemy trzeciej lalki, bo tak postanowiliśmy, i nie tłumaczymy się godzinami dziecku ze swojej decyzji.

I jeszcze kwestia, która w wielu domach budzi gorące dyskusje: kieszonkowe. Dawać czy nie? I od jakiego wieku?

Izabela Falkowska-Tyliszczak: Dawać. Ale nie ma tu twardych zasad. Tę sprawę powinien regulować raczej zdrowy rozsądek. Kiedy dziecko idzie do szkoły, przebywa w niej wiele godzin i może potrzebować kupić sobie jabłko czy soczek. To jest właśnie najlepszy czas, aby dostawało pierwsze, niewielkie pieniądze. Ile? Kwota powinna zależeć od środowiska, w którym ono żyje, ale przede wszystkim od zasobności rodziny. Z pewnością dawanie kieszonkowego jest z wychowawczego punktu widzenia zdecydowanie lepsze niż zabezpieczanie na bieżąco wszelkich potrzeb. Uczy oszczędności, dyscypliny, rozsądnego planowania, szacunku do pieniądza. A te wszystkie rzeczy bardzo przydają się później, w dorosłym życiu.