GALA: Prowokujący tytuł Pani nowego spektaklu: „Morfina”. Wie Pani, jak ten specyfik działa?

ANNA CZARTORYSKA: Tylko z teorii. Podpytałam parę osób, które przeszły przeróżne operacje w swoim życiu, ale nadal nie jestem pewna, czy potrafię sobie do końca wyobrazić, jakie to uczucie. Mówili, że to jest bardzo przyjemne, że człowiek błogo zasypia i dodawali, że po jakimś tygodniu zaczynali podpuszczać lekarza, żeby przepisał im jeszcze, jeszcze i jeszcze (śmiech). Przyznawali, że morfina rzeczywiście bardzo uzależnia. Opierałam się również na odczuciach samego Bułhakowa, który opisywał działanie morfiny jako lekki dotyk, muśnięcie w kark, błogostan, ale też wybuchy entuzjazmu. Podkreślał też, że po zażyciu morfiny ustępują wszystkie przykre odczucia. Dlatego w spektaklu działanie morfiny porównaliśmy do działania miłości.

GALA: Też na „m”.

ANNA CZARTORYSKA: ( śmiech) Równie silny narkotyk na „m”.

GALA: W latach 30. w środowisku moskiewskich pisarzy krążyło takie powiedzenie: „Pierwsza żona jest od Boga, druga od ludzi, trzecia od diabła”.

ANNA CZARTORYSKA: Jelena była właśnie „tą trzecią”. Na dodatek lekko zezowała, co było uważane za nieodłączną cechą wiedźm (śmiech). Ja, niestety, nie potrafię zezować, ale rozmawialiśmy z Waldkiem Raźniakiem, reżyserem, o tym, czy moja Jelena powinna mieć jakieś znamię, piętno. Ostatecznie nie zdecydowaliśmy się na to, ale rzeczywiście motyw paktu z diabłem pojawia się w spektaklu.

GALA: Pani ma w sobie coś diabelskiego?

Zobacz także:

ANNA CZARTORYSKA: Ja tak nie uważam, ale ten diabelski temat wokół mnie krąży. Napisałam nawet pracę magisterską o tym, że aktorstwo to pakt z diabłem. A gdy tylko obroniłam dyplom, zaczęliśmy pracę nad „Morfiną”, do której włączyliśmy piosenkę pt. „Czarne perfumy”, którą znalazłam jakiś czas temu, zbierając materiały do mojej pracy.

GALA: Pani ulubiony wers?

ANNA CZARTORYSKA: (Ania nuci) „Pan unosi brew, pan apetyt ma na krew, bardzo proszę – podpis mój. Jasna rzecz, gra jest o skórę, nie o strój”.

GALA: Podobno zaraz po oświadczynach Bułhakow poprosił ją, żeby nigdy nie oddała go do szpitala. „Przysięgnij, że będę umierał na twoich rękach” – miał powiedzieć. Wiedział, że umrze – podobnie jak jego ojciec – w wieku 48 lat, na nieuleczalną wówczas nerczycę.

ANNA CZARTORYSKA: Wiedział, że będzie odchodził w straszliwych cierpieniach. I tak się stało, umierał powoli, w ogromnym bólu, tracąc co jakiś czas na zmianę wzrok i mowę. Jelena z kolei wiedziała, że wiążąc się z nim, będzie musiała zmierzyć się z jego śmiercią i ją przetrwać, żeby móc walczyć potem o wydanie jego dzieł. To była niesamowita kobieta. Kiedy się poznali, była żoną generała, miała dwoje dzieci, dlatego bardzo długo starała się stłumić uczucie do Bułhakowa. Pisze w pamiętnikach, że przez 20 miesięcy nie wychodziła z domu! Przy czym, kiedy wyszła z domu pierwszy raz, spotkała właśnie jego i usłyszała: „Nie mogę bez ciebie żyć”. „Ja także” – powiedziała. Ta miłość wisiała nad nimi, po prostu była nieuchronna.

GALA: Napisała też: „Życie bez Bułhakowa nie miałoby dla mnie ani sensu, ani usprawiedliwienia”.

ANNA CZARTORYSKA: Myślę, że była bardzo odważną kobietą. W tamtych czasach nie było tak łatwo żyć pod prąd, zostawić męża, dziecko (tylko jedno z dwojga wzięła ze sobą) i zacząć budować życie po swojemu, z człowiekiem, którego po- kochała jako dojrzała kobieta. Ona wzięła pełną odpowiedzialność za tę miłość, trwała przy Bułhakowie w jego chorobie, w biedzie, w trudnym życiu w stalinowskim reżimie. Po jego śmierci spotykała się z nim w snach. Opisała je w swoim dzienniku. Moja opowieść zaczyna się wieczorem, kończy o świcie. Powstał taki „nocny” spektakl.

GALA: Pani ulubiona część nocy?

ANNA CZARTORYSKA: Nie wiem, co się dzieje w nocy, kiedy śpię... (śmiech). Jestem raczej sową niż skowronkiem. Uwielbiam siedzieć po nocy, ale nie lubię tego stanu, kiedy nie mogę zasnąć.

GALA: Ma Pani skuteczną metodę?

ANNA CZARTORYSKA: Staram się liczyć owce, ale zawsze mi w końcu uciekają, mam chyba zbyt bujną wyobraźnię (śmiech). Ktoś mi mówił, że odmawianie pacierzy świetnie działa przed zaśnięciem, ale moje myśli zawsze galopują w inną stronę. Staram się więc nie myśleć o tym, o czym myślę (śmiech), albo czytać książki, pisać pamiętniki. Wiem już, że rozmowy z kimś bliskim nie skutkują, bo za bardzo mnie nakręcają... Zazwyczaj czekam, aż sen sam w końcu nadejdzie. A potem rano jestem okropna (śmiech)

GALA: Śliczna, młoda, pełna żywiołowej pasji, a zagrała Pani doświadczoną przez życie, dojrzałą kobietę. I to zagrała dobrze.

 

ANNA CZARTORYSKA: Nie starałam się grać ani starszej, ani mądrzejszej, niż jestem. Ani też bardziej doświadczonej. Myślę, że ta historia jest przede wszystkim opowieścią o miłości. O miłości, której się nie spodziewamy, która może przyjść na każdym etapie naszego życia. Prawdopodobnie Jelena przeżywała to inaczej niż ja, była przecież ode mnie starsza, miała dzieci, żyła w innych czasach, ale starałam się opowiedzieć tę historię tak, jak potrafię najlepiej, swoją wrażliwością, swoimi doświadczeniami. Najwspanialsze jest to, że tak samo moja Mama i moja Babcia są poruszone tą historią, jak przyjaciółki w moim wieku i dziewczyny dziesięć lat ode mnie młodsze. Miłość jest czymś, czego każdy z nas dotknął chociaż raz w życiu, dlatego wydaje mi się, że każdy jest w stanie się z tą historią zidentyfikować.

GALA: Myśli Pani, że dzisiaj miłość stała się łatwiejsza w obsłudze?

ANNA CZARTORYSKA: My się dzisiaj chyba borykamy z innym problemem – że dużo łatwiej z miłości rezygnujemy. Kiedy Jelena zakochała się w Bułhakowie, najpierw przez półtora roku próbowała walczyć o swoje małżeństwo. Kiedy się nie udało, postanowiła zawalczyć o nową miłość, która okazała się być prawdziwym, silnym, dojrzałym uczuciem. My mamy większą łatwość zamykania jednego etapu, otwierania kolejnego. Jeśli mamy z czymś problem, coś nam nie wychodzi od razu, jest trudne do osiągnięcia, wymaga wysiłku, to natychmiast rezygnujemy.

GALA: Czuje się Pani zdolna do wyrzeczeń?

ANNA CZARTORYSKA: Oczywiście powiem – TAK, popijając dużą szklankę pysznej gorącej czekolady (śmiech). Ale nie wiem, czy naprawdę jestem.

GALA: Jaka jest Pani definicja miłości?

ANNA CZARTORYSKA: Słyszałam różne. Ostatnio, że miłość to „chęć oddania się w pełni drugiemu człowiekowi”. Nie wiem jednak, czy to jest JEDNA z definicji, czy to jest TA definicja? Myślę, że miłość to jest coś ulotnego, nienazywalnego. To się dzieje. Od nas zależy, czy potrafimy ją poczuć, dostrzec i przeżyć.

GALA: Ledwo Pani skończyła szkoły, a tu już wyłania się widmo trzydziestki na horyzoncie. Przeraża to Panią?

ANNA CZARTORYSKA: Ja się cieszę z tego, że jestem coraz starsza, naprawdę. Miałam cudowne dzieciństwo, liceum, wspaniałą szkołę teatralną, wszystko było super, nie miałam w życiu takiego czasu, że było źle. Ale jestem szczęśliwa, że już nie muszę chodzić do żadnej szkoły, że nikt mi nie mówi, co mam robić, jestem niezależna i całymi dniami zajmuję się tym, co lubię najbardziej. Mam wolność wyboru, która dla niektórych może jest przekleństwem, ale ponieważ ja doskonale wiem, co mnie interesuje, co chcę robić, to mnie ta wolność tylko cieszy.

GALA:A co Pani chce robić?

ANNA CZARTORYSKA: Grać, grać, grać...(śmiech).

GALA: Gdzie miejsce na życie?

ANNA CZARTORYSKA: Nie zawsze mam tyle pracy, więc wtedy sobie żyję.

GALA: Najważniejsza dla Pani kobieta?

ANNA CZARTORYSKA: Dla mnie zawsze idolką była moja Mama, od dziecka. Wydaje mi się, że to właśnie ona zbudowała moje widzenie kobiety, kobiecości. Jestem z nią bardzo blisko. Zawsze ją podziwiałam. Jak byłam małą dziewczynką, Mama była dla mnie najpiękniejsza na świecie. Podziwiam jej mądrość, stosunek do świata, sposób, w jaki potrafi zjednywać sobie ludzi, jak się uśmiecha, jak jest otwarta na poglądy innych, ciekawa świata, czujna. Imponuje mi tym, jaka jest silna. W ogóle kobiety, które spotykałam w życiu prywatnym, robiły na mnie większe wrażenie niż postaci z książek. Chociaż kiedy książka jest gruba i długo ją czytam, to zaczynam świat widzieć oczami bohaterki.

GALA: Co czytała Pani ostatnio?

ANNA CZARTORYSKA: Biografię Doris Lessing, pisarki, laureatki Nagrody Nobla. Wiele lat żyła w Rodezji Południowej, ale jej rodzice pochodzili z Anglii, mama z konserwatywnej rodziny. Ona jako dziewczynka wychowała się w dżungli, gdzie jej ojciec w latach 20. pojechał zakładać wielką farmę kukurydzy. Komunistka, feministka, kobieta niesamowicie niezależna, fantastyczna pisarka. Rzeczywiście przepiękna jest ta biografia, choć najbardziej podobała mi się pierwsza część – opis świata widzianego oczami dziewczynki i niewiarygodne losy jej rodziny. Pod koniec drugiego tomu, gdzie jest już dorosłą kobietą, tak krytycznie do wszystkiego podchodzi, tak wszystko źle ocenia, że czytając to, chodziłam cały czas struta. Zupełnie jak ona: to mi się nie podoba, tamto jest głupie, to złe... (śmiech). Takie zbuntowane kobiety zmieniały świat, ale ja w końcu rzuciłam tę książkę w kąt, bo jej negatywny ton był dla mnie zaraźliwy.

GALA: Ważna uwaga, jaką usłyszała Pani od mamy?

ANNA CZARTORYSKA: Mama często mówi, że w moim wieku wydaje się, że wszystko już będzie tak, jak jest. Myślimy, że możemy przewidzieć swoją przyszłość, wpadamy w panikę, że życie się właściwie kończy, więc chcemy spełnić wszystkie marzenia tu i teraz (śmiech)! A prawda jest taka, że za każdym rogiem kryje się zaczajona na nas niespodzianka i nigdy nie wiadomo, kiedy nasze życie wywróci się do góry nogami. To, co dziś jest dla mnie ważne i wydaje się pewną bazą mojego świata, za dwa dni może lec w gruzach. Może się zdarzyć, że za dwa lata będę miała zupełnie nową bazę, dużo trwalszą, solidniejszą, choć zbudowaną na tych zgliszczach.