Serwus! Dopiero co się poznajemy, więc więc szybko nas przedstawię. Jestem Damian. Ojciec, mąż, prezenter radiowo-telewizyjny, prowadzący Poranek w Radiu ZET . Ten berbeć na zdjęciu, to Henryk, który jest bohaterem mojego życia. Z Heniem znamy się dosyć krótko, bo od sierpnia 2016 roku. Wtedy pojawił się na świecie i pokochałem go miłością bezinteresowną, mimo że przez niego nie było mnie na bardzo dobrej imprezie. Urodził się tego samego dnia co mój przyjaciel i jednocześnie świadek na ślubie.

Po dwóch latach bycia Ojcem Redaktorem wiem jedno - po dziecku trzeba spodziewać się niespodziewanego. Ostatnio pojechaliśmy całą rodziną na Mazury, gdzie Henryk przespał najdłuższą noc w życiu. Ale o tym za moment.

Podróże z dzieckie, czyli blaski i cienie

Zdobycie K2 zimą przy podróży z dzieckiem, wydaje się być zwykłym spacerem. Przed każdym wyjazdem jestem dumy jak paw, gdy uda mi się po raz kolejny zapakować cały samochód tobołów. W zasadzie, to nieważne czy jedziemy na tydzień do Hiszpanii, weekend w góry czy obiad do teściów 15 km od naszego mieszkania - domknięcie klapy od bagażnika zawsze należy opisać słowem: cud. Im większy samochód, tym więcej rzeczy może przydać się na wyjazd. Przenośne łóżeczko, materacyk, gruba kołdra, cienka kołdra, nocnik, nocnik innej firmy, pieluchy, jeszcze więcej pieluch, chusteczki, zabawki, samochody, wiaderko, naklejki, kolejne chusteczki (bo tych nigdy za dużo), kolorowanki, mazaki, flamastry, kredki świecowe, soczki, zapas jedzenia, chrupki, ciasteczka, banany, o kosmetykach i ciuchach nie wspominając. Oczywiście połowa z tych rzeczy jest nieużywana, ale z drugiej strony, skoro jest taka możliwość, to czemu nie brać tych „przydasiów” - a nuż tym razem w końcu się przydadzą.

Mazury. Raj dla dziecka. A skoro dziecko jest w raju, to rodzice też. Oprócz tych cholernych komarów, chmary meszek i skaczących jak pasikoniki kleszczy - wszystko jest idealne. Swoją drogą nawet nie wiedziałem, że te ustrojstwa potrafią rozgościć się w każdym miejscu na dziecku, dlatego codzienny przegląd w poszukiwaniu tego dziadostwa, to obowiązek. Trafiliśmy na piękną pogodę. Cały weekend świeciło słońce, temperatura dochodziła do 27 stopni i nie padało ani razu. Od rana do nocy Henryk więc hasał po dworze, jak wyżeł po wybiegu. To był wymarzony przedwczesny Dzień Ojca. Las, jezioro, hamaki, dobre jedzenie, cisza, spokój i plac zabaw dla dzieci. Poza ty były z nami jeszcze dwie pary. Jedna z nich ma dwójkę dzieci w wieku 8 i 13 lat. Chłopaki dogadują się znakomicie. Zresztą wspólnie wędkowali, a to cementuje przyjaźń najbardziej na świecie.

Tata i dziecko jak fajnie spędzać razem czas?

Z tym wędkowaniem, to naprawdę nie żartuje! Była wędka, haczyk, spławik, wiadro na ryby i kukurydza zamiast robaków. Taka z puszki, która nadaje się na przynętę i przekąskę jednocześnie. Siedzieli we trójkę, moczyli kija i wcinali kukurydzę. Nawet udało im się złowić sporego Karasia, czego serdecznie gratuluję i jednocześnie zazdroszczę.

Panowie cały dzień biegali po lesie, placu zabaw, chodzili po brzegu, kopali doły w piaskownicy, chodzili na spacery, jeździli na rowerach - atrakcja goniła atrakcję. Po piątkowych aktywnościach, powtórzyli je w sobotę i to był właśnie dzień, który zaznaczyłem sobie na czerwono w kalendarzu! Henryk normalnie chodzi spać około 20, ale tym razem zaczął być marudny o…. 17! Stopy czarne, piasek wysypuje się spod paznokci i fałdek pod szyją, buzia umorusana, kolana obdarte, a Heniek ledwo co zaczyna podnosić powieki. (Tutaj dodam, że nasz bobas ma jedną drzemkę dziennie - około południa, tak 2 godziny). No trudno, niech się zdrzemnie, obudzi się wieczorem, przeciągniemy go do późna i jakoś nockę prześpi.

Zasnął o 17:30. Mija 18, 19, 20 a królewicz cały czas smacznie chrapie. Mój przyjaciel zawsze powtarza „nigdy nie budź śpiącego dziecka”, a że jest doświadczonym ojcem, to staram się słuchać jego rad. Mimo wszystko idziemy do Henryka z małżonką. Zmieniamy mu pieluszkę, robimy oględziny kleszczowo-meszkowe, ubieramy w śpioszki, a ten …. ani drgnął! W najgorszy scenariuszu byliśmy przygotowani na jego pobudkę w środku nocy, więc przy łóżku czekała już herbatka, kanapka, parówka i banan, bo dziecko nic nie jadło od 16 i pewnie będzie głodne. A tu guzik! Henryk padł o 17:30 i powstał około 7 dnia następnego! Tak długi sen przytrafił się Heniowi po raz pierwszy w życiu. Oczywiście przez pół nocy sprawdzaliśmy, czy aby na pewno oddycha, bo ta sytuacja była dla nas absurdalnie nienaturalna.

Wniosek płynie z tej historii bardzo prosty: muszę kupić bieżnie, żeby syn mógł się wybiegać.

Mam jeszcze tylko taką nadzieję, że to nie był przedwczesny prezent z okazji Dnia Ojca (23 czerwca!), a zapowiedź przespanych wakacyjnych nocy.

Chętnie poczytam o Waszych rekordowych nocach. Dajcie znać.