Dziennikarka kulinarna, ekspertka od żywienia dzieci, coach zdrowia, pełnoetatowa mama. Daria Ładocha ma wiele twarzy, a tę najbardziej znaną możemy oglądać w czwartkowej kuchni na antenie Dzień Dobry TVN. Oprócz tego, ma na koncie dwa blogi kulinarne, pięć książek, zwycięstwo w programie „Agent Gwiazdy” i niezliczoną ilość autorskich przepisów. To wszystko brawurowo łączy z wychowywaniem dwóch córek – i jeszcze udaje jej się pozostać w tym wszystkim fajną babką, która z przymrużeniem oka mawia o sobie per „kuchta”. Przede wszystkim jednak jest ekspertką w dziedzinie żywienia maluchów, która od lat powtarza, że dzieci to mali dorośli – i nie można ich do niczego zmuszać (a już na pewno nie do jedzenia tego, czego nie znoszą). Jak udaje jej się więc zachęcić maluchy, by sięgały po warzywa? I jak nauczyć dzieci zdrowych nawyków żywieniowych? Daria Ładocha ma na to niejeden patent! Zapytałyśmy ją o kilka najskuteczniejszych:

Anna Bukowska: Zacznijmy od tematu w którym się specjalizujesz – czyli od żywienia dzieci. I od pytania, które zadaje sobie wielu rodziców: jak zmusić niejadka do jedzenia?

Daria Ładocha: Zatrzymałabym się tutaj chwilę dłużej na słowie „zmusić”. Przecież dzieci to mali ludzie, którzy mają prawo czegoś nie lubić albo nie chcieć zjeść. Jeżeli żona zmuszałaby męża do jedzenia cukinii to jestem przekonana, że ostatnią rzeczą na jaką miałby ochotę, byłaby cukinia. Z dziećmi jest tak samo. Nawet z niejadkami. Nie ma takich dzieci, które zrobią sobie krzywdę i na złość rodzicom będą głodować (oczywiście pod warunkiem, że są zdrowe). Myślę, że czasami to niejedzenie jest formą buntu i ważniejszy jest tu aspekt psychologiczny niż tylko ten fizjologiczny, dotyczący jedzenia. Jestem przekonana że każde dziecko coś lubi i na tych kilku produktach trzeba się w tej początkowej fazie skupić. I przede wszystkim odpuścić dziecku, bo jak będzie czuło presję, nic nie wskóramy. Każdy dorosły reagowałby tak samo. Przed chwilą nawet rozmawiałam z panią w szatni, która mówi, że jej dziecko nie lubi warzyw. Pytam więc, czy w ogóle, żadnych? Okazuje się, że jednak niektóre zje, na przykład ogórka, pomidora, cukinię czy brokuł. A to już są cztery warzywa!

Pozwólmy dzieciom dorastać i rozwijać własną świadomość żywienia pod okiem dorosłych a nie dziką presją. System nakazów, zakazów i karania w ogóle nie przynosi rezultatów, a często może się skończyć zaburzeniami. Oczywiście niezależnie od tego warto proponować dzieciom różne konsystencje, smaki i kolory – i otwierać je na nowe rzeczy. Jest udowodnione naukowo, że dzieci które chętnie próbują różnych potraw, są później bardziej otwarte na nowych ludzi, miejsca i doświadczenia. Warto więc wziąć też pod uwagę kalendarz rozwojowy dziecka i sprawdzić, kiedy ono najchętniej będzie się otwierało na nowe rzeczy.

A: A jeśli dziecko nie lubi żadnych warzyw i najchętniej jadłoby tylko tosty z białego pieczywa albo słodkości?

D: Ale kto dał dziecku te tosty i słodkości? Bo ktoś musiał mu te smaki pokazać… Gdybym ja mogła zjeść brokuł albo coś słodkiego, nie mając świadomości, że mi to szkodzi – wybór byłby oczywisty. Przecież dziecko nie wie, czy coś jest zdrowe czy nie – kieruje się smakiem. Oczywiście my mu to mówimy, ale stwierdzenie, że brokuł jest zdrowy to dla dziecka zupełna abstrakcja. Natomiast ktoś musiał mu dać te słodycze i te tosty, więc to w dużej mierze kwestia rodzica.

Czasami dzieci nie chcą jeść warzyw, albo innych produktów, bo mogą im one zwyczajnie nie smakować, być może są źle przyrządzone. Ale często jest też tak, że nikt nie dał im takiego przykładu. Tymczasem jako rodzice mamy do dyspozycji fantastyczne narzędzie: dzieci uwielbiają nas naśladować! Każde dziecko w pewnym wieku chce być takie jak tata lub mama. Więc tutaj jest ogromny potencjał do wykorzystania.

A: Jak nauczyć dziecko zdrowych nawyków? Masz na to jakieś sprytne patenty?

D: Jedno jest pewne. Uczenie dzieci zdrowego odżywiania jest o wiele trudniejsze niż powiedzenie przy stole setki razy słowa „JEDZ”. Bardzo ciężko jest mi patrzeć na to, jak niektórzy rodzice traktują swoje dzieci podczas obiadu. „Jak nie zjesz, to nie odejdziesz od stołu” – słyszę często w restauracjach i myślę, że to straszne. Jakby mi ktoś cały czas coś takiego mówił to ostatnią rzeczą, którą chciałabym zrobić byłoby zjedzenie obiadu.

Ale wracając do tematu, przede wszystkim wykorzystajmy naśladownictwo. Pokażmy dziecku, że to jest fajne. Mówienie mu, że coś jest zdrowe to dla niego abstrakcja, ale jeśli pokażemy, jakie będzie mieć z tego korzyści – jest szansa, że do niego trafimy. Na przykład: jak zjesz fasolkę, to szybciej ci włosy urosną. Albo: jak zjesz więcej buraków, to będziesz lepiej kopał piłkę. Chodzi o to, by pokazywać takie przykłady, które dzieci rozumieją. Ja nauczyłam moją córkę jeść warzywa opierając się na skojarzeniach, które do niej przemawiały. Ona kochała wtedy dinozaury, więc powiedziałam jej, że brokuł to drzewo dinozaura – a kalafior to jest smutny brokuł, którego nikt nie pokolorował. I ona z całą swoją empatią chciała być jak dinozaur i jeść to, co dinozaury. Więc zjadła, i brokuła, i kalafiora – żeby nie było mu przykro.

Pomaga też angażowanie dzieci, dawanie im wyboru w kwestii posiłków. Mojej starszej córce, która nie chciała jeść warzyw, powiedziałam kiedyś: słuchaj, a może ja usiądę na ławce, a ty pójdziesz po zakupy? Masz tu pieniądze i wybierz sobie takie warzywa, jak chcesz, a ja ci potem coś z tego ugotuję. Wróciła z pełną siatką. Zjadła tylko trzy rzeczy, ale to już było coś. Nie trzeba robić tragedii jeśli dziecko je cztery warzywa, a nie dwadzieścia cztery. Nawet z czterema można już coś wykombinować, trzeba sobie tylko zadać odrobinę trudu.

A: No dobrze, więc załóżmy, że rodzicom uda się przeforsować dobre nawyki w domu. A potem dziecko idzie do przedszkola, gdzie dostaje kotleciki, ziemniaczki, białe pieczywo i słodkie drożdżówki. Do tego dochodzą rówieśnicy, którzy na przerwie wyciągają słodkości. Jak sobie z tym radzić?

D: To jest bardzo trudny temat. Ale wiem też, że da się z tym uporać, bo sama mam dzieci, które są częścią społeczeństwa. Chodzą do koleżanek, na kinderbale. Najważniejsza jest rozmowa. Moje dzieci zostają teraz pod opieką babci, i babcia właśnie je tak rozpieszcza. Obie wróciły z katarem. Ja wiem, że ten katar wziął się z wirusów i bakterii, dla których słodycze to świetna pożywka. Tłumaczę więc córkom, że to jak się czują, zależy od tego jak będą się odżywiały. Jestem przekonana, że 90 proc. dzieci nie wie dlaczego cukier szkodzi i dlaczego trzeba go ograniczać. Trzeba im wytłumaczyć, co z tego wynika, oprzeć się na czymś, co jest dla nich ważne – i podać przykład.

Kiedyś  Mania przyszła do domu cała umorusana. Mówię jej: I co? Nie będziesz chciała spać, jutro będziesz zupełnie nieprzytomna… - Mamo, ale co ja miałam zrobić, wszystkie dzieci jadły. Zaczekaj, ale ty chcesz być jak inne dzieci? Czy jak mama? W ogóle to kim chciałabyś być? I nagle to jest zupełnie inna rozmowa, a w końcu Mania sama doszła do wniosku, że woli jednak być jak mama. Dzieci myślą abstrakcyjnie, więc trzeba nakierować je, żeby same na to wpadły.

A: Czyli pozwalasz swoim dzieciom jeść słodycze?

D: Oczywiście. Nie da się uniknąć wszystkich sytuacji, gdy dzieci sięgają po niezdrowe przekąski, ale uważam, że warto zachować zasadę złotego środka. Jak moje dzieci wracają ze szkoły, pytam je, co dzisiaj jadły - ale nie panikuję, gdy było to coś słodkiego. One wiedzą, że mogą zjeść to, co dostają w szkole, nawet pączka czy drożdżówkę. Z kolei ja jestem spokojna, że na śniadanie zjadły porządną porcję węglowodanów, a na kolację pożywną warzywną zupę. Mam wtedy pewność, że cokolwiek by się nie działo, moje dzieci zjadły te dwa podstawowe posiłki, które ja ustalam.

A: Nie można żyć w izolacji.

To tak, jak z przykładem mam, które jeżdżą codziennie do rolnika po jajka i warzywa. Dziecko żywi się nimi dopóki nie pójdzie do przedszkola. Tam dostaje warzywa z supermarketu i nagle jest problem, bo układ pokarmowy nie jest na to gotowy. Pojawiają się biegunki, zaparcia, wymioty. Wniosek jest więc taki, że musimy dostosować się do świata, w którym żyjemy. A z drugiej strony mamy też wybór i możemy decydować o tym, co nasze dzieci będą dostawały do jedzenia. I nic się nie stanie, jeśli czasem będą to też słodkie rzeczy.

A: Można odnieść wrażenie, że jak jemy warzywa z pestycydami i ulepszaczami – to źle. Ale jak od małego stawiamy na te z ekologicznych upraw – to też źle, bo wtedy organizm dziecka nie radzi sobie z tymi pierwszymi. Jak więc ograniczyć ilość chemii w naszym życiu i wyjść z tego cało?

D: Myślę, że chodzi tu w ogóle o taką całościową higienę życia. To dotyczy nie tylko jedzenia, ale również kosmetyków, mydeł i płynów do mycia, detergentów, środków do prania i całej masy innych produktów. Nawet podpasek, czy tamponów! Ostatnio dowiedziałam się, ile środków wybielających dodaje się do wkładek dla kobiet i pieluch dla dzieci – i uważam, że jest to niepotrzebne drażnienie od małego układu odpornościowego. Kontakt z chemią sprawia, że mały organizm broni się jak może, a więc uruchamia procesy prozapalne. To często powoduje alergie albo wrażliwość – i nie wynika to ze słabej immunologii, tylko z tego, że jest ona drażniona od pierwszych dni życia. Dlatego staram się wybierać takie produkty, które pozwolą moim dzieciom jak najdłużej na prawidłowy rozwój układu odpornościowego. Używamy w domu kosmetyków, które są pozbawione parabenów, PEG-ów, SLS-ów i innych niepożądanych składników, które mogą zaburzać jego prawidłową pracę.

A: Na szczęście marek, które to rozumieją jest na polskim rynku coraz więcej. W dodatku oprócz tych zza granicy - jak choćby całkowicie hipoalergiczna Derma - na krótkie składy stawia coraz więcej rodzimych producentów, co szczególnie mnie cieszy. Ale jak to pogodzić z częstymi podróżami?

D: Oczywiście, gdy wyjeżdżamy, nie zabieram ze sobą całej mojej eko apteki, ale tam gdzie mogę staram się wybierać świadomie. To samo dotyczy żywności. Poprzez unikanie pewnych substancji w domu budujemy u dzieci odporność, która z czasem będzie w stanie poradzić sobie z zewnętrznymi zagrożeniami. Musimy mieć świadomość, że immunologia to jest jeden wielki sprawny komputer i jeśli jest w nim wirus, to cierpi cały system. Szkodliwe substancje w kosmetykach, czy środkach czystości mogą się więc przekładać na nietolerancje pokarmowe i inne problemy – bo wszystkie drażnią układ immunologiczny. Ale higiena życia to nie tylko pielęgnacja, jedzenie, czy relacje. To są te wszystkie aspekty naszego życia razem wzięte, również sen i czas na odpoczynek.

A: Ostatnio to chyba towar deficytowy wśród dzieci. Po szkole biegną na dodatkowy angielski, basen, tańce i szereg innych zajęć. Jakby pracowały na dwa etaty.

D: Potworność. Rodzice nie powinni kierować się własną ambicją, a często tak właśnie jest. To dotyczy także jedzenia. Niektórzy chwalą się, że „moje dziecko to je wszystko”. Ja natomiast nie postrzegam tego jaką jestem matką i nie buduję poczucia własnej wartości w oparciu o to, ile moje dziecko zje. Dokładnie tak samo jest z aktywnościami pozaszkolnymi. Nie wyobrażam sobie budowania relacji z dzieckiem, jeśli nie widzę go przez cały tydzień. Moje dzieci też mają dodatkowe zajęcia, ale wybieramy je wspólnie, na niektóre chodzimy razem. Mamy też dzień, kiedy się lenimy, ale nie polega to na tym, że dzieci oglądają film w jednym, a my w drugim pokoju – robimy to wspólnie.

Ja jestem też bardzo specyficzną matką i uwielbiam spędzać czas z moimi dziećmi. Nigdy nie jest tak, że jak tylko trochę z nimi pobędę to je zaraz oddaję tatusiowi albo komuś innemu. Mi jest ich zawsze mało. Ale może wynika to z tego, że przyjęłam inny model macierzyństwa. Nie zrezygnowałam ze swoich marzeń ze względu na to, że jestem matką. Nie nałożyłam na siebie takiego krzyża, bo wiem, że te umęczone matki, które zapominają o sobie wcale nie dostaną za to złotego medalu. Ja wolę uczyć moje córki tego, że warto mieć marzenia i dążyć do realizacji swoich celów. Oraz, że każdy ma prawo do własnej przestrzeni i wolnego czasu, takiego tylko dla siebie. Dzięki temu, kiedy mnie przy nich nie ma albo gdy jestem w pracy – one to rozumieją. Ale z drugiej strony, gdy spędzamy ze sobą czas to jesteśmy tylko dla siebie, na 100%.

A: Wzięłaś udział w programie „Agent” i wygrałaś go. Ciężko było ci zdecydować o tak długim rozstaniu z dziećmi?

D: Nie, nie była to trudna decyzja, bo wszystko jest w głowie. Przede wszystkim nie byłam agentem, więc to wszystko mogło się skończyć po sześciu tygodniach, ale równie dobrze po siedmiu dniach. Rzeczywiście to była pierwsza tak długa rozłąka. Ustaliliśmy jednak pewne zasady. Po pierwsze zrobiliśmy sobie kodeks tęsknoty, czyli co będziemy robić, jak będziemy tęsknić. Dałam im kilka narzędzi, na przykład rysowanie tęsknoty. Jak tylko zaczynały to robić, tak się w to wkręcały, że momentalnie zapominały o tęsknocie. Gdy było już bardzo źle, pozwalałam im żeby przebierały się w moje ciuchy, a tata nagrywał im filmiki. Na szczęście w większości przypadków kończyło się na rysunkach.

A: A jak Ty sobie radziłaś z rozłąką?

D: Ułożyłam sobie w głowie, że to nie jest na cale życie, że rozłączamy się na chwilę, ale że też jest mi to potrzebne. Natomiast najpiękniejszą rzeczą, która z tego wyniknęła, jest ich relacja z ojcem. Na chwilę królowa zniknęła i król stal się pełnoprawnym królem. Bo to on musiał zadbać o prezenty będą na Mikołaja, wyprawienie córce urodzin i zorganizowanie przebrań na karnawał. Zbudował z nimi taką relację, jakiej nie udałoby się wypracować, gdybym była w domu. Do tego jeszcze udało mi się wygrać ten program, co jest dla moich córek przykładem, że jeśli bardzo się chce, to można zwyciężyć. Jeśli udało się to mamie, która jest dla nich najważniejszą w życiu osobą, to znaczy, że nie ma rzeczy niemożliwych.

A: Jakie jeszcze wartości chciałabyś przekazać swoim córkom?

D: Przede wszystkim uczę je, żeby być, a nie mieć. Że świat jest piękny i, że warto go odkrywać każdego dnia. Oraz, że niezależnie od tego, co się w życiu wydarzy i jak bardzo będą się kłóciły – zawsze będą miały siebie nawzajem. Pokazuję im też, że praca jest dla mnie ważna. Na tyle ważna, że zdecydowałam się jeden z programów prowadzić wspólnie z córkami, by móc spędzić z nimi więcej czasu. Uczę je też własnej przestrzeni. Chciałabym, żeby nigdy nie były emocjonalnie zależne od drugiej osoby, żeby znały swoją wartość.

A: To obecnie spory problem wśród dziewczynek. Są bombardowane bezlitosnymi standardami piękna, porównują się z influencerkami i często mierzą swoją wartość ilością lajków pod zdjęciami. Twoje córki odkryły już Instagram?

D: Jeszcze nie, ale to jest moja największa obawa, że nie będę w stanie obronić ich przed wszystkimi modami tego świata. Dlatego staram się pracować nad tym teraz. Uczę je, że poczucie własnej wartości buduje się w oparciu o umiejętności i takie narzędzia, którymi można się posłużyć do osiągania celu. To trudny temat dla większości dorosłych, a co dopiero dla dziecka. Dlatego warto w nich to pielęgnować, dopóki jeszcze mamy na to wpływ. Natomiast one mają też prawo do popełniania błędów i wpadania w różne pułapki tego świata, tak samo jak my i nasi rodzice. Prędzej czy później się to wydarzy – i nawet bardziej ja muszę się na to przygotować niż one.

A: Co jeszcze możemy zrobić jako rodzice, zbudować w naszych dzieciach poczucie własnej wartości i pewności siebie?

D: Nagradzać je. Jesteśmy przyzwyczajeni żeby mówić, co robią źle, ale na każdym kroku warto też mówić im, co robią dobrze. Pamiętam, że jak byłam mała, moja babcia zawsze mówiła, że mogę być kim chcę. I ja dorastałam w takim przekonaniu, że będę robiła to, co będę chciała. A jak mi się znudzi, to zawsze mogą zacząć coś innego. Myślę, że poczucie własnej wartości można budować w oparciu o małe rzeczy, powtarzając dzieciom, że są dobre albo coraz lepsze w różnych obszarach. Im bardziej będziemy je chwalić za takie drobne rzeczy, tym silniejsze poczucie własnej wartości. Grunt, żeby budować je w oparciu o umiejętności, a nie na tym, jak wyglądają, czy co posiadają.