Przestałam kupować ubrania, bo…

W moim wypadku zadecydowały względy etyczne i fakt, że zwyczajnie nie byłam już w stanie przechowywać więcej rzeczy. Zrezygnowanie z chodzenia na zakupy było procesem i bynajmniej nie widzę jeszcze mety. Przyszedł moment, kiedy w moim mieszkaniu nie było już na podłodze (o szafach i schowkach nawet nie wspominam) więcej niż dwa wolne metry przestrzeni obok siebie. Mówię to zupełnie serio. Zbiegło się to w czasie z momentem, w którym odkryłam, czym jest greenwashing oraz że sklep, w którym najchętniej się zaopatrywałam, jest prawdziwym wirtuozem w tej dziedzinie.

Chłodne spojrzenie na moją garderobę i refleksja na temat jej śladu węglowego sprawiły, że powiedziałam sobie „Stop”. Nie byłam już w stanie patrzeć na szybką modę, nie mając przed oczami krawcowych z Bangladeszu. Niemal od razu przerzuciłam się na ubrania vintage i zamiast w galeriach handlowych grasowałam w secondhandach. Historia zatoczyła koło. Gdy dowiedziałam się, że ubrania, które w nich się pojawiają, podróżują po całej Europie, produkując ogromną ilość gazów cieplarnianych, a koniec końców większość z nich ląduje na śmietniku pozostała już tylko jedna opcja.
Jeśli ktoś z Was rozważa wkroczenie na drogę minimalizmu, to od razu zaznaczam, że nie będzie łatwo. Dlaczego warto przestać kupować rzeczy, oprócz tego, że zbliża się koniec świata spowodowany nadmierną eksploatacją naszych zasobów?

Jak przestać kupować ubrania?

Wstąpienie na ścieżkę zrównoważonej konsumpcji nie jest proste. Żyjąc w cywilizacji karmiącej się reklamą i naszymi kompleksami jesteśmy stale wychowywani w przekonaniu, że kolejna sztuka odzieży jest nam niezbędna lub że może jeszcze nie ten, ale kolejny krem sprawi, że w końcu będziemy mieć idealną cerę. Utrzymanie niskiego poczucie naszej wartości opłaca się, ponieważ zaostrza apetyt na konsumpcję. Jak zatrzymać tę perpetuum mobile napędzoną opresją wobec naszych ciał i naszych głów?

Najprostszym i najtrudniejszym zarazem sposobem jest zdystansowanie się od bodźców. Wszyscy minimaliści podkreślają, jak ważne jest odobserwowanie osób, które sprawiają, że mamy ochotę rzucić wszystko i biec do galerii. Owszem, kliknięcie „unfollow” na profilu blogerki, która od lat nie pokazała się dwa razy w tym samym, wydaje się nie być skomplikowaną operacją i prawdopodobnie wszyscy byliby minimalistami, gdyby to wystarczyło. Właściwe pytanie brzmi inaczej. Jak powstrzymać się przed oglądaniem stron z wyprzedażami? Jak jechać tramwajem, gdy, na co drugim mijanym budynku wisi baner? Co zrobić, kiedy nie zdążysz przewinąć reklamy na Youtube’ie i po długim zakupowym poście pustym wzrokiem patrzysz na nową kolekcję szminek?

Odpowiedź nie będzie satysfakcjonująca, ale chyba nie da się zrobić nic. O ile nie planujesz zostać tybetańskim mnichem, odcięcie bodźców, które mają skłonić nas do wydania pieniędzy, jest praktycznie niemożliwe. W tej sytuacji można jednak wypracować postawę, która sprawi, że pozostaniemy na te bodźce niewrażliwi. Sama uważam, że po ponad dwóch latach walki ze sobą jestem może w połowie drogi.

ZOBACZ TEŻ:

KOBIETA WIDZI WIĘCEJ: Jedwab, brylanty i olej palmowy, czyli eko-lęki eko-ludzi

Po pierwsze i najważniejsze daj sobie czas na przemyślenie tego, dlaczego w ogóle zawracasz sobie tym głowę. Czy chodzi o kwestie ekologiczne lub ideologiczne? Czy zafascynowałaś się minimalizmem i ideą slow na fali mody? Czy chcesz ograniczyć wydatki? Czy planujesz uporządkować swoje rzeczy? Nie ma złych odpowiedzi i płytkich pobudek. Mając przed oczami cel i jasną opowiedzieć na pytanie „Dlaczego to robię” łatwiej jest minąć wystawę i nie wejść do sklepu. Co nie znaczy, że miniesz ją obojętnie. Powinno się być gotowym na porażki zwłaszcza na początkowym etapie. Sama zauważyłam, że zdarzają mi się one coraz rzadziej, ale zdarzają. Zazwyczaj i tak nic nie kupuję, ale wchodzę i oglądam.

Sposobów na ograniczenie kupowania jest mnóstwo. Niektórzy proponują robienie list rzeczy, które chce się kupić i odkładanie ich na kilka tygodni. Gdy po tym czasie przeczytasz listę, będziesz mogła stwierdzić, czy były to rzeczy, których wciąż potrzebujesz, czy zwykłe zachcianki. Jest też inny sposób, który być może lepiej przemówi do Twojej wyobraźni i Twojego portfela. Policz, ile średnio wydajesz na jednorazowe zakupy i załóż sobie słoik. Za każdym razem, gdy poczujesz potrzebę wstąpienia do sklepu, zamiast tego odłóż do słoika (lub przelej na konto oszczędnościowe, w końcu mamy XXI wiek) policzoną wcześniej kwotę. Zaglądaj tam co jakiś czas i obserwuj, jak szybko suma przestanie rosnąć. W końcu nic nie motywuje lepiej niż zaoszczędzone pieniądze.

Foto: Getty Images

Dlaczego warto niekupować ubrań?

Podkreślę to jeszcze raz, nie czuję, że moja droga dobiegła końca i wiele jeszcze przede mną. Wciąż zdarza mi się wejść w posiadanie nowej rzeczy, ale zazwyczaj są to ubrania z wymiany lub prezenty. Kiedy ostatni raz kupiłam coś nowego? Nie pamiętam – i na tym właśnie polega mój największy sukces. Gdybym zadała sobie to pytanie dwa lata temu, to prawdopodobnie musiałabym wskazać okres, który nie byłby dłuższy niż 48 godzin. Choć nie jestem w stanie podać konkretnych dat ani nawet miesiąca, to mogę na palcach jednej ręki policzyć nowe przedmioty, które kupiłam w tym roku. Półbuty, w których chodzę praktycznie codziennie. Legginsy, sportowy kostium kąpielowy i kilka sztuk bielizny. Roller jadeitowy – to akurat chwila słabości.

Jeśli chodzi o pieniądze, to biorąc pod uwagę, że większość kupowałam głównie vintage, prawdopodobnie nie zaoszczędziłam fortuny, ale zaoszczędziłam co innego. Swoje zasoby psychiczne. Stałe myślenie o tym, co chciałabym mieć, z czym bym to zestawiła, co mogę dokupić, by wyglądać idealnie. Co założyć na taką i taką okazję. Czy to, co mam na sobie robi odpowiednio duże wrażenie na innych pasażerach autobusu, których nie zobaczę nigdy więcej w życiu? Od tych wszystkich myśli udało mi się już prawie uwolnić i jest to mój czas i moja energia, które nie mają ceny i których nikt inny mi nie zwróci.

ZOBACZ TEŻ: Polskie zakupoholiczki wolą zakupy niż seks. "Budziłam się z myślą, że nie mam za co kupić jedzenia" [KOBIETA WIDZI WIĘCEJ]

Foto: Getty Images

Zachowaj umiar w szafie i w głowie

Wiecie co? Niedługo pójdę na zakupy. Ostatnio przytyłam i wszystkie moje ubrania nagle stały się na mnie za małe. Ważne jednak jest, by odróżnić potrzebę od zachcianki. Nie mam wyboru, muszę zdobyć nowe, ale nie mam zamiaru po prostu pojechać do galerii. Wprowadziłam w swoje życie kilka zasad, których zamierzam się trzymać.

Najpierw sprzedam lub oddam te ubrania, które już mam. Zamierzam stosować się do filozofii „Jedno przybywa, jedno ubywa”, bo za dobrze jeszcze pamiętam czasy, kiedy nie mogłam zrobić korku, by nie zaplątać się w jakąś bluzkę.

Zamierzam zrobić listę rzeczy, których potrzebuje i trzymać się jej tak ściśle, jak tylko dam radę. Biorę pod uwagę, że w międzyczasie mogę natrafić na idealną torebkę, której jedyną wadą jest to, że zupełnie jej nie potrzebuje. Trzymajcie za mnie kciuki.

Postaram się znaleźć dobre jakościowo ubrania, których krój i design będzie odpowiadał mi w stu procentach. Nie chce kupować nic na siłę ani po wpływem emocji po to, tylko by po dwóch miesiącach szukać kolejnej rzeczy „takiej samej tylko innej”.

Zamierzam w miarę możliwości odkupić wszystko od prywatnych osób, co jest najbardziej ekologicznym rozwiązaniem. Ostatecznością będą secondhandy i zrównoważone marki. Liczę na to, że część ubrań wymienię bezgotówkowo. Sklepy z szybką modą staram się omijać i pracuję nad tym, by przestać kupować w nich również drobiazgi, jak gumki do włosów czy bieliznę.

Na tym etapie mogę powiedzieć tylko, że nie żałuje ani jednego razu, kiedy w ostatnim momencie schowałam kartę kredytową. Być może to drobiazg, ale daje mi poczucie wolności. Od czego właściwie się uwolniłam? Od natrętnych myśli. Od wpojonego mi przez reklamę poczucia, że coś muszę. Od przekonania, że bez rzeczy jestem niepełna jako osoba. Od poprawiania sobie humoru niezdrowym nawykiem. Od oceniania innych. Od dążenia do ideału, którym nigdy nie będę, bo żaden ideał nie istnieje i nigdy nie istniał.

ZOBACZ TEŻ: Mniej znaczy lepiej. Jak wybierać i pielęgnować ubrania, żeby starczyły nam na lata?