Nikogo nie dziwiło, że Mel Ferrer stracił dla niej głowę. Audrey Hepburn miała wdzięk podlotka i czar damy. Opowiadano o niej jak o zjawisku. Czemu zakochała się właśnie w nim? Przewyższała go i talentem aktorskim, i sławą. Ale widać on, inteligentny i wytworny, miał charyzmę, która ją pociągnęła. Był jak olbrzym, w którego ramionach czuła się bezpieczna. I, co w artystycznym środowisku nieczęste, był idealnym kandydatem na ojca, a ona marzyła o dziecku.

Prawdziwa księżniczka

Poznali się w Londynie, na przyjęciu. 24-letnia Audrey właśnie dostała Oscara za rolę księżniczki we wzruszających „Rzymskich wakacjach”. Wytwórnia filmowa postanowiła uczcić to bankietem, na który zaproszono wiele znakomitości artystycznego światka. Wśród nich znalazł się i Ferrer. Przyprowadził go przyjaciel, Gregory Peck, i to on przedstawił ich sobie. Zaiskrzyło między nimi od razu. – Mel miał niezwykłą jak na Amerykanina cechę: potrafił sprawić, że kobieta w jego towarzystwie kwitła – mówiono. I Audrey rzeczywiście błyszczała. Wpatrzona swoimi sarnimi oczami, słuchała, gdy opowiadał o pasjach: aktorstwie, pisarstwie i reżyserii, bo próbował wszystkiego. On grzał się w cieple jej pochwał, gdy z entuzjazmem komentowała film „Lili”, w którym zagrał życiową rolę. Następnego dnia umówili się na kolację. „Po pierwszym spotkaniu Ferrer już jej nie wypuścił, stali się nierozłączni”, pisał Donald Spoto w jej biografii „Oczarowanie”. Spacerowali po mieście, żartując i przekomarzając się jak dzieci. Mel zabierał ją do teatru. – Byłam zaskoczona, jak jesteśmy podobni – wspominała. Początkowo broniła się przed uczuciem do starszego o 12 lat aktora, który na dodatek miał żonę (drugą!) i czworo dzieci. Nadaremnie. Gdy Mel już opuszczał Londyn, bo zaczynał zdjęcia do nowego filmu, nie mogli rozstać się ze sobą. Umówili się na wspólne wystawienie sztuki w Nowym Jorku, byle tylko być razem.

Tak, chcę być żoną!

W obawie przed plotkami (romans z żonatym mógłby zaszkodzić jej karierze) wyjechali do Szwajcarii i tam wynajęli dom. Krucha Audrey odpoczywała po pracowitym sezonie, Mel dojeżdżał do niej z Rzymu, gdzie kręcił film. „Chodziliśmy na wycieczki w góry, wieczorem wyobrażaliśmy sobie, jaką stworzymy rodzinę”, pisała aktorka w listach. Płomień ich uczucia szybko stał się widoczny także dla otoczenia. Komentowano, że Hepburn szuka w dojrzałym Melu ojca, który zniknął z jej życia, gdy miała sześć lat. Dużo później przyznała: brak jego miłości prześladował ją całe życie. Zwłaszcza że i matka, holenderska baronessa, nie umiała okazywać czułości. Była wymagająca, zajęta utrzymaniem jeszcze dwóch synów z pierwszego małżeństwa. Do tego dorastanie Audrey przypadło na lata wojny. „Przypominała niedogrzane zwierzątko, które szuka źródła ciepła”, pisano. Znalazła je u Ferrera – władczego, szarmanckiego intelektualisty, pochodzącego z zamożnej lekarskiej rodziny. Ideału dopełniło to, że był zakochany. A wkrótce też rozwiedziony. – Być gwiazdą? Lubię grać, ale niczego tak nie pragnę, jak zostać żoną i matką – powiedziała Audrey w jednym z wywiadów. Pierwsza część marzenia wkrótce się spełniła. Mel uroczyście poprosił ją o rękę. Rok od poznania, w malowniczym, XIII-wiecznym, protestanckim kościele w Szwajcarii, wśród kilkorga najbliższych, powiedzieli sobie „tak”. Aktorka promieniała.

Mel Pigmalion

– Fascynujące było obserwować, jak szybko Mel przejął kontrolę nad żoną – wspominał po latach jej znajomy. To początkowo odpowiadało aktorce, której brakowało pewności siebie. Wątpiła w swój talent, mimo zachwytów krytyki, że jest na ekranie jak „powiew świeżego powietrza w upalny dzień”. Mimo uszu puszczała komplementy na temat wyglądu. Wysoka (170 cm) i szczupła (50 kg), odbiegała od modnego wówczas modelu krągłej blondynki. Kiedyś jedna z koleżanek Audrey z teatru, w którym razem tańczyły, powiedziała: – Szczyciłam się największymi cyckami w zespole, a i tak wszyscy patrzyli na dziewczynę, która w ogóle ich nie miała. – Ale Hepburn wcale nie czuła się piękna: – W dzieciństwie nikt nie podejrzewał, że zrobię karierę. Z dużymi uszami, nosem, krzywymi zębami? Dla Mela, wymagającego męża, chirurgicznie poprawiła urodę. Usunęła nawet zęby, by na ich miejsce wstawić białe i proste. Chłopięcą sylwetkę, która stała się znakiem rozpoznawczym aktorki, „pomagała” jej utrzymać anemia. I częste depresje. „Była duszkiem”, pisano. A los nie skąpił jej ciężkich przeżyć. Wkrótce po ślubie straciła upragnioną ciążę, potem kolejną. I źle znosiła coraz częstsze nieporozumienia z mężem.

Już dość

Może to czas wypłukiwał z Mela dawną fascynację, może zazdrość? Coraz częściej irytowało go dbanie żony o wygląd, jej wyskakiwanie z łóżka przed nim, by nie widział jej niedoskonałej. Oddalali się od siebie. Audrey najlepiej czuła się w pracy, otoczona fascynującymi ludźmi, którzy za nią przepadali. Z mężem rozmawiała o kontraktach, bo to on negocjował z producentami, czytał scenariusze. Czasem namawiał do ról, na które nie miała ochoty, ale były korzystne z punktu widzenia domowych finansów. Sam bolał, że jeśli dzwoniono z propozycją do niego, to w nadziei, że namówi też Audrey. – To oczywiście problem, gdy żona przyćmiewa męża – przyznawał. Jego gwiazda gasła, jej wchodziła w zenit. Na przełomie lat 50. i 60. aktorka była już ikoną stylu. Po „Śniadaniu u Tiffany’ego” naśladowały ją kobiety na całym świecie. I jeszcze kwitła. Nie było tajemnicą, że także z powodu romansów. Podczas tygodni pracy poza domem bliskości szukała u Williama Holdena (partnera z „Sabriny”) i Boba Andersona (scenarzysty „Historii zakonnicy”). Ale nie zdecydowała się opuścić Mela, bo żaden z tamtych panów nie mógł zostać ojcem. A ona marzyła o dziecku. Była najszczęśliwszą kobietą na ziemi, gdy urodziła wyczekanego syna. Odrzucała filmowe role, by nacieszyć się tą najmilszą – matki. Ze względu na malca walczyła o swoje małżeństwo. Nie udało się. Mela widywano w towarzystwie licznych przyjaciółek. Ale i ona się zakochała: w kipiącym energią, radosnym Albercie Finneyu. Radość, jaka wtedy od niej biła, zauważył nawet Mel. I choć wygasiła także ten romans, po 13 latach małżeństwa wniosła o rozwód. – Nadal nie wiem, w czym tkwił problem – powiedział wiele lat później Ferrer. Audrey nigdy nie mówiła o nim źle, lecz już nie utrzymywali kontaktów. Ponownie wyszła za mąż, za Andreę Dottiego, urodziła drugiego syna. Ukojenie znalazła dopiero w trzecim związku, z Robertem Woldersem. I w pracy na rzecz UNICEF-u. – Na coś przydaje się sława – mówiła ze swoim słynnym uśmiechem. W 1993 r. zmarła na raka jelita. Tak jak sobie życzyła, pochowano ją nieopodal kościoła, w którym brała ślub z Melem. Szczęśliwa wtedy i beztroska…