Tak się złożyło, że spotykamy się w „Czarny piątek” (23.03.2018 r.) i znowu trzeba wyjść na ulice w obronie możliwości decydowania o własnym ciele. Znów rządzący debatują nad projektem zaostrzającym dotychczasowy kompromis aborcyjny. 

Po raz kolejny musimy się zmobilizować i razem wyjść na ulice. A mówiąc „razem”, mam na myśli i kobiety, i mężczyzn. Według mnie częstym błędem jest mówienie, że mężczyźni robią coś przeciwko kobietom, ustawianie się od razu w konfrontacyjnej pozycji.

Problem leży chyba w ogóle u podstaw, czyli w niezrozumieniu feminizmu. Feminizm nie jest przeciwko mężczyznom, a nierównościom. 

Właśnie. A w sejmie przecież zasiadają nie tylko mężczyźni, lecz także kobiety, które też głosują za zakazem aborcji w tym bardzo szczególnym przypadku — o którym dziś mowa — czyli kiedy płód jest bardzo mocno uszkodzony i istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że albo obumrze, albo śmierć dziecka nastąpi zaraz po porodzie. 

Z drugiej strony jest wielu mężczyzn, którzy świetnie wspierają kobiety, przychodzą na protesty, są przeciwni zakazom i opowiadają się za prawami kobiet. Dlatego uważam, że dzisiaj potrzebujemy więcej solidarności między kobietami, ale też między kobietami i mężczyznami po to, żeby móc zawalczyć o prawa człowieka, o prawa kobiet, o prawo do wyboru przede wszystkim, bo o to tak naprawdę chodzi w naszych protestach. Chcemy móc wybierać, chcemy dzięki temu czuć się bezpieczne. Jeśli już mowa o naszych „żądaniach”, to zaraz w kolejce jest też dostęp do rzetelnej edukacji seksualnej, którą chcemy dla naszych dzieci. Opowiadamy się też za porządną opieką medyczną, taką, która nie jest podszyta ideologią, a wszystko po to, żeby uniknąć sytuacji, w której kobieta z zagrożoną ciążą musi słuchać wykładu umoralniającego na temat tego, że ma ją donosić za wszelką cenę, nawet kosztem własnego życia czy zdrowia. Chcemy normalności. Nasz kompromis aborcyjny jest jedną z najbardziej restrykcyjnych ustaw i jeśli przeszłyby proponowane przez Kaję Godek zmiany, to w Europie będziemy mieć pod tym względem najgorzej. Nawet w ultrakonserwatywnej w tym względzie Irlandii w maju szykuje się referendum w sprawie liberalizacji prawa aborcyjnego. My zmierzamy więc w przeciwną stronę niż inni. Wychodzimy na ulice, żeby było normalnie, żebyśmy mogły same decydować o swoim ciele. 

Niestety u nas pokutuje myślenie, że kobiety to istoty, które nie są w stanie podjąć samodzielnej decyzji, że nie mogą swobodnie rozporządzać swoim ciałem i życiem.

To jest zniewolenie kobiety i doprowadzenie jej do takiego poczucia, że sama nie potrafi zdecydować o sobie. Załóżmy, że mamy całkowicie zliberalizowane prawo aborcyjne — przecież to nie oznacza, że wszystkie kobiety zachodzące w ciążę rzucą się od razu do gabinetów ginekologicznych, żeby ją usuwać. Dziś większość aborcji to aborcje farmakologiczne. I nie są one substytutem antykoncepcji. Aborcja to zawsze prywatna sprawa kobiety — dla jednej będzie to decyzja trudna, dla drugiej — będzie oznaczała ulgę. Nikt nie może tego oceniać. Póki jednak nie będziemy miały wyboru, a może przede wszystkim, póki nie skończymy ze społeczną stygmatyzacją aborcji, to będzie nam się tłukło z tyłu głowy, że wybierając aborcję, wybieramy coś niewłaściwego. Nawet jeśli w świetle prawa wybór ten będzie dozwolony.

Dla mnie stworzenie warunków, w których my, kobiety, mamy wybór, czy zrobić aborcję, czy nie, kiedy mamy możliwość decydowania o własnym ciele, jest po prostu okazaniem nam szacunku i zapewnieniem podstawowych praw.

Dokładnie. A przecież każdy przypadek jest inny, tak wiele warunków może wpływać na to, czy możemy sobie pozwolić na urodzenie dziecka, czy nie. Od tego, że nie zadziałała antykoncepcja, przez takie dramatyczne sytuacje jak gwałt, po choćby to — czy z powodów ekonomicznych, czy psychicznych — że nie jesteśmy gotowe na powiększenie rodziny. Są kobiety, dla których dziewięć miesięcy ciąży to zbyt duże obciążenie dla organizmu i psychiki. Są też w końcu sytuacje, kiedy kobieta decyduje się na urodzenie chorego dziecka. 

Warto wiedzieć, że jest w Polsce coś takiego jak opieka prenatalna, natomiast mało się o tym mówi. Kiedy kobieta wie, że urodzi dziecko, które nie ma szans na przeżycie, może sama czy z partnerem lub partnerką zgłosić się do konkretnego hospicjum, aby otrzymać pomoc przed porodem i po nim, między innymi odbyć spotkanie z psychologiem czy z duchownym (w przypadku osób wierzących), zapewnić sobie opiekę lekarza i tak dalej. Chodzi o to, aby tacy rodzice mogli przez tę trudną sytuację przejść w jak najbardziej komfortowych warunkach. Ale nie każdy jest na to gotowy, nie każdy sobie z tym poradzi mimo fachowej pomocy. Nakazywanie więc kobietom, że mają być bohaterkami, jest nieludzkie. Mam wrażenie, że ci, którzy dążą do takiego stanu rzeczy, w życiu nie widzieli ludzi w takiej sytuacji. Spotkałam się z kilkoma kobietami, które podjęły decyzję o urodzeniu nieuleczalnie chorego dziecka. Często miały wsparcie tylko ze strony hospicjum. Wiele z nich zostało opuszczonych przez partnerów wkrótce po porodzie, bo mężczyźni nie potrafili poradzić sobie z tym, że mają ciężko chore dziecko. 

Czyli mamy sytuację, że brak nam pomocy od bliskich nam osób. A co z pomocą ze strony państwa? 

Istniejące rozwiązania pomocowe są śmieszne. Załóżmy, że kobieta zostaje sama z dzieckiem. Najczęściej to wygląda tak, że musi zrezygnować z pracy, dostaje jakieś głodowe zasiłki i musi sobie sama radzić. Szczęście, jeśli jest gdzieś w pobliżu hospicjum dla dzieci, które ją wesprze. A warto wiedzieć, że hospicja niosą pomoc nie tylko medyczną, ale także psychologiczną i duchową. Fundacja Hospicyjna pomaga również materialnie osobom w najtrudniejszej sytuacji. Są wspaniałe rodziny, gdzie partnerzy wspólnie się opiekują dzieckiem, i wtedy jest troszeczkę łatwiej. Nie pomagają jednak różne absurdy prawne. Na przykład jeżeli dziecko jest przewlekle chore na chorobę zaklasyfikowaną w NFZ-ecie jako dziecięca i kończy 18 lat. Zgodnie z prawem hospicjum dla dzieci nie dostanie refundacji za takiego pacjenta, bo jest już dorosły. Jednocześnie nie dostanie także refundacji, jeśli przyjmie go jako pacjenta dorosłego, bo według przepisów jego schorzenie jest zakwalifikowane jako choroba dziecięca. Wpada więc w lukę i naprawdę trzeba się nagimnastykować, żeby pomóc takiej rodzinie.

A rodzice się starzeją, nie będą żyć wiecznie. I co wtedy z takim dzieckiem-niedzieckiem?

Pamiętam kobietę, którą zostawił mąż. Sama opiekowała się synem, który wymagał całodobowej opieki. Syn skończył 18 lat, wyrósł, był sporym chłopakiem. Mieszkali w bloku bez windy i żeby zabrać go na spacer, ta mama musiała go po prostu zakładać na plecy, znosić ze schodów i na nie wnosić. I znowu — mam wrażenie, że posłowie i posłanki nie mają o takich rzeczach pojęcia. Zamiast pomyśleć, jak zorganizować pomoc dla takich rodzin, to każą rodzić mimo wszystko. Ale oni przecież bronią zasad i wartości. Niestety każdy spór o wartości jest w zasadzie nierozstrzygalny — obojętnie, czy ruszymy temat aborcji, czy eutanazji.

Wydaje mi się, że dziś w ogóle mamy ogromny problem, aby uszanować to, że ktoś reprezentuje odmienne wartości niż my. 

Przede wszystkim my nie potrafimy siebie słuchać. A jeśli nawet już słuchamy, to bardziej po to, aby odeprzeć cudze argumenty i przekazać naszą wizję. I zamiast rozmowy i zrozumienia mamy odbijanie piłeczki, przerzucanie się argumentami. Jest też bardzo dużo hejtu, trollowania, bardzo negatywnych emocji. Mam wrażenie, że to wynika z różnych naszych lęków, że ktoś nam zagraża swoją opinią, że będzie próbował nam ją wtłoczyć do głowy. W książce A może nie ma się czego bać? Jak zamienić lęk w ciekawość, którą napisaliśmy z Leszkiem Mellibrudą, on opowiada o „wielepach”. Wielep to jest taki ktoś, kto zawsze wie lepiej i nie dopuszcza do siebie tego, że ktoś inny może mieć rację. Natomiast ja myślę, że to jest w ogóle głębszy problem, taki społeczny, wynikający z podsycania w nas lęku przez polityków. Bo oni bardzo świadomie tym grają, żeby pewne grupy społeczne czuły się zagrożone.

Czyli pokazujemy wroga, straszymy, ale zaraz potem obiecujemy, że my będziemy bronić przed tym wrogiem?

Dokładnie tak. I wtedy wiadomo, że zagłosujemy na tego, kto zapewni poczucie bezpieczeństwa. W takiej atmosferze bardzo trudno rozmawiać po pierwsze, właśnie o wartościach, a po drugie, o szeregu innych kwestiach, których wokół choćby takiej aborcji jest sporo, czyli na przykład o pomocy dla matek, które zostają same, pomocy dla rodzin, których nie stać na to, żeby dziecko się urodziło, o edukacji seksualnej, która też jest traktowana jako temat tabu i zagrożenie. Te wszystkie mity, że jak będziemy dzieci uczyć o seksualności, to one się będą po prostu puszczać, są kolejnym przykładem wypaczania i zastraszania. I gdy w takiej atmosferze pójdę na „czarny protest”, to zaczynam być z automatu wrogiem tego, kto jest przeciwnikiem aborcji. No jak my się mamy spotkać, jeżeli jesteśmy z założenia powkładani do różnych szufladek? Tu, w tym marszu, idzie morderczyni dzieci, a ja tu stoję i bronię największej wartości, czyli życia. 

Nie wydaje ci się, że media społecznościowe mają spory wpływ na tę eskalację nieporozumień, okopywanie się we wrogich obozach?

One tak działają — nie służą rozmowom, lecz monologom. Im więcej korzystamy z mediów społecznościowych, tym bardziej zamykamy się w swoim świecie, swojej bańce. Gdy patrzę na swoją bańkę społecznościową, jestem bardzo zadowolona, bo prawie wszyscy w profilowych zdjęciach mają nakładkę „czarny protest”. Ale to złudzenie, bo wystarczy przejść do innej bańki, żeby się przekonać, że rzeczywistość ma różne odcienie. 

Wydaje mi się, że jednak nic nie zastąpi życzliwej rozmowy na żywo, bezpośredniego spotkania, takiej chęci wysłuchania z ciekawością tego, dlaczego uważasz tak, a nie inaczej, bez wrogiego nastawienia. Kiedy emocje trochę opadają, można przedstawić swój punkt widzenia. Ja mogę powiedzieć, dlaczego idę w tym proteście, bo powody mogą być przecież różne. Więc tak, media społecznościowe niespecjalnie takiej ciepłej rozmowie sprzyjają.

Autorki "Girls Talk" Karolina Cwalina-Stępień i Paulina Klepacz okiem rysowniczki Anny Halarewicz

Jak wygląda rzeczywistość, jeśli chodzi o przedsiębiorczość Polek? Upominamy się o prawo do decydowania o naszych ciałach, a co z naszymi biznesami? Czy nasza pozycja na rynku pracy jest równa tej, którą mają mężczyźni?

Z jednej strony Polki są bardzo przedsiębiorcze, jesteśmy w całkiem niezłym miejscu w Unii Europejskiej w kwestii przedsiębiorczości, na przykład pod względem chęci zakładania własnych firm. To jest podyktowane chociażby tym, że własna firma daje dużą elastyczność i łatwiej jest pogodzić macierzyństwo z rozwojem zawodowym. To dobre rozwiązanie dla wielu kobiet, które wypadły z rynku pracy po urlopie macierzyńskim. 

Są jednak także dane mniej optymistyczne — cztery miliony Polek w wieku produkcyjnym nie pracuje. Mówimy o osobach w przedziale 20 – 64 lata. One nie tylko nie pracują, ale też nie mają specjalnie ochoty wracać do życia zawodowego, czego powodem jest wiele rzeczy. Ostatnie dane pokazują, że niestety 500+ wyciąga kobiety z rynku pracy. Wpływ na to mają także takie sytuacje, kiedy kobieta opiekuje się nie tylko dziećmi, ale także starzejącymi się rodzicami. To jest coraz większy problem w naszym społeczeństwie. Zwykle do takiej opieki zostaje oddelegowana właśnie kobieta. To wynika po części z tego, że mężczyźni zwykle zarabiają więcej od kobiet. Takie decyzje podyktowane są zatem prostą kalkulacją. Choć nie bez znaczenia są oczywiście stereotypy, że to kobieta się lepiej zaopiekuje, będzie bardziej troskliwa.

Czyli wtedy kobiety ewentualnie decydują się na własną firmę? A skąd ta przedsiębiorczość się bierze? Pamiętam, że w liceum był taki przedmiot „podstawy przedsiębiorczości”, ale za wiele praktycznej wiedzy nie dało się z niego wynieść. 

Zacznijmy od tego, że nie każdy, niezależnie od płci, chce mieć własną firmę, bo to jest dość duża odpowiedzialność, a nasze wykształcenie w tym zakresie jest faktycznie bardzo mizerne. Od czasu do czasu oglądam modele biznesowe, które kobiety tworzą, i rzeczywiście widać, że brakuje nam podstawowej wiedzy. Dlatego w ramach programu Sukces TO JA nasza fundacja stworzyła kursy online między innymi na temat podstaw zakładania firmy, budowania modelu biznesowego, sprzedaży. Kursy są bezpłatne i są jednym ze sposobów, żeby lepiej przygotować się do startu w biznesie. 

A jakie biznesy tworzą kobiety?

Kobiety celują w bardzo różne obszary, a tę różnorodność pokazuje nasz coroczny konkurs Bizneswoman Roku. Są kobiety, które chcą założyć swoją kawiarnię artystyczną. Są takie, które mają firmę doradczą. Ale są też projekty dużo bardziej zaawansowane. Są dziewczyny, które tworzą rozwiązania naukowo-technologiczne o globalnym potencjale i znaczeniu. Bo jak inaczej określić rozwiązanie, które wspiera w profilaktyce i leczeniu nowotworów? Zatem odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna, bo kobiety tak naprawdę odnajdują się w każdej branży, w małych i dużych przedsięwzięciach. Na przykład finalistki Bizneswoman Roku zarządzają ogromnymi firmami, są kobiety, które podźwignęły chylący się ku upadkowi biznes czy z małej rodzinnej działalności zrobiły międzynarodowe przedsięwzięcie. Ale fantastyczne są też te małe kawiarnie czy jednoosobowe firmy coachingowe — dzięki takim działaniom kobiety zyskują samodzielność finansową i ogromne poczucie własnej wartości, bo zarabiają, są potrzebne, odnoszą sukcesy.

Jednak do tego, żeby odnosić sukcesy, potrzebny jest background?

Owszem. Część kobiet jest oczywiście bardzo dobrze przygotowana do tego, żeby mieć swoją firmę. Część musi jednak sobie uświadomić, że porządny model biznesowy nie polega na tym, że na przykład rozplanujemy sobie przychody w pierwszym roku działalności, oszacujemy je na bazie jakichś naszych przekonań, bez faktycznego rozeznania na rynku. Ale tego wszystkiego można się nauczyć. Zanim więc wykonamy skok na głęboką wodę i podejmiemy działanie, potrzebujemy wiedzy i musimy odpowiedzieć sobie na kilka podstawowych pytań: co my właściwie chcemy sprzedawać i robić? czy jest zapotrzebowanie na nasz produkt lub usługę? czy potrzebujemy inwestycji na początku, jakiegoś dofinansowania? skąd takie dofinansowanie wziąć? i tak dalej. To wszystko są modele biznesowe, które można sobie przerobić nawet na naszych szkoleniach online. Nie jest więc tak, że kobiety mają jakoś bardzo pod górkę. Mają raczej oprócz tego dodatkowe wyzwania, bo muszą godzić różne role czy raczej chcą je godzić i nie zamierzają z niczego rezygnować.

Dlatego tu znów przydałoby się wsparcie mężczyzn? 

Partnerstwo jest szalenie ważne. Natomiast często pozostaje w sferze deklaracji, w teorii, a nie w praktyce. A niektóre z nas wręcz uważają, że same zrobią lepiej: i zaopiekują się dzieckiem, i przygotują obiad, i zajmą się pracę. Sądzą, że nie mogą oddać niczego ze swego królestwa. To taki niezdrowy perfekcjonizm.

A może to uwewnętrznione społecznie stereotypowe role, powinności, które wciąż pokutują?

Jako Fundacja Sukcesu Pisanego Szminką zrobiliśmy badanie przy okazji zeszłorocznej kampanii „Stać mnie na sukces”. Pokazało ono, że zaledwie 4% kobiet nie przejmuje się oczekiwaniami innych i realizuje się po swojemu. 

To strasznie mało!

W dodatku ta postawa postrzegana jest jako egoistyczna, więc może stąd tak mizerny wynik. Wiesz, że jak dostaniesz awans i go przyjmiesz, to może na tym ucierpieć twoja rodzina. Ponad połowa kobiet ma takie przekonanie, że na pierwszym miejscu musi być rodzina. I dopiero gdy to domowe ognisko ma opiekę, można pomyśleć o sobie, ale najczęściej na to już nie ma siły albo czasu. 

I teraz możemy wrócić do pozycji kobiet i mężczyzn na rynku pracy, do różnic w zarobkach i zajmowanych stanowiskach. Sytuacja jest taka, że na wysokich stanowiskach kobiet jest ciągle za mało. Polska nie wypada tragicznie w skali Unii Europejskiej, ale nie jest też dobrze — około 20% kobiet zasiada w zarządach dużych firm. Średnia globalna to jakieś 15%. Żeby kobieta mogła pójść wyżej, do zarządu, musi przejść ścieżkę od niskiego szczebla przez średni. Okazuje się, że na niższym szczeblu kobiet jest sporo, ale one potem nie idą wyżej. Z różnych powodów. Czasem — jak mówiłyśmy — kobiety same tego nie chcą z przyczyn prywatnych. I OK, nie ma obowiązku wspinania się na szczyt. Niekiedy polityka firmy jest taka, że kobiet w żaden sposób się nie promuje i nie wspiera w tym, żeby chciały przyjąć awans. Wiele firm cały czas uważa, że ciąża to zagrożenie, więc nie jest wpisana w ścieżkę kariery kobiety. Na szczęście coraz więcej też zauważa, że to ślepa uliczka. Kobiety są potrzebne w firmach, na wysokich stanowiskach, więc mądrzy liderzy i liderki zastanawiają się, co zrobić, żeby kobieta mogła i urodzić dziecko, i dalej się rozwijać zawodowo. 

Biznes na tym zyska?

Liczby mówią same za siebie — 60% osób z wyższym wykształceniem to kobiety. Kobiety to ponad połowa polskiego społeczeństwa. W związku z tym rynek pracy nie tylko potrzebuje kobiet, on musi znaleźć dla nich miejsce i rozwiązania. I jeśli one trafiają do firmy, która nie jest im przyjazna, czyli nie tworzy rozwiązań pomocnych w pokonywaniu barier takich jak opieka nad dziećmi, mało elastyczny czas pracy czy luka płacowa, to nie ma co liczyć, że one będą oddane takiej firmie. Pracodawcy muszą dokonać zmian, zainwestować w kobiety, bo to się zwyczajnie opłaca. I powoli coś się zmienia. Na przykład dzisiaj dostałam informację prasową z banku CITI Handlowy, że mają jeden z najbardziej sfeminizowanych zarządów w Polsce — dołączyła do niego kolejna kobieta. To jest właśnie ten nowoczesny sposób myślenia o biznesie, w którym to myśleniu różnorodność odgrywa ogromną rolę. Wiem też, że CITI Handlowy ma dużo różnych programów, które po prostu wspierają kobiety w tym, żeby mogły i chciały awansować. W międzynarodowych korporacjach to nie nowość, bo okazało się, że im więcej kobiet w zarządzie, tym lepsze wyniki finansowe osiąga firma. Chociażby dlatego, że kobiety lepiej radzą sobie z zarządzaniem ryzykiem. Po ostatnim kryzysie gospodarczym zrobiono badania, które wykazały, że przedsiębiorstwa, gdzie w zarządach była przynajmniej jedna kobieta lub były dwie, poradziły sobie finansowo dużo lepiej niż te, gdzie kobiet w zarządach nie było. Powodem tego jest właśnie podejście kobiet do ryzyka. Bo nie jest wcale tak, że kobiety boją się ryzyka, że są zachowawcze, one po prostu lepiej potrafią ocenić, kiedy powiedzieć „stop, dalej już nie idziemy”. 

Poza tym kobiety też lepiej się odnajdują w nowoczesnym systemie zarządzania — to się tak ładnie nazywa „Inclusive Leadership”. To taki lider, który nie stoi z kijkiem i marchewką i nie mówi: „Ty masz zrobić to, a ty masz zrobić tamto”, bo już się od tego po prostu odchodzi. Jest to lider, który pełni bardziej służebną rolę dla swojego zespołu. Pracuje razem z nim, zachęca wszystkich jego członków do współdziałania i zarządza talentami w zespole, żeby osiągnąć jak najlepsze rezultaty, aby jak najlepiej wykorzystać potencjał swoich ludzi. 

Co kobietom pomaga w byciu takimi superliderkami?

Według mnie to kwestia wysokiego poziomu inteligencji emocjonalnej. Zauważ, że kobiety dobrze czują się jako mediatorki, negocjatorki. Chodzi o bardziej miękki styl przywództwa, który dziś przynosi świetne rezultaty. Dobrze też odnajdujemy się w różnorodnych zespołach, a to one stanowią o sukcesie firm. Duże firmy przekładają to wszystko na liczby i widzą, że wspieranie kobiet i zmiana standardów to droga, którą warto iść. Spójrz na przykład innej bariery — luki płacowej. Badania pokazują, że jeżeli same będziemy o to walczyły, to zajmie nam to jeszcze jakieś 30 lat. A tymczasem są już firmy, których prezesi nie czekają i sami wprowadzają odpowiednie rozwiązania. Przykładem jest MasterCard, gdzie globalny prezes firmy, Ajay Banga, w 2016 roku po prostu zlikwidował lukę płacową. (śmiech) Okazuje się, że można to zrobić od ręki. Mężczyźni powoli dochodzą do tego, że trzeba zwolnić trochę miejsca na tej swojej ławeczce, że warto poznać kobiecą perspektywę. To jest ta polityka różnorodności, to, że masz w zespole ludzi o różnych perspektywach, doświadczeniach, i dzięki temu jesteś w stanie stworzyć lepszy produkt, lepszą usługę, lepiej się skontaktować z klientem i mieć strategię, która odpowiada czasom, w których żyjemy. 

Ważnym tematem dla biznesu moim zdaniem jest też przemoc domowa. Australijski klub Male Champions of Change przygotował raport na ten temat — policzono, ile taka przemoc kosztuje firmę w Australii. Kobiety, które są bite w domu, często muszą brać zwolnienie, w pracy są bardziej rozkojarzone i zestresowane. Liczby tak podziałały, że uświadomiono sobie, że to nie jest już tylko prywatna sprawa. Stworzono zatem różne rozwiązania, z których kobieta może skorzystać, na przykład pomoc psychologa. W naszym kraju do takich standardów bardzo daleka droga, natomiast myślę, że już trzeba mieć świadomość, że nasz biznes też prędzej czy później przy tej skali zjawiska, jaka jest w Polsce, będzie musiał się tym zająć. Tak jak musiał się zająć mobbingiem, seksizmem i wykorzystywaniem seksualnym. 

W tym roku stworzyłyśmy też w naszym konkursie Bizneswoman Roku kategorię Male Champion of Change, aby nagradzać mężczyzn świadomych, wspierających różnorodność i kobiety, stwarzających warunki do pracy przyjazne kobietom. Może warto podkreślić, że tu nie chodzi w żaden sposób o faworyzowanie kobiet. Chodzi o to, żeby tak mądrze zarządzać swoją firmą, żeby dla każdego człowieka znalazło się w niej dobre i fajne miejsce, i w konsekwencji, żeby firma mogła się dzięki temu prężniej rozwijać.

Organizując konkurs Bizneswoman Roku, wyróżniacie przedsiębiorcze kobiety. A jak to jest z nimi samymi? Czy potrafią docenić swoje osiągnięcia, pochwalić się nimi? Czy robimy swoje i siedzimy cicho?

Nie ma się co oszukiwać — dziewczyny są wychowywane na skromne i ciche. Zwłaszcza w czasach naszego dzieciństwa serwowano takie mądrości jak „Siedź w kącie, a znajdą cię”, „Nie chwal się, bo ktoś pomyśli, że jesteś zarozumiała, zadufana w sobie”. A jak dostają piątki w szkole, to norma. Bo dziewczynka ma być grzeczna i co za tym idzie, dobrze się uczyć. Jeśli trafi się gorsza ocena, to tragedia. I takie komunikaty w nas zostają. Wchodzimy z nimi w dorosłość. Drobny błąd potrafi nieźle podkopać nasze poczucie wartości. Potem, kiedy odnosimy sukces zawodowy, mówimy: „Dobra, to teraz następne zadanie”. Same nie mamy poczucia, że ten sukces coś znaczy. Skoro on dla nas nic nie znaczy, to czym tu się chwalić. Pamiętam, że jak trzy lata temu zaczynałam pracę w Sukcesie Pisanym Szminką, to spotykałam sporo kobiet, które mimo że właśnie zrobiły coś niesamowitego, mówiły: „Jaki niby sukces odniosłam? Po prostu zrobiłam fuzję dwóch wielkich firm, ale to nic takiego”. (śmiech) Albo „Muszę się jeszcze tyle nauczyć, tyle muszę osiągnąć”. To było strasznie smutne, że one tak bardzo nie doceniały tych wielkich rzeczy, których dokonywały. Mam jednak poczucie, że to się bardzo przez te trzy lata zmieniło, że jest coraz więcej kobiet, które mówią: „Tak, ja to osiągnęłam, ja to zrobiłam, jestem z tego dumna, to było coś wyjątkowego”. I to jest super.

Dlatego też warto podglądać takie dumne z siebie, inspirujące kobiety, aby uporać się z tymi naszymi blokadami. Ja na przykład śledzę w mediach społecznościowych pisarkę Katarzynę Bondę, która bez ogródek mówi o swoich kolejnych bestsellerach, osiągnięciach, sukcesach. Im więcej nas będzie tak robiło, tym więcej pójdzie za tym przykładem.

I jeszcze to, że za sukces należy nam się nagroda. 

Tak, sukcesy trzeba celebrować, a nie odhaczać z listy zadań i brać się z marszu za kolejne zadania. Oczywiście nie mówię tu o popadaniu w skrajność — jeśli w stu procentach zrobię moją listę zadań wyznaczonych na dzisiaj, to może nie trzeba tego nazywać od razu sukcesem, tylko udanym dniem. Ale jak już na przykład domknę cały projekt i on jest dobrze zrobiony, no to jest jakiś mój sukces, jakiś drobny krok na drodze do większych sukcesów. Dlatego myślę, że to ogromnie ważne, żeby mieć te sukcesy, nazywać je, definiować i się z nich cieszyć. 

A może tu właśnie trzeba poruszyć kwestię definicji sukcesu? Czym sukces jest dla kobiet?

Jeśli zapytasz kobiety o ich największy sukces, to najczęściej usłyszysz w odpowiedzi: „Moje dziecko jest moim największym sukcesem”. Kariera jest więc jakby obok. Wiele kobiet odpowiada też, że ich wielkim sukcesem było połączenie obowiązków macierzyńskich z zawodowymi. I ja wierzę, że tak jest, że one tak czują, bo to jest jedna z najtrudniejszych rzeczy, przed jakimi stają kobiety. Jednak świetnie by było, gdyby obok tego udanego łączenia pojawiało się i to docenienie siebie za, dajmy na to, właśnie zdobyty grant czy zrealizowaną fuzję banków. Byłaby większa równowaga i chyba miałybyśmy większe poczucie wartości. Rzecz jasna nie chodzi mi też o to, żeby budować poczucie wartości tylko na tym, że udaje mi się coś w pracy. Bo potem stracimy pracę i co z naszym poczuciem wartości? Równowaga między wewnętrznym poczuciem wartości a tym, co z zewnątrz, daje nam satysfakcję, jest ważna. Tak czy siak, nasze sukcesy są istotne, więc jeśli o nich zapominamy, to potem właśnie jesteśmy skromniutkie i cichutkie.

To na koniec — jak to jest ze wspieraniem się kobiet?

To jest podchwytliwe pytanie! Osobiście wierzę w solidarność kobiet. Mam też różne przykłady, że taka solidarność nie zawsze istnieje. Ale to nie oznacza, że sama idea solidarności kobiet jest zła, tylko że być może są kobiety, które nie do końca to kupują albo którym nie wydaje się, że to może być wartością. Według mnie, kiedy kobiety współpracują, stanowią bardzo dużą siłę i z jednej strony właśnie dodają pewności siebie kobietom, którym jej brakuje, z drugiej zaś potrafią się świetnie wymieniać doświadczeniami. 

Widzę także, że jest dużo prężnie działających fundacji, stowarzyszeń, organizacji, w ramach których kobiety mogą się spotkać, pogadać, i to nie tylko o biznesie. Dotyczy to też na przykład sfery motywacji, co jest obecnie ogromnie ważne. Myślę, że potrzebne jest otwarcie się kobiet na inne środowiska, na mężczyzn. Musimy umieć ze sobą współpracować. Zróbmy prosty rachunek: jeżeli to mężczyźni są wciąż głównie prezesami i to oni decydują o tym, jaka będzie polityka firmy, a w zarządach przede wszystkim zasiadają mężczyźni, to im bardziej wciągniemy tych mężczyzn we współpracę, tym szybciej nastąpią korzystne dla nas zmiany. Oni muszą się włączyć, muszą też dostać od nas komunikat, czego nam trzeba, co mogą zrobić. I tym samym wracamy do tego, o czym mówiłyśmy na początku. (śmiech)

*

Dagny Kurdwanowska

Dziennikarka, autorka książek, redaktorka naczelna portalu Sukces Pisany Szminką. Autorka książek Biblioteka samobójców, Romanse wszech czasów, Tori Amos. Wspólnie z Leszkiem Mellibrudą napisała książkę A może nie ma się czego bać? Jak zamienić lęk w ciekawość. Związana z Fundacją Sukcesu Pisanego Szminką.

"Książka dla starych i młodych, aktywnych i biernych, tolerancyjnych i tych mniej elastycznych, akceptujących siebie oraz tych, którzy potrzebują uwierzyć, że SEXY ZACZYNA SIĘ W GŁOWIE. Poruszamy wcale nie TRUDNE tematy, tylko normalne, codzienne i takie, na które trzeba się otworzyć i zacząć na nie rozmawiać.", piszą dziewczyny i autorki Girls Talk Paulina Klepacz i Karolina Cwalina-Stępniak. To rozmowy o życiu, między kobietami. Bardzo Wam polecamy, a kupić książkę możecie TUTAJ.