Jak powstaje opalenizna?

Piękna, złocista opalenizna to tak naprawdę... reakcja obronna naszego organizmu na promieniowanie UV. Żeby zobrazować ten skomplikowany proces, posłużymy się kilkoma porównaniami. Zacznijmy od budowy naskórka: składa się on z pięciu warstw, najgłębszą z nich jest warstwa podstawna, granicząca ze skórą właściwą. Najbardziej zewnętrzną, jest warstwa rogowa. Warstwa podstawna naskórka zawiera melanocyty - komórki, które produkują naturalny pigment skóry, czyli melaninę. To właśnie dzięki niej różnimy się od siebie karnacją - u osób o jasnym fototypie, melanina występuje tylko w warstwie podstawnej. Im ciemniejsza karnacja, tym większa obecność pigmentu również w innych warstwach naskórka. 

Teraz do rzeczy. Promieniowanie UV, którym raczy nas Słońce (lub lampy w solarium), może powodować szkody w DNA komórek organizmu. Dlatego kiedy się opalamy, czyli eksponujemy skórę na promieniowanie ultrafioletowe, melanocyty zaczynają produkować więcej pigmentu, który ma ograniczyć mu dostęp do najważniejszego elementu komórki - jądra, które zawiera DNA. To w dużym skrócie, bo melanogeneza to skomplikowany proces wielu następujących po sobie reakcji biochemicznych. Wniosek: więcej pigmentu, to ciemniejszy odcień skóry, czyli pożądana przez nas opalenizna.  

Jak działa samoopalacz?

Liczne badania naukowe potwierdziły, że opalanie się jest szalenie niezdrowe. Promieniowanie ultrafioletowe prowadzi nie tylko do degradacji włókien kolagenowych w skórze (czyli stelażu, który zapewnia jej jędrność i gładkość), ale prowadzi też do szeregu poważnych chorób, jak nowotwory skóry. Przez wzgląd na to, opalenizna „na skwarka” zaczęła stawać się passe. Nie ma co jednak ukrywać, że muśnięta słońcem skóra, paradoksalnie wygląda zdrowiej, dlatego producenci kosmetyków zaczęli szukać sposobu, aby przyciemnić skórę za pomocą reakcji, która nie wymaga obecności promieni UV. Udało się - zarówno większość samoopalaczy, jak i balsamów brązujących, zawiera DHA, czyli dihydroksyaceton. Substancja ta reaguje z aminokwasami obecnymi w naskórku, w wyniku czego powstają tzw. barwne związki polimeryczne - melanoidy, odpowiadające za ciemnienie skóry. 

Zdrowo, efektywnie i niedrogo - rozwiązanie niemal idealne, gdyby nie charakterystyczny swąd, który wielu z nas odrzuca od stosowania produktów brązujących. To jeden z produktów reakcji chemicznej DHA z naskórkiem - zupełnie niegroźny, ale za to nieprzyjemny. Rynek kosmetyczny szybko odpowiada na potrzeby klientów, dlatego kilka lat temu wprowadzono erytrulozę - naturalny zamiennik dihydroksyacetonu, który ma do niego bardzo podobne działanie, jednak nie wywołuje nieprzyjemnego zapachu skóry i dodatkowo ją pielęgnuje. Minus? Na efekty trzeba poczekać nieco dłużej.  

Samoopalacze, które nie wydzielają przykrego zapachu

Aby zintensyfikować działanie produktu samoopalającego, a jednocześnie zmniejszyć wydzielanie „smrodku”, producenci kosmetyków łączą ze sobą te dwa związki - DHA i erytrulozę. 

Tan Organic Olejek brązujący 

Naturalny olejek brązujący do twarzy i ciała, posiada certyfikat ECOCERT i aż 85% odżywczego soku z aloesu w składzie. Delikatna opalenizna którą tworzy jest zasługą erytrulozy. 

Thalgo Self Tanning Cream

Krem samoopalający, który zawiera zarówno DHA, jak i erytrulozę. Głęboko nawilża, dlatego z powodzeniem mogą używać go też posiadaczki skóry suchej, a nawet wrażliwej.

Clarins Ekspresowy żel samoopalający 

Połączenie DHA i erytrulozy w formie lekkiego żelu, który błyskawicznie się wchłania. Produkt zawiera również wyciąg z brzozy i masło karate, które nawilża i wygładza skórę.