Agnieszka Włodarczyk po raz pierwszy od lat nie jest związana z żadnym mężczyzną. Na początku było jej trudno się odnaleźć w tej sytuacji, ale teraz odkrywa coraz więcej zalet życia w pojedynkę.

Zrobiłaś noworoczne postanowienia?

AGNIESZKA WŁODARCZYK: No jasne! W 2017 r. wchodzę młodsza duchem (śmiech). I weselsza. Kilka dni temu skończyłam 36 lat. Żartuję, że to moja druga osiemnastka. Złapałam wiatr w żagle, mam siłę do działania i wiem, czego chcę, a już na pewno – czego nie chcę. Być może 36 lat dla kobiety to jak czterdziestka u faceta?

 Kto wie? A czego teraz chcesz od życia?

 Mam taką zasadę, że nie mówię o swoich marzeniach, bo się wtedy nie spełniają. Kiedyś wszystko planowałam na kilka lat naprzód, a potem finał wyglądał inaczej. Niedawno nauczyłam się, by żyć tu i teraz, czerpiąc z tego radość. Szkoda, że dopiero tak późno to zrozumiałam.

Wciąż jednak jesteś bardzo konsekwentna i umiesz dążyć do wyznaczonego celu. Udowodniłaś to w programie „Azja Express”.

Podejmując się jakiegoś zadania, wykonuję je na 100 procent. Do Azji pojechałam nie tylko po to, by sprawdzić, czy dam sobie radę w ekstremalnych warunkach, ale też aby dobrze się bawić. Lubię wyzwania, potrzebuję w życiu adrenaliny, a ten program zapewnił mi jej porządny zastrzyk. Mam wrażenie, że dzięki „Azji...” ludzie po raz pierwszy mieli szansę zobaczyć prawdziwą Agnieszkę, a nie tę wymyśloną przez osoby, które nawet mnie nie znają. Zawsze byłam niewolniczką jakiegoś medialnego wizerunku. Albo bohaterki „Sary”, którą zagrałam 20 lat temu, albo kobiety ocenianej przez pryzmat kolejnych, nie zawsze prawdziwych, sensacyjnych doniesień.

2016 r. był ważnym rokiem w Twoim życiu?

Tak, z wielu powodów. Musiałam zamknąć jeden etap w życiu [mowa o związku z aktorem Mikołajem Krawczykiem, z którym A.W. się rozstała – przyp. red.] i otworzyć kolejny pod tytułem: „singielka”. To okazało się jeszcze trudniejsze, bo dotychczas zawsze byłam w związkach. Poza tym wzięłam udział w programie „Azja Express”. Dzięki niemu odcięłam się od tego, co działo się w moim życiu prywatnym. Mogłam na chwilę uciec i spojrzeć na wszystkie problemy z dystansu. Przemyślałam wiele spraw dotyczących relacji z mężczyznami – teraz staram się być przede wszystkim szczęśliwa sama ze sobą.

Ale dzięki „Azji...” nadal byłaś bohaterką kolorowych magazynów. Jak czujesz się w roli gwiazdy, której nazwisko nie schodzi z pierwszych stron gazet?

Ten program był przełomowy dla polskiej telewizji. Pokazał, jak osoby powszechnie znane radzą sobie w ekstremalnych warunkach. Stres i brak snu wywoływały duże emocje, na czym przede wszystkim skupiano się w mediach.

Zastanawiałaś się, jak ludzie będą Cię odbierać po tym programie?

 Jestem poddawana ocenie, odkąd zagrałam w filmie „Sara”. Przyzwyczaiłam się do obecności w mediach, to część mojej pracy. Kiedyś zupełnie inaczej do tego podchodziłam, bo życie na świeczniku mnie kręciło. Jako 17-latka trochę zachłysnęłam się popularnością i czułam się gwiazdą (śmiech). Ale jak miałam się czuć, kiedy wszyscy mi powtarzali, że nią jestem? Uwierzyłam w to. Cieszyłam się, że gazety o mnie piszą, a ludzie na ulicy proszą o autograf.

I byłaś przekonana, że popularność to tylko przywileje.

Tak! Zagraniczne wyjazdy, najlepsze imprezy, błysk fleszy... Teraz mam zupełnie inne podejście do tzw. sławy. Bardzo nie lubię tego słowa. W mediach udzielam się rzadko, bywanie na przyjęciach traktuję jako część mojej pracy, ale staram się je ograniczać. Oczywiście, miło jest spotkać wtedy znajomych. Męczy mnie jednak przygotowywanie się do tych wyjść: wieczorowe suknie, wyszukane stylizacje, szpilki, make-up i nienaganna fryzura.

Wolisz wygodę?

Widzisz, że przyszłam ubrana na nasz wywiad w dres, sportową bluzę, wełniane skarpety i bez makijażu. Jak każda kobieta lubię dobrze wyglądać, ale tylko wtedy, gdy sama tego chcę, a nie – kiedy muszę. To dotyczy także innych sfer mojego życia.

Przejmujesz się tym, co o Tobie piszą?

 Czym się mam przejmować? Historiami niemającymi nic wspólnego z prawdą? Materiałami, w których wymyśleni „bliscy znajomi” zdradzają moje sekrety? Jedyne, co mnie irytuje, to agresja w stosunku do moich bliskich i oszczerstwa wobec mnie.

Wtedy walczysz?

Nie pozwolę obrażać ludzi, których kocham. Poszłabym za nimi w ogień! Wkurza mnie, gdy ktoś bezkarnie wyżywa się w internecie, bo miał ciężki dzień. Gdy zaczynałam pracę, nie było tylu plotkarskich portali. Teraz każdy może w sieci anonimowo wyrazić opinię na czyjś temat. A im pikantniejszy nagłówek, tym lepiej się klika i goręcej komentuje... Zresztą nie skupiajmy się tylko na hejterach, bo jak śpiewał Czesław Niemen: „Ludzi dobrej woli jest więcej”.

W takim razie porozmawiajmy o miłości. Masz za sobą trzy związki. Co one Ci dały?

Trzy historie, które rozegrały się na różnych etapach mojego życia. Pierwszy związek trwał pięć lat. To była moja pierwsza miłość – jak każda nastolatka myślałam, że na zawsze. Dopiero z wiekiem zaczynamy chyba zauważać, na czym nam zależy w życiu. Druga miłość: ja – mądrzejsza o doświadczenia, i on – mężczyzna, który początkowo nie zrobił na mnie wrażenia, ale z czasem zaczął intrygować. Spędziliśmy ze sobą dziewięć wspaniałych lat, ale w pewnym momencie podjęliśmy decyzję, że lepiej nam będzie obok siebie, a nie razem. Ostatni związek, czteroletni, to czas, gdy zaczęłam się przygotowywać do założenia rodziny, ale nie wyszło...

Co będzie dalej?

Nie wiem. Kiedy się zakochuję, poddaję się uczuciu w pełni. Nie jestem typem osoby, która skacze z kwiatka na kwiatek.

Dlaczego nigdy nie zdecydowałaś się na małżeństwo?

 jednej strony kościół, przysięga, obrączki i magiczne: „Będę z tobą aż do śmierci” to trochę przerażające! Z drugiej – życie w związku mi odpowiada. Pewnie dlatego po ostatnim rozstaniu z trudem zaakceptowałam, że zostałam sama. Czułam pustkę. Brakowało mi tego, do czego byłam przyzwyczajona: bliskiej osoby dzielącej ze mną dobre i złe chwile, do której mogłabym się przytulić i przy niej zasnąć, która po prostu jest i akceptuje mnie w pełni. Teraz uczę się życia w pojedynkę. I uwierz, że odkrywam coraz więcej jego zalet.

Naprawdę? A co fajnego jest w byciu singielką?

Mam dla siebie więcej czasu (śmiech). Przestałam uzależniać swoje plany od osoby, z którą jestem. Mogę być sama dla siebie, co – jak się okazuje – jest wartością. Poza tym czuję się... wolna!

Jak korzystasz z tej wolności?

W zasadzie podobnie jak wtedy, kiedy byłam w związku (śmiech). Nadal większość czasu spędzam w domu: gotuję, zajmuję się zwierzętami. Staram się więcej podróżować niż kiedyś, chociaż to trudne, gdy ma się dwa psy i dwa koty. Częściej widuję się z bliskimi. Lubię, kiedy wpadają do mnie na kolację, noc filmową czy tak po prostu, posiedzieć, porozmawiać, a nawet razem pomilczeć. Jestem dla nich, a oni dla mnie – to wspaniałe uczucie.

Nie boisz się, że się zasiedzisz w domu?

Od lat mam to samo grono zaufanych przyjaciół, ale jestem otwarta na nowych ludzi, miejsca, spontaniczne wypady na miasto, do kina. Przez ostatni rok nic mnie nie interesowało i na nic nie miałam ochoty. Najchętniej zaszyłabym się w domu. Musiałam przeżyć żałobę po związku, który miał być na zawsze, a okazał się perfekcyjną iluzją.

Czego dowiedziałaś się o sobie dzięki mężczyznom, z którymi byłaś?

Tego, że warto być zdrową egoistką, słuchać siebie i swoich potrzeb.

W związku nie powinniśmy rezygnować z naszych pragnień, by zadowolić partnera. Na pewno musimy mieć swoje życie, a nie tylko to wspólne. Zakochując się, nie można zapominać o bliskich, bo to oni pomagają ci się podnieść po ewentualnej porażce. Bez nich człowiek zostaje sam. Nauczyłam się też wybaczać... To chyba najważniejsza lekcja, jaką odrobiłam.

Niedawno wrzuciłaś na Instagram zdjęcie swojego pierwszego chłopaka z podpisem: „9 lat razem. Wspólny wieczór z eks, jego dziewczyną i eksszwagierką”. Musicie mieć naprawdę dobrą relację...

Tak, i cieszę się, że nie zakończyła się ona wraz z rozpadem związku. Wciąż trwa, na innych zasadach, ale jest. Oczywiście, wymagało to czasu, zrozumienia i zaangażowania każdej ze stron. Na szczęście się udało. Łączą nas piękne wspomnienia, i o tym staram się pamiętać.

Teraz, wchodząc w kolejne związki, będziesz ostrożniejsza?

Jestem bogatsza w doświadczenia, więc na pewno będę podchodzić do nowych relacji z większym dystansem. Rozstania są bolesne, nie chciałabym po raz kolejny dostać po tyłku. I nieważne, kto kogo zostawia – nawet jeśli sam podjąłeś taką decyzję i uważasz, że jest ona przemyślana, cierpisz.

W Polsce wciąż panuje stereotyp, że samotna kobieta po trzydziestce....

...to nieszczęśliwa stara panna? Jest coraz więcej samotnych kobiet, bo trudno znaleźć faceta, który będzie jednocześnie drugą połówką i fajnym przyjacielem. Dla mnie przyjaźń w związku to podstawa.

Miałaś ułożone życie, a teraz musisz zaczynać od początku. Nie czujesz presji?

Życie nie zawsze przynosi nam to, czego chcemy. Zmiany nie są złe, wszystko zależy od nastawienia. Jedyne, czego nie dam sobie odebrać na początku nowej relacji, to wolność. Bez tego nie będę w stanie stworzyć związku, na którym mi zależy.

Czyli bycie matką i żoną w ogóle Cię nie kręci?

Wiesz, miałam kilka faz związanych z posiadaniem dziecka. Nie zdecydowałam się na nie, bo nie zrobiłabym tego tylko dla siebie. Chyba jeszcze nie trafiłam na odpowiedniego kandydata (śmiech).

Nie wykluczasz, że jeśli taki facet się pojawi....

Tak zupełnie serio – chyba trochę boję się być matką.

Nie wyglądasz na kobietę, która się czegoś boi.

Takie są numerologiczne siódemki – twarde i zagadkowe na zewnątrz, a w środku kruche, wrażliwe. Mocno stąpam po ziemi, życie nauczyło mnie, by nie ulegać słabościom. W wieku 18 lat wyprowadziłam się z domu, musiałam zarabiać na swoje utrzymanie. Nie dostałam od losu niczego w prezencie.

Miałaś trudne dzieciństwo?

Od dziecka byłam buntowniczką i lubiłam stawiać na swoim. Również w relacjach z mamą wykazywałam się stanowczością – ona niczego mi nie zabraniała, bo wiedziała, że to nie ma sensu.

Jaki był dom, w którym się wychowywałaś?

To była typowa rodzina patchworkowa. Rodzice się rozwiedli, gdy miałam dwa lata. Mama po raz drugi wyszła za mąż i urodziła mojego brata. Od szóstego do 18. roku życia mieszkałam z nimi i z ojczymem w pięknym, dużym domu pod Warszawą. Byłam bardzo związana z mamą i z bratem. Relacja z ojczymem nie należała do łatwych – nie potrafiłam pokochać go tak, jak kochałam swojego prawdziwego ojca.

To przez niego uciekłaś z domu?

Wiesz... W pewnym momencie po prostu poczułam, że muszę odejść. Spakowałam plecak i przeprowadziłam się na swoje.

Przez lata dużo mówiło się o Twojej nie najlepszej relacji z mamą. Jak jest dzisiaj?

Charakterek odziedziczyłam po niej (śmiech). Chociaż pod wieloma względami się różnimy, jesteśmy do siebie podobne. Wiem, że to moja mama, moja krew i nikt tak jak ona nie będzie mnie kochać bezwarunkowo. Musiałyśmy się pogodzić z tym, jakie jesteśmy. Ani mama nie zmieni mnie, ani ja jej.

To prawda, że za wszelką cenę chciała, byś została aktorką?

Za wszelką cenę? Nigdy w życiu.

Rodzice są od tego, by mobilizować dzieci do działania, i tak było z moją mamą. To ona nauczyła mnie życia na własny rachunek. Powtarzała, że muszę być niezależna od mężczyzn. Udało się i jestem jej wdzięczna.

Przyjaźnicie się?

Trudno jednym słowem opisać relację między dzieckiem a rodzicem. Kocham mamę i zrobię dla niej wszystko. Cieszę się jej szczęściem. Od jakiegoś czasu jest w nowym związku. Większość czasu spędza we Włoszech, skąd pochodzi jej partner, dzięki czemu mamy szansę za sobą zatęsknić. Z wiekiem zaczynamy doceniać rodziców.

A brat?

Chociaż jest ode mnie dziesięć lat młodszy, świetnie się dogadujemy. Po rozstaniu z Mikołajem zbliżyliśmy się do siebie. Robert stanął na wysokości zadania – pocieszał mnie, wyciągał z domu na jogging, siłownię czy do kina. Zaczęliśmy chodzić też na imprezy. Dzięki temu mam wielu znajomych w jego wieku (śmiech). Robert przejął funkcję głowy rodziny – możemy z mamą na niego liczyć.

Nie utrzymujesz kontaktu z ojcem?

Utrzymuję, ale mieszka w Czechach, dlatego nie widujemy się często.

Mama wtrąca się w Twoje życie?

Stara się, ale doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ostateczną decyzję podejmę sama. Czasem się na nią wkurzam, choć liczę się z jej zdaniem.

Kiedy kupiłaś swoje pierwsze mieszkanie?

W wieku 21 lat. Czułam dumę, że jako młoda dziewczyna mogłam kupić je za własne, ciężko zarobione pieniądze. To była rudera na warszawskich Włochach. Mieszkanie pod numerem 13, które wyremontowałam i sprzedałam, zarabiając na nim trzykrotnie. Potem kupiłam segment, a dwa lata temu –bliźniak.

I mieszkasz w nim sama...

Kupując ten dom, myślałam o miejscu skrojonym pod rodzinę. Wszystko, od początku do końca, zaprojektowałam sama: piękny salon z kominkiem, małe studio nagraniowe, pokój dla dzieci... Jest dokładnie taki, jak sobie wymarzyłam. Może nie idealny, ale mój.

To miejsce musi przywoływać wspomnienia. Jak sobie z tym radzisz?

Na początku było mi trudno. Ale skoro powiedziałam „A”, musiałam powiedzieć też „B”. Domu nie kupuje się raz w roku. Dlatego teraz, kiedy mama proponuje, żebym została u niej na noc, mówię: „Mamo, kupiłam dom i muszę się nauczyć w nim żyć sama. Nie mogę cały czas uciekać”.

Przed czym uciekać? Przed wspomnieniami?

Nie, chodziło o to, że bałam się być tam sama. Zawsze przecież mieszkałam z kimś.

Nie brakuje w tym domu męskiej ręki?

Czasami brakuje, szczególnie przy prozaicznych sprawach, takich jak naprawa baterii w umywalce, wymiana filtrów do wody... Po raz pierwszy w życiu muszę się zajmować czymś, na czym się nie znam. Szczęśliwie mam wspaniałych sąsiadów – wspierają mnie, kiedy pojawiają się jakieś problemy.

Mówiłaś, że 36 lat to Twoja druga osiemnastka. Zdarza Ci się jeszcze, tak jak wtedy, czasami czuć się lepsza od innych?

Dzisiaj już nie. Kiedyś miałam roszczeniową postawę, ale mi przeszło.

Na czym polegało to bycie supergwiazdą?

Z wiekiem się orientujemy, że wszystko, co osiągnęliśmy, to nie tylko zasługa nas samych i pracy, którą wykonaliśmy, ale również kredyt zaufania, którym ktoś nas obdarzył. Kiedyś tego nie dostrzegałam...

Wstydzisz się tego teraz?

Już nie. Wiem, że jestem dobrym człowiekiem. Nikt mi tego nie odbierze.