Czasami słyszę, że wybrałam zawód z misją. I zgadzam się z tym, ale uważam, że jest taki zawód z prawdziwą, absolutnie najprawdziwszą misją. Lekarz. Lekarka. Osoby pracujące w ochronie zdrowia.

Mamy z Karoliną tyle samo lat. 26. Kiedy jej słucham, odnoszę wrażenie, że jest dojrzalsza i bardziej doświadczona niż inne osoby w naszym wieku, które znam. I wiem, że zdeterminował to zawód, który wykonuje. Jest lekarką z pełnym prawem wykonywania zawodu - ukończyła trzynastomiesięczny staż podyplomowy i zdała Lekarski Egzamin Końcowy. Jest lekarką, która naprawdę chce pomagać. I pomaga - pracuje w przychodni w małym miasteczku. Na jej wymarzoną specjalizację - pediatrię - nie ma miejsc. I można tutaj postawić pytanie: „Jak to? Przecież lekarzy specjalistów brakuje, a miejsc na specjalizację nie ma?”. W naszej rozmowie Karolina wyjaśnia, dlaczego tak jest. Tłumaczy zawiłości systemu opieki zdrowotnej i ujawnia, jakie są prawdziwe problemy młodych lekarzy. Opowiada mi również kilka historii, których słuchałam ze łzami w oczach. „To są straszne historie, które nie mogą wyjść z głowy” - mówi mi. 

Xymena Borowiecka, kobieta.pl: To sztampowe pytanie, ale dlaczego medycyna? Jakie były Twoje motywacje? Presja rodziny, dziecięce marzenie, a może po prostu fascynacja zawodem spowodowana jakimś przełomowym (lub mniej przełomowym) momentem Twoim życiu?

Chciałabym, żeby za moim wyborem stała jakaś ciekawa historia. Tymczasem prawda jest dość prozaiczna: zawsze lubiłam dużo wiedzieć i pozyskiwanie nowych informacji sprawiało mi przyjemność. W liceum nie widziałam się ani na humanie, ani na mat-fizie, więc wybrałam biol-chem. W pierwszej klasie liceum postanowiłam, że zostanę lekarzem i powoli do tego dążyłam.

Liceum. Już wiesz, że chcesz być lekarzem. Opowiedz, jak wyglądała Twoja nauka pod kątem przygotowań do matury, która miała zagwarantować Ci wstęp na uczelnię medyczną? Mówią, że to hardcore.

Sporo godzin poświęconych w internecie na researchu: Z czego się uczyć, żeby napisać dobrze maturę?, Jakie książki kupić?”, Jakie zbiory zadań przerobić?. Mnóstwo przerobionych zadań, arkuszy maturalnych, podręczników, podsumowań. I w końcu - sporo wydanych pieniędzy na korepetycje z biologii i chemii, żeby maturę napisać możliwie najlepiej, najbliżej tych 100 procent.

Masz swoją teorię, dlaczego studia medyczne są tak oblegane i jest na nie tylu chętnych, a finalnie kończy je stosunkowo niewiele osób? Gdzie się „odpada”? Co jest tą „barierą nie do pokonania”?

Zobacz także:

Tak naprawdę najwięcej ludzi odpada na samym początku. Najtrudniejszą barierą jest anatomia na pierwszym roku i w ogóle sam pierwszy rok. Nagle wiedzy do przyswojenia jest tak dużo, że wydaje ci się, że nie zdążysz tego przeczytać, a co dopiero zapamiętać. Prowadzący zajęcia mówili, że pierwszy rok to takie „formatowanie mózgów”,  uczenie się jak trzeba się uczyć. Wiedza to jedno, ale i psychicznie na początku jest ciężko. Trzy razy w tygodniu jesteś w prosektorium i oglądasz kości, mięśnie i inne struktury na zwłokach. Nadmiar materiału sprawia, że żyjesz w ciągłym niedoczasie. Ciągle jest coś, czego jeszcze nie zdążyłeś doczytać, a przecież zaraz będzie wejściówka albo kolos (kolokwium - przyp. red.). Ludzie, którzy dostają się na medycynę to często prymusy, które na wcześniejszych etapach edukacji zawsze były we wszystkim najlepsze. Trudno zaakceptować fakt, że nagle nie jesteś najlepszy, że takich, jak ty jest kilkuset, a nawet są tacy, którzy radzą sobie lepiej od ciebie.

Miałaś taki moment załamania, że powiedziałaś sobie: „Mam dość. Pas. Nie skończę tych studiów”?

Ciągle! Przez pierwsze trzy lata studiów takie momenty były chyba co tydzień. Codziennie widzisz, ile jest rzeczy, których jeszcze nie wiesz, ile się musisz nauczyć. Codziennie na zajęciach w szpitalu widzisz cierpiących ludzi. Widzisz alkoholików, osoby podpięte do respiratorów, chorych, którym wycina się zniszczone nowotworem organy. Pełen przekrój nieszczęść. Mam wrażenie, że później łatwiej to zaakceptować, poza tym trudno zrezygnować, skoro dotarłeś tak daleko.

Chciałam podnieść jeszcze jeden temat, chyba kontrowersyjny, a mianowicie: dzieci lekarzy na studiach medycznych. Czy zauważyłaś, żeby koneksje im pomagały? To jest jakiś specyficzny „typ studenta”?

Myślę, że bardziej rozumieją jak faktycznie wygląda ten zawód. Codziennie słyszą od rodziców historie ze szpitali czy przychodni. Mogą liczyć na podpowiedź popartą doświadczeniem rodzica. Z perspektywy czasu myślę, że nie byłam przygotowana na to, jak faktycznie wygląda praca lekarza. Decydowałam się na te studia, nie wiedząc, co tak naprawdę mnie czeka. Wydaje mi się, że oni są lepiej na to przygotowani. Zdarza się też, że dzieci lekarzy mają ułatwiony wstęp na specjalizacje. Zwykły absolwent medycyny takich dojść nie ma. A jeśli się dostanie, to czesto jest mu po prostu trudniej. I idąc dalej - można mu życie na takim wymarzonym oddziale utrudnić: ignorować, niczego nie pokazywać, nie uczyć fachu.

Jaki jest według Ciebie największy problem ze studiami medyczynymi? Czy faktycznie jest tak, że usiłuje się przekazywać maksymalnie specjalistyczną, teoretyczną wiedzę, ale coraz mniej tej, która jest niezbędna, żeby po ukończeniu studiów bez obaw „wejść w zawód”?

Dużo teorii, mało praktyki. Umiemy wymienić kryteria rozpoznania choroby, która występuje u pięciu osób w Polsce, ale nie wiemy, jaki lek i w jakiej formie podać, żeby szybko przestało boleć, kiedy pacjent cierpi na kolkę nerkową. Znamy przeciwskazania do podawania jakiejś substancji czynnej, ale nie wiemy, jaki lek przepisać i w jakiej dawce, bo przecież nikt nam tego nie powiedział, a w książkach głównie sucha wiedza.

Studia za Tobą, staż ukończony, LEK zdany (Lekarski Egzamin Końcowy). Co teraz? 

Czekam na drugą turę kwalifikacji na rezydentury. Moim marzeniem jest pediatria. Niestety, obcięto ilość rezydentur o połowę. W województwie, w którym chciałabym pracować rok temu były 42 miejsca, w tym roku tylko 21. Mam nadzieję, że w drugiej turze się uda. Wszędzie brakuje pediatrów, nie ma miejsc dla chorych dzieci na oddziałach, ale jednocześnie ogranicza się możliwość kształcenia w tym kierunku.

Jak dużo jest takich osób, jak Ty?

Nieprawdopodobnie dużo. Nawet wynik na poziomie dziewięćdziesięciu kilku procent nie gwarantuje przyjęcia na specjalizację. Absolwentów jest niewspółmiernie dużo do ilości miejsc na specjalizację. W lutym 2022 wejdzie w życie zmiana, która uniemożliwi odwołanie się od decyzji o nieprzyjęciu. W efekcie czego, miejsc na specjalizacje będzie tylko tyle, ile zostanie pierwotnie ogłoszone i nie będzie żadnych „ponadprogramowych” przyjęć.

Z czego wynika mała ilość miejsc na specjalizacje, skoro zewsząd słychać, że brakuje lekarzy specjalistów?

Specjalizację można robić na dwa sposoby: w trybie rezydenckim lub pozarezydenckim. Za rezydentury trzeba zapłacić, a państwo niechętnie wydaje na nas pieniądze. Nie ma więc więcej miejsc, żeby kształcić przyszłych specjalistów. W trybie pozarezydenckim lekarz jest zatrudniany przez szpital, a że, jak wiadomo, szpitale najczęściej są zadłużone, niechętnie zatrudniają na stawkę wyższą niż płaca minimalna. Jeśli chodzi o pensję rezydenta, wynosi ona 5862,00 / 5643,00 zł brutto od trzeciego roku rezydentury, w zależności od tego, czy specjalizacja jest priorytetowa, czy nie. Mówimy teraz o samym etacie. Na pierwszych dwóch latach rezydentury stawka jest nieco mniejsza. W ramach rezydentury są również obowiązkowe dyżury, można więc uogólnić, że za pełen etat + dyżury (dodatkowe 40 godzin w pracy na miesiąc) lekarz rezydent otrzymuje nieco poniżej 6000 netto.

Czy jest według Ciebie jakaś specjalizacja, w której nie brakuje lekarzy?

Nie. Zapotrzebowanie na lekarzy specjalistów jest ogromne. Pacjenci nie mogą dostać się do lekarza. My często nie możemy dostać się na wymarzoną specjalizację. Żadna strona nie jest zadowolona. I, co ciekawe, limity na studia medyczne zwiększają się, a miejsc na specjalizację ubywa.

Absurd. Lekarzy pierwszego kontaktu też jest tak mało?

Niedobory w przychodniach też są ogromne, szczególnie poza dużymi miastami. 

Pracujesz teraz w takiej przychodni?

Tak. Pracuję w przychodni lekarza rodzinnego, przyjmuję dorosłych. 

Podoba Ci się ta praca? 

Tak! Mam dużo kontaktu z pacjentem, mam możliwość nawiązania z nim relacji. I mam też ogromną satysfakcję, kiedy pacjenci mówią mi, że leczenie im pomaga.

A co jest jej największym minusem?

Papierologia. Więcej czasu podczas wizyty muszę poświęcić na wypełnienie dokumentów niż na samego pacjenta. 

A jak jest z zarobkami?

Powiem w ten sposób: bardziej opłaca się pracować w przychodni, niż robić specjalizację. Każdy samodzielnie dogaduje stawkę godzinową, ale zazwyczaj za pracę w ramach rezydentury - czyli pełen etat plus obowiązkowe nadgodziny w formie dyżurów - dostaje się mniej niż za część etatu w przychodni.

Z całego serca życzę Ci, żebyś dostała się tam, gdzie chcesz i robiła to, co sprawia Ci przyjemność. Ale… gdzie? Zostajesz w Polsce? Widzisz tutaj swoją przyszłość?

Zostaję, mam tu bliskich i ciężko byłoby mi wszystko zostawić. Biorę też pod uwagę barierę komunikacyjną i kulturową w innych krajach, fakt, że nie mogłabym się swobodnie wyrazić w obcym języku. 

Dlaczego Twoim zdaniem tylu młodych lekarzy dosłownie ucieka za granicę?

Łatwiej podjąć wymarzoną specjalizację, są one łatwiej dostępne niż w Polsce. Zarobki też na pewno są czynnikiem, który motywuje do wyjazdu za granicę. Zarabia się więcej, pracując mniej. Mniej, bo jest tam więcej lekarzy, nie ma takich niedoborów jak w Polsce.

Co należałoby zrobić, żeby zatrzymać młodych lekarzy w Polsce? Jeśli miałabyś możliwość naprawić jakąś rzecz w systemie ochrony zdrowia, to co by to było?

Mniej zajmowania się dokumentacją, więcej pracy z człowiekiem. Lepsze warunki na oddziałach. Więcej łóżek dla chorych. To są podstawy, ale niestety właśnie tych podstaw nam brakuje.

Kolejny raz mówisz o wypełnianiu ogromnej ilości dokumentów. Ile czasu zajmuje tzw. papierologia? Spróbuję oszacować - 2, 3 godziny „wyjęte” z ośmiogodzinnego dyżuru?

3 godziny, jeśli nie więcej. Będąc na stażu przyjmowałam pacjentkę na oddział ginekologii. Musiałam wypełnić siedem stron. Wywiad, badanie, ankiety epidemiologiczne, ankiety odnośnie stanu odżywienia... Przez cały pobyt pacjenta wypełnia się jego dokumentację medyczną. I oczywiście przygotowuje się wypis. 

Wspomnianą nieudolność systemu obnażyła pandemia. Jak wspominasz te najtrudniejsze chwile?

Pandemia pokazała przede wszystkim ogrom cierpienia. Pamiętam półtorarocznego chłopczyka chorego na białaczkę z oddziału onkologii dziecięcej. Przez rok pobytu na oddziale nikt go nie odwiedzał, zajmował się nim personel oddziału. Chłopczyk nie mówił, bo nie wiedział, jak ma to robić - nie widział ruchu ust podczas mówienia, bo odwiedzające go osoby zawsze miały na twarzy maseczki. Pamiętam kobietę w ciąży, podpiętą do respiratora. Ciężko chorowała na COVID. Wykonano cięcie cesarskie, bo to była jedyna szansa, żeby uratować dziecko. Kobieta zmarła. Pamiętam 20-, 30-latków, ludzi w naszym wieku, bez chorób przewlekłych. Nieszczepionych. Umierających, duszących się. To są straszne historie, które nie mogą wyjść z głowy.

Bałaś się? Tego, że to nigdy się nie skończy, tego, że nie dasz rady tak pracować, tego, że to wszystko runie, a Ty będziesz musiała znaleźć sobie inne zajęcie?

Ciągle się boję. Że zachoruję ja, ktoś mi bliski. Że nie będę umiała pomóc pacjentowi. Że nie dam sobie rady z trudną sytuacją na oddziale. 

Jest spora grupa osób krytujących lekarzy. Wyobrażam sobie sytuację, że znasz osobę, która podważa Twoje kompetencje, a potem tę osobę przychodzi ci leczyć. Składałaś przyrzecznie lekarskie, więc robisz to, bo wypełniasz swoją misję.

Nie mam innego wyjścia. Dużo mówię o minusach, ale prawda jest taka, że uważam, że to jest piękny zawód. Nie wyobrażam sobie zajmować się czymś innym. Jednocześnie chciałabym, żeby realia tej pracy w Polsce były inne, żeby było w niej więcej pracy z pacjentem, więcej zrozumienia i obustronnego zaufania.