Jakiś czas temu pisałyśmy o kampanii LESS IS MORE. Naturalnie piękne kobiety, artystycznym projekcie ukazującym kobiety znane na co dzień z mediów i gazet w zupełnie nowej odsłonie. Odsłonie, gdzie naturalność, akceptacja siebie i swojego wieku odgrywają kluczową rolę. Dziś o macierzyństwie, kobiecości i poczuciu wolności rozmawiamy z jedną z bohaterek projektu, Belą Komoszyńską, wokalistką i leaderką zespołu Sorry Boys.

W kampanii LESS IS MORE byłaś bohaterką wyjątkową, bo jako jedyna pozowałaś do zdjęć w ciąży, i to jeszcze w 8 miesiącu, odważnie!

Tak, to był portret podwójny. Zastanawiam się, kto tu był odważniejszy – ja, czy Patrycja, fotografka (śmiech). Brzuszek ciążowy jest bardzo fotogeniczny i piękny, ale do pewnego momentu. Pod koniec ciąży, gdy jest już naprawdę duży, nie zawsze wygląda się zjawiskowo jak na obrazach Klimta (śmiech). Ale też o to chodziło w tym projekcie, o pewną odwagę.

No właśnie, podczas ciąży ciało mocno się zmienia, a Ty pozowałaś do kampanii, która promuje naturalność, więc byłaś fotografowana praktycznie saute. Jak się w tym odnalazłaś?

Ciąży towarzyszy stan nowego uduchowienia. I niezależnie od tego, jak to ciało w ciąży wygląda, to kobieta patrzy na siebie inaczej, bardziej wyrozumiale i przychylnie. Na pewno ośmieliło mnie to, że przy sesji pracowały same kobiety. Na planie wytworzyła się podwójnie magiczna atmosfera – i przez to, że byłam w ciąży – bo ten ciążowy brzuch wyzwala nowe emocje, po drugie dzięki samym dziewczynom, które były cudowne. A ja byłam szczęśliwa, bo wiedziałam, że to będzie dla mnie niezwykła sesja i pamiątka. Dziś, gdy o tym rozmawiamy, moja trzymiesięczna córeczka, Bianka, śpi w pokoju obok.

Tak, faktycznie, to cudowna pamiątka.

Mhm. Chociaż oczywiście nie to było głównym powodem, dla którego wzięłam udział w tej kampanii (śmiech)! Wartości, które promuje projekt LESS IS MORE są mi bardzo bliskie.

Masz na myśli naturalność?

Tak. Hołdowanie naturalności jest dla mnie czymś… naturalnym. Nie oznacza to jednak, że neguję wszystko, co poza naturalność wykracza. Przeciwnie, uważam, że można kreować siebie na wiele sposobów i być przy tym naturalnym. Chodzi o to, żeby nasz wizerunek, nasze „bycie” nie było podyktowane strachem przed odrzuceniem, strachem przed tym, że nie wpisujemy się w obecne panujące trendy w poczuciu piękna.

Mówisz, że hołdowanie naturalności jest dla Ciebie czymś naturalnym. Czy w takim razie masz poczucie pełnej samoakceptacji, a kompleksy są Ci obce?

Och, oczywiście, że nie! Nie przepadam za swoim nosem, choć w pewnym momencie go polubiłam (śmiech). Kiedy wchodziłam w wiek nastoletni, moim kompleksem były, jak mi się wtedy wydawało, moje zbyt szerokie ramiona. Wyleczyła mnie z niego szybko moja mama, która powtarzała mi, że mam ramiona jak jej ulubiona modelka - Naomi Campbell (śmiech).

Myślisz, że akceptacja siebie przychodzi z wiekiem?

Myślę, że w znakomitej większości z nas, tak. Z wiekiem w ogóle przychodzi dużo mądrych refleksji. A akceptacja siebie jest kluczowym elementem relacji ze światem. Idąc dalej – nie tylko akceptacja, ale polubienie, a następnie pokochanie siebie. U mnie to jest proces. Myślę, że duże kroki w tej kwestii poczyniłam pod koniec swoich lat dwudziestych.

Masz poczucie, że doświadczenia ciąży coś w tym zakresie zmieniają?

Na pewno, bo ciąża to nie tylko doświadczenie fizyczne, ale i duchowe. Gdyby spojrzeć na ciążę z archetypicznego punktu widzenia, to jest to jeden z podstawowych rytuałów przejścia w życiu kobiety. Moment, kiedy zobaczyłam Biankę po raz pierwszy, gdy pierwszy raz trzymałam ją w ramionach to chwila absolutnie niezwykła. W pewien sposób od tego momentu byłam i ja nowonarodzoną osobą. Za naszą sprawą na świecie pojawił się nowy człowiek i to jest naprawdę wielka sprawa z kosmicznego punktu widzenia. Sprowadzamy na ziemię nowego człowieka. Myślę, że macierzyństwo to ogromny dar, również w kontekście samoakceptacji – dzięki niemu łatwiej nam zaakceptować siebie jako kobietę. Pojawia się spokój, dojrzałość i jednocześnie nowa radość życia.

Jak Ciebie ten czas zmienił?

Dziś, z perspektywy trzech miesięcy obecności Bianki na świecie, czuję, że jestem tą samą osobą, ale jednak nową - moje życie się poszerzyło, pootwierały się nowe drzwi – widzę i czuję szerzej. Czuję się wzbogacona o nową odsłonę człowieczeństwa. I to jest kosmiczne doznanie. Czuję w sobie więcej pewności, spokoju, ale też swobody. Czuję się starsza i bardziej dojrzała, a jednocześnie bardziej dziewczęca. To pewien paradoks, wiem, ale tak to odczuwam, jako bycie odświeżoną sobą.

Masz obawy, gdy myślisz o przyszłości swojej córeczki, która będzie dorastać w świecie instagramowych kanonów piękna?

Uważam, że to, jak Bianka będzie się czuła sama ze sobą będzie zależało od miłości, jaką ją obdarzymy w domu, po prostu. I tego, jak będziemy ją wychowywać. Wierzę, że uda się nam zaszczepić w niej poczucie niezależności, wiarę w siebie i w to, że nie trzeba budować siebie według aktualnych trendów. Poza tym, być może Cię zaskoczę, ale nie mam poczucia, że to w jakim kierunku obecnie zmierza wizerunek kobiety to jest jakaś ślepa uliczka, że nie da się już zabrnąć dalej. Myślę, że gdybyśmy rozmawiały w XVII wieku, to też by nam się wydawało, że już dalej nie można się posunąć, że już mocniej nie można ścisnąć piersi w gorsecie. Tymczasem ja uważam, że jesteśmy dziś bardzo wyzwolone. Możemy chodzić bez biustonosza, możemy malować usta na czerwono lub nie malować ich wcale. Żyjemy w czasach ogromnej różnorodności i swobody.

To prawda, choć wciąż mam poczucie, że potrzeba w przekazie kulturowym więcej równowagi, więcej projektów typu LESS IS MORE, które pokazują, że brak make up’u jest równie w porządku co pełen makijaż. Że fakt, że cały świat chodzi z czerwonymi ustami, a Ty tego nie robisz, nie oznacza, że o siebie nie dbasz albo nie jesteś kobietą w pełnym tego słowa znaczeniu. Że po prostu każda z nas ma prawo żyć w wolności i w wolności kreować siebie.

No właśnie, myślę, że wolność jest tu słowem kluczowym. Skupiłyśmy się na stronie zewnętrznej – makijażu, wizerunku, ale naturalność to przede wszystkim podążanie za swoim wewnętrznym głosem, to charakter, niezależny styl, to poczucie wolności. Wolność jest modna poza wszelkimi trendami i w każdym czasie. Dla mnie wolność zawsze będzie najmodniejsza.

Gdy słyszę Twoje słowa o wolności i przypominam sobie jakie kobiety wzięły udział w projekcie LESS IS MORE, to myślę sobie, że to przeróżne sylwetki, które zajmują się różnymi rzeczami, pracują w różnych branżach, ale mają jeden wspólny mianownik: wszystkie są jakimś synonimem wolności właśnie. Podążają za swoimi wewnętrznymi potrzebami, za głosem serca i żyją w zgodzie ze sobą. Myślisz, że życie w wolności to luksus?

Tak, myślę, że wybieranie wolności i życie w wolności to pewien rodzaj luksusu. Żeby sobie pozwolić na wolność trzeba mieć w sobie dużo siły. Albo dużo szczęścia. Inaczej wygląda sytuacja kobiety z Indii, która urodziła się w najniższej kaście, a inaczej nas, siedzących sobie na kanapie w Polsce. To są zapewne różne kategorie wolności. Nie zmienia to faktu, że projekty takie jak LESS IS MORE są potrzebne pod każdą szerokością geograficzną, bo mogą być inspiracją dla innych kobiet, impulsem, która skłoni je do refleksji. Być może będą czuły się lepiej ze swoją naturalnością? Być może ta wolność, o której rozmawiamy łatwiej będzie im przychodziła? Może nie będą się wstydziły wrzucić do sieci zdjęcia bez retuszu czy filtra? 

Tak, to prawda. Nie da się przecenić tego aspektu samej kampanii, ale też samej istoty „inspiracji”. Dla mnie inspirowanie się i poszukiwanie inspiracji to jeden z najważniejszych obszarów w drodze do samorozwoju.

Tak, zdecydowanie. Dla mnie inspirowanie się to ciągłe odświeżanie siebie, przewartościowanie zastałych, zastygłych w nas warstw.

A co było Twoją inspiracją, by zająć się muzyką? Jak wyglądały poszukiwania? Byłaś dzieckiem, które doświadczyło wolności już w dzieciństwie?

Chyba tak (śmiech). Moja mama była typem rodzica, który nie narzuca dziecku swoich wizji, pozwala mu na wolne poszukiwania, podążanie za tym, co podpowiada mu jego dziecięca intuicja. A intuicja dziecka to coś absolutnie niezwykłego, taki wewnętrzny nauczyciel człowieka. Dzięki temu mogłam doświadczać swobody, chodzić nie na wyznaczone przez rodziców zajęcia, a móc wybierać je sama. Mama stworzyła mi przestrzeń, żebym mogła odkrywać siebie. I tak odkryłam muzykę.

Masz ukochanych artystów, którzy Ci towarzyszą od lat i niezmiennie pozostają inspiracją?

Moją fascynacją są artyści, którzy nie ulegają modom, a tworzą coś trwałego, ponadczasowego. Za takich uważam, żeby wymienić choć kilku: Chopina, Ewę Demarczyk, Nicka Cave’a, Kate Bush, Joni Mitchell… W latach młodzieńczych, kiedy zaczynałam pisać własne piosenki dużą inspiracją były dla mnie Tori Amos i PJ Harvey, królowe końca XX wieku. Bardzo cenię też Marianne Faithfull. Jej głos, podobnie jak Charlesa Aznavoura, jest dla mnie czymś, co można zamknąć w szkatułce i wysłać w kosmos jako jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie istnieją na naszej planecie.

Belu, bardzo dziękuję za rozmowę. W 2019 życzę wielu kosmicznych doświadczeń i podróży!