To miała być podróż życia

Blogerka Paulina Zambrzycka, znana użytkownikom bardziej jako "Ania radzi", dla Onetu opisała jak jej podróż życia na Bali zmieniła się w koszmar.

Pani Paulina swoją podróż na Bali planowała od dawna, zanim na świecie rozpoczęła się epidemia koronawirusa. "Chciałam za wszelką cenę zmienić coś w swoim życiu i udowodnić sobie, że dam radę nawet w najtrudniejszej sytuacji. Potrzebowałam wylecieć. Zaplanowałam każdy dzień pobytu na Bali, podczas którego miałam pracować i cieszyć się otaczającą mnie energią wyspy."

"Kiedy pakowałam plecak, media jednogłośnie wskazywały na to, że Indonezja jest bezpieczna. W Polsce też jeszcze wtedy nic się nie działo." - opisuje kobieta. Chociaż na lotnisku pasażerowie musieli wypełnić specjalne karty zdrowotne i obsługa mierzyła temperaturę, to "po wyjściu z lotniska naprawdę nie dało się odczuć, że cokolwiek dzieje się na Bali źle. Maseczki ochronne nosili wyłącznie turyści, a miejscowi tylko uśmiechali się na jakiekolwiek wspomnienie o COVID-19. Kiedy przyleciałam na wyspę, nie było wówczas ani jednego potwierdzonego przypadku zakażenia się wirusem."

„Czułam się jak w pułapce bez wyjścia”

Jak przyznaje pani Paulina sytuacja zaczęła pogarszać się z dnia na dzień. „Niedługo po moim przylocie okazało się, że na Bali zmarła pierwsza osoba, u której zdiagnozowano koronawirusa – kobieta, turystka z Wielkiej Brytanii. Każdego kolejnego dnia można było odczuć coraz większe, stopniowo budujące się napięcie. Ludzie zaczęli zakładać maseczki, a najbardziej popularne atrakcje zamykały się jedna po drugiej. W zaledwie kilka dni z dwóch zachorowań w Dżakarcie zrobiło się kilkadziesiąt, a później kilkaset. Sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli mniej więcej w połowie marca.”

Wyjazd, który miał zmienić życie Pauliny, zaczął wymykać się spod kontroli, zwłaszcza, że w pewnym momencie odwołano lot powrotny. „Jeszcze bardziej stresować zaczęłam się, kiedy odwołano mój lot powrotny na trasie Singapur-Berlin. Kolejne państwa zaczynały wprowadzać rygorystyczne obostrzenia, a mnie kończyły się już pomysły na powrót. Chciałam uciec do Malezji, ale ta z dnia na dzień zamknęła granice. Podobnie było z większością krajów wokół, więc możliwości robiło się coraz mniej. (…) Czułam się jak w pułapce bez wyjścia. Problemem był też fakt, że wizę miałam ważną do 8 kwietnia, a Immigration Office z początku nie chciało przedłużać wiz.

Sytuacja wydawała się beznadziejna”

Jak relacjonuje pani Paulina, kiedy sytuacja „zaczęła robić się beznadziejna”, Polacy zaczęli kontaktować się ze sobą na Facebooku. Na grupie „Polacy na Bali” zbierali podpisy i liczyli ile osób jest w podobnej sytuacji. „Okazało się, że Polaków w tym samym czasie było w Indonezji ponad pół tysiąca (z czego 80 proc. przebywało na Bali). Wówczas otrzymaliśmy wiadomość, że polska linia lotnicza LOT zorganizuje specjalne loty czarterowe w różne rejony świata, by umożliwić Polakom powrót do kraju.”

Wizja powrotu do domu nie była do końca taka pewna, ponieważ to zależało od ilości osób, które miały zgłosić potrzebę powrotu. „Powiedziano nam jednak wstępnie, żebyśmy się raczej nie nastawiali i szukali innych możliwości. Tylko jakich, skoro większość granic zdążyła się zamknąć w przeciągu kilku dni? Sytuacja wydawała się beznadziejna.”

W tym czasie na Bali zamknęły się szkoły, restauracje, świątynie, rezerwaty i wszystkie atrakcje turystyczne, a nawet plaże. „Dostaliśmy też maila od LOT-u, że czarter na Bali nie będzie możliwy z kilku względów. Zalecano nam czekać i wypatrywać informacji, bo „być może pod koniec tygodnia lot będzie możliwy, jednak dla chcących wrócić szybciej zalecamy szukać alternatywnych połączeń”.

W końcu 19 marca pani Paulina otrzymała wiadomość, że w ramach akcji #LotDoDomu, będzie mogła wrócić do kraju 24 marca. „W samolocie zostaliśmy poinformowani o tym, by podczas lotu najlepiej cały czas mieć na sobie maseczki ochronne. Otrzymaliśmy też karty, które należało wypełnić – dotyczyły one 14-dniowej kwarantanny, którą każdy z nas w dalszym ciągu odbywa. Zmierzono nam też temperaturę, którą należało wpisać do karty.”

Gdyby nie akcja #LotDoDomu, pewnie wielu z nas nie wróciłoby do kraju.

Pani Paulina sama przyznaje, że „chciała przeżyć przygodę życia, a poniekąd zmieniła się w ona w koszmar. Wróciłam jednak silniejsza i, co najważniejsze, zdrowa.”

Takich sytuacji jak ta jest wiele. Jeśli chcecie się nimi podzielić, piszcie do nas.