Co Pani zamawia?

Nie wiem, może jakiegoś shake’a... O, jest truskawka z rabarbarem.

A nie melisę?

Melisę?... Nie. Jestem spokojna.

Naprawdę? Bo dużo się dzieje...

No, dużo się dzieje. Faktycznie... (Agnieszka Szulim spuszcza wzrok)

No to co się dzieje?

Zobacz także:

Tak, wiem, co chciałby Pan usłyszeć...

Dzieje się sporo zawodowo. Jesienne ramówki TVN i TVN Style za chwilę ruszają. Zaczyna się bardzo intensywny czas.

Sparzyła Pani język?

Nie, dlaczego?

Bo przeszła Pani na drugą stronę – w programie „Na językach” ocenia Pani show-biznes, śledzi plotki o gwiazdach – swoich kolegach. W końcu mógł ktoś nie wytrzymać i powiedzieć, co o Pani myśli, albo wykasować Panią z pamięci, nie tylko telefonu, bo się obraził.

Tak, przeszłam na drugą stronę. Jeśli sparzyłam język, to wyłącznie ze swojego powodu, bo jestem już zmęczona bzdurami, jakie o sobie czytam. W tym kontekście mogę mieć sparzony język. Nie chce mi się odkręcać, prostować i wyjaśniać doniesień, które są nieprawdziwe.

Nie miała Pani obaw, że współtworzy i prowadzi program, który z zasady jest tabloidowy? Jego studio mieściło się w newsroomie „Faktu”, gazety, której większość kolegów z Pani branży nie toleruje i ma z nią procesy. Że firmuje Pani swoim nazwiskiem tego typu styl, sposób przedstawiania rzeczywistości, jaką proponuje tabloid.

Wszystkie media się dzisiaj tabloidyzują: prasa, internet, telewizja, radio. Proszę mi zresztą powiedzieć, czym się różnią dziennikarze na przykład portali internetowych czy kolorowych magazynów od dziennikarzy tabloidów? Wszyscy jesteśmy, bo siebie też widzę w tym towarzystwie, równie wścibscy. Takie czasy.

Koledzy, przyjaciele nie czuli się zdradzeni? „Agnieszko, nie spodziewałem się, że wejdziesz w coś takiego!”. Jak to komentowali?

Wręcz przeciwnie, koledzy mówili raczej: „Wchodź w to, rób, ale z głową”. I ja starałam się o tym pamiętać. Lubię wyzwania i uważam, że czasem warto zaryzykować.

I nikt Pani nie pytał: „Jesteś pewna, że właśnie tak chcesz pracować i to robić?”. Pani musiała siebie samą również o to pytać, bo przez ten program sporo było i jest do stracenia.

Te pytania pojawiały się przed rozpoczęciem produkcji, kiedy pracowaliśmy nad formułą, ten program się tworzył. Po pierwszym sezonie „Na językach” nie mam wątpliwości, że to była dobra decyzja. W tej chwili jest to najważniejszy program o show-biznesie w naszym kraju. Jest wielka grupa tych, których pozytywnie zaskoczył, słyszę dużo miłych słów. Spodziewali się gilotyny, szubienicy...

...że Szulim będzie wywlekać cudze brudy i prać je na wizji.

A my od początku zakładaliśmy, że chcemy zajrzeć za kulisy show-biznesu i opowiedzieć o jego mechanizmach, komentować to, co się dzieje. I to nam się – tak sądzę – udało. A że czasem lubimy być złośliwi?... Kto nie lubi? (śmiech) 

Jest spora grupa tych, którzy również byli złośliwi i dostali za to po łapkach od bezlitosnego środowiska. Prawie skazano ich na towarzyską banicję, jak w swoim czasie krytykującą „wszystko, co się rusza” Karolinę Korwin-Piotrowską czy Dorotę Wróblewską. A Pani się już tyle razy upiekło. Może te blond włosy i niebieskie oczy tak działają?... „Przecież to taka miła, nieszkodliwa blondynka”, która miło wali między oczy.

Ja wcale nie walę miło. (śmiech) Po pierwsze, nie mam pojęcia, czy coś mi się upiekło. Po drugie, znam Karolinę i Dorotę i nie zauważyłam, żeby narzekały na swój los. Drobna różnica między nami polega na tym, że ja show-biznes nie tylko opisuję, komentuję, ale również sama jestem jego ofiarą.

I beneficjentką.

Tak. Tkwię w środku tego całego bałaganu. Też dostaję po uszach i dzięki temu wiem, jak to smakuje. Jest jeszcze coś: nie mam oporów, żeby w moim programie śmiać się z samej siebie. Nie uciekam przed sytuacjami, w których pokazuję własne słabości. Uważam, że tak jest uczciwie. Kiedy nagrywaliśmy odcinek o operacjach plastycznych, nie udawałam świętej. Kiedy wpadliśmy na pomysł, żeby sprawdzić, czy z beztalencia da się zrobić piosenkarkę, zgłosiłam się na ochotnika, bo śpiewam najgorzej na świecie. Pokazałam się bez makijażu. Nie wiem jeszcze, co wymyślę w tym sezonie... Lubię pielęgnować w sobie dystans do świata, siebie i show-biznesu, bo to daje moc.

Może program „Na językach” w Pani przypadku odgrywał rolę terapeutyczną, nawet podświadomie? Bo się Pani z tym całym „brudem za paznokciami” oswoiła przez te kilka miesięcy mówienia o nim. I teraz łatwiej przyjmować ciosy. 

Ale na to, o czym pan mówi, trzeba się zwyczajnie uodpornić. Terapia nie pomoże. Nie traktowałam „Na językach” w ten sposób. Na dobrą sprawę dzisiaj wszyscy zajmują się celebrytami i show-biznesem, także programy publicystyczne, informacyjne. Na takie tematy jest popyt, a my mamy o czym opowiadać, bo polski show-biznes cały czas się zmienia i rozwija. Chociaż powiedzmy sobie otwarcie, że czasy, w których żyjemy, lekkie dla celebrytów nie są. Przecież jeszcze 10–15 lat temu nasi starsi koledzy, którzy pracowali w telewizji, mieli kompletnie inne życie niż my obecnie. Sielanka, bez tabloidów, portali plotkarskich i internetowych hejterów. O wszystkich pisano wyłącznie dobrze, aż trudno w to dzisiaj uwierzyć. Być może dzięki programowi „Na językach” łatwiej mi przyjąć do wiadomości pewne zjawiska oraz zachowania. Pamiętam, jak przygotowywaliśmy odcinek o paparazzi. Poznałam paru. Normalne, fajne chłopaki. Ale rozumiem, że potrafią też zatruć życie. Taką mają robotę...

Wtargnąć na salę porodową, na pogrzeb...

Są wśród nich różni ludzie. Jak wszędzie. „Na językach” pozwolił mi zaakceptować więcej zjawisk, które mnie samej dotyczą – paparazzi, plotki, bzdury na mój temat, komentarze w sieci, niechciane zdjęcia, trudne pytania...

 

Akceptować czy dawać na nie przyzwolenie?

Akceptować. Wiem, jak to działa, bo rozbieramy te tematy na czynniki pierwsze. Nie mam ochoty walczyć, bo nie warto. Nie chce mi się iść na wojnę z..., dementować plotek, spierać z kimś. Prościej jest olać, to moja metoda. Na razie całkiem nieźle się sprawdza.

Nie ma Pani żadnego procesu? Nie dawała na swój temat sprostowania do gazety?

Nie. Chociaż wiosną był już taki moment kryzysowy, kiedy poważnie myślałam, czy jednak nie zadzwonić do prawnika. Kiedy przeczytałam w jednym tylko artykule cztery poważne kłamstwa na swój temat. Naprawdę krzywdzące. Tekst zaczynał się od zdania: „Agnieszka Szulim wyrzucona z TVP...”, a nikt mnie nie wyrzucał z tej firmy. Ale odpuściłam, wolę w tym czasie robić swoje. 

Może jest Pani za słaba, żeby walczyć?

Nie sądzę. Jak powiedziałam, wolę tę energię spożytkować na coś innego. Jeśli ktoś decyduje się na bycie częścią show-biznesu, to musi wiedzieć, że cena sławy rośnie w zatrważającym tempie. Chociaż rozumiem i szanuję też tych, którzy decydują się walczyć o swoje dobre imię. Czasem trzeba.

Lepiej być z mediami niż przeciwko nim? Tak jak Pani – jest z nimi, z nami... Ma ich za sobą. Bardziej opłaca się umawiać na ustawki...

À propos. Dzisiaj w „Super Expresie” widziałam przepiękne zdjęcie Jarosława Kreta bawiącego się z synem w piaskownicy. Przypadek? Nie sądzę. (śmiech)

Ile razy Pani zgrzeszyła ustawką?

Mnie trudno namówić na ustawkę, ale parę razy się zdarzyło, dawno temu. Nie jestem święta.

I więcej grzechów Pani nie pamięta? Czy nie popełnia?

Litości! Teraz mam raczej odwrotny problem i nawet nie mogę się wkurzać, bo sama w tym siedzę po uszy. Pewnie, że wolałabym, żeby było o mnie mniej w kontekście prywatnym, bo jest to kłopot, a więcej w zawodowym, ale jestem realistką, tak się nie da. Kiedy będę miała dość, to zmienię pracę. Rozumiem też, że dla wielu może to być rodzaj uzależnienia, ciągłe zainteresowanie...

Jest taka choroba.

...ciężko musi być niektórym, kiedy znikają z łamów. Media już nie dzwonią, nie piszą, nie pytają.

Wiem o takich, którzy boją się wyjechać z Warszawy na dłużej niż dwa dni, bo twierdzą, że wszystko im umknie i stracą za dużo...

Są tacy.

To mnie przeraża. 

Mnie raczej bawi. Ale też uczy, żeby się w tym nie zatracić, nie oderwać od rzeczywistości, bo upadek może być bardzo bolesny, a powrót na szczyt już raczej niemożliwy. Widzieliśmy to na przykładzie Michała Wiśniewskiego, który wiele razy próbował reaktywować swoją karierę. Bez skutku. Warto chyba pamiętać o tym, że nic nie trwa wiecznie, a już wyjątkowo ulotna jest nagła popularność. Jeśli ktoś nie potrafi żyć bez kamer i fleszy, to ma problem.

A dlaczego ujawnia Pani swoje prywatne życie w internecie: wakacje z rodzicami w Grecji, obecność na koncercie Depeche Mode z przyjaciółmi – Nergalem i Maciejem Żakowskim, zdjęcia w wersji bez makijażu... No a potem się Pani dziwi, że piszą i piszą... Pani Agnieszko, albo-albo. To nie hipokryzja?

Ale ja się nie dziwię. Instagram i Facebook traktuję jak nowoczesne narzędzia komunikacji. To po pierwsze. Bardzo je zresztą lubię, więc dlaczego miałabym z nich nie korzystać? To jest przecież świat idealny, filtry, które poprawiają rzeczywistość. Każdy pokazuje siebie najlepiej, jak umie, czysta utopia. Z drugiej strony media społecznościowe przejęły funkcję dzienników, pamiętników, tam zapisujemy nasze najlepsze wspomnienia. Mnie to fascynuje, uzależnia.

Ale jaki cel Pani przyświeca, kiedy siada Pani przed komputerem i ma zamiar wrzucić prywatne zdjęcia. Co Pani chce osiągnąć?

To samo co miliony innych użytkowników tych portali, wśród których jest też mnóstwo celebrytów. Czasem chcę coś osiągnąć, mam jasny cel, a czasem po prostu mam ochotę podzielić się fajnym zdjęciem. Chociaż nie ukrywam, że często zaskakuje mnie siła rażenia nowych mediów. To jest moc, to tam rodzą się dzisiaj gwiazdy. U mnie zaczęło się od tego, że dla zabawy wspólnie ze znajomymi założyliśmy konta na Instagramie i zaczęliśmy wrzucać nasze foty. Mój instagram jest otwarty i grupa oglądających go rośnie. Dzisiaj traktuję go już trochę inaczej, wykorzystuję bardziej świadomie. Social media to świetne narzędzie komunikacji PR-owej, w końcu mamy kontrolę nad tym, jakie zdjęcia czy cytaty ukażą się w sieci, w prasie. Niestety, czasem łatwo o tym zapomnieć. (śmiech)

Wrzucając zdjęcia z wakacji, które spędziła Pani z rodzicami, naprawdę myślała Pani, że nie pójdą w świat? Naiwne.

No, naiwne. Zwyczajnie nie zastanawiałam się nad tym, czy ktoś to może wykorzystać, zwłaszcza zdjęcie mojej mamy. Teraz już wiem, lekcja odrobiona. 

Dużo gorzej, kiedy ktoś niczego nie chce ujawniać, opowiadać, bo naprawdę przeżywa trudny moment, a reszta tego nie szanuje. Mówię o sytuacji Macieja Stuhra, o tym, jak napastliwie jest przedstawiany w mediach. On, jego żona w ciąży, potem w szpitalu, córka Macieja, która pojechała na wakacje – wszyscy są wciąż śledzeni przez fotografów. Aktor napisał nawet na Facebooku, żeby zostawili córkę w spokoju. Nikt z paparazzi – tych, jak Pani powiedziała, fajnych chłopaków – nie jest w stanie tego uszanować. Może wypadałoby odpuścić, tym bardziej że Maciej zawsze chronił swoją prywatność, nie opowiadał w mediach o życiu osobistym.

Zgadzam się. Maciej Stuhr nigdy nie był skłonny do flirtowania z mediami i prasą kolorową. Nie sprzedawał swojej prywatności, stawiał wyraźną granicę. Jestem zaskoczona tym, co się dzieje w mediach wokół jego rodziny, mnie to razi.

To nie ma już świętości? Nie pomogło nawet to, że za Maćkiem stoi wybitny ojciec, a młody Stuhr jest również jednym z najlepszych aktorów w kraju? Gdyby zadzwonił do Pani i zapytał: „Co mam zrobić?”, to co by mu Pani poradziła?

Nie mam pojęcia. Sama nie wiem, co robić w takich sytuacjach. Uciekać? Schować się gdzieś? Przeczekać? Nie wychodzić z domu? A może wyjść i powiedzieć prawdę? A z drugiej strony: dlaczego? Przecież to jego życie, jego problemy i jego sprawa. To jest naprawdę trudne.

Czy będzie Pani poruszać ten temat w swoim programie „Na językach”? Z perspektywy walki o widza jest wymarzony. My, w „Gali”, uznaliśmy, że nie można tak naruszać prywatności. Nie napisaliśmy nic na ten temat.

Z chęcią podyskutowałabym przy naszym telewizyjnym stole o tym, w jaki sposób dzisiaj osoby publiczne mogą chronić swoje życie prywatne. Bo – jak widać na przykładzie Maćka  – jest to coraz trudniejsze. Krótko mówiąc: czy da się przed nami uciec? Nami, czyli mediami zajmującymi się show-biznesem. Może już się nie da? Ciekawa jestem. Samym Maćkiem i jego rodziną wolałabym się nie zajmować.

Maciej ma u Pani taryfę ulgową. Dlatego że jesteście kolegami z tego samego radia – Eska Rock? 

My się w ogóle nie znamy. Widzieliśmy się może dwa razy i może powiedzieliśmy sobie „dzień dobry”.

Dodzie nie daliście spokoju w „Na językach”. Zrobiliście sensację z tego, że ma przyrodnią siostrę, która jest nieślubną córką jej ojca. Przeprowadziliście z nią wywiad. Dlaczego?

Daliśmy dziewczynie antenę, żeby mogła się bronić przed okrutnymi i chamskimi słowami, które padły z ust jej sławnej przyrodniej siostry. Miała do tego prawo, bo ta walka była nierówna. A Doda uwielbia, jak się o niej pisze i mówi. W przeciwieństwie do Macieja Stuhra sprzedaje wszystko, dlatego nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy sobie darować.

 

Bogusław Linda opowiadał mi, że kiedy raz jedyny przeczytał komentarze o sobie w internecie, to przez kolejne miesiące miał depresję, był wstrząśnięty stopniem ich agresji i nienawiści. Zresztą i jemu ostatnio też się dostało...

A wie Pan, że znam mnóstwo ludzi, którzy uwielbiają tego typu lekturę? Pławią się w tym, jak ktoś mógł napisać to, a ktoś tamto, analizują. „Życzliwie” donoszą też innym, co złego przeczytali na ich temat. Pytam: po co? Ja nie czytam anonimowych komentarzy, za dużo w nich złych emocji, za to chętnie odpisuję tym, którzy piszą do mnie na Facebooku pod swoim imieniem i nazwiskiem. À propos, niedawno rzucił mi się w oczy artykuł oparty na internetowych komentarzach: wybrano najgorsze dotyczące sukienki ślubnej Kasi Zielińskiej. Żadna z tych osób, która pisała komentarze, nie chciałaby się znaleźć na miejscu Zielińskiej, prawda? Tego typu artykuły tylko nakręcają hejterów, nie podnosiłabym ich do rangi wyroczni. 

Internet samo zło? Zna Pani profil facebookowy „Precz z Agnieszką Szulim”?

(śmiech) Ciągle istnieje?

Tak. Pani zdjęcie skreślone jest tam na czerwono.

Podczas jednego z programów radiowych, który prowadzę wspólnie z Kubą Wojewódzkim, pokazałam mu ten profil. Zaczęliśmy z tego żartować. Poprosiliśmy słuchaczy, żeby go lajkowali. „Jeśli liczba lajków przekroczy 100, to Kuba zdejmie spodnie” – zapowiedzieliśmy na antenie. W czasie audycji przybyło 250 osób, które polubiły profil „Precz z Agnieszką Szulim”. Dobrze się przy tym bawiliśmy. Jak zresztą zawsze, bo uwielbiam radio.

Prowadzi Pani audycję z największym prowokatorem w show-biznesie. Kuba nieraz dał i Pani popalić tym, co pisał, co mówił o Pani. 26 kwietnia 2011 roku napisał w ,,Polityce”: „Osoby podające się za redaktorów wytropiły, że finalistka programu »X Factor« Ada Szulc to... profesjonalistka. (...) zdaniem śledczych nagrała singiel, ma zespół (…). Szok i czyste zło. Gdyby występy w tym programie robiły z ludzi profesjonalistów, to Agnieszka Szulim byłaby już Leszkiem Kołakowskim”. A dzisiaj fajny kolega z pracy?

No i co? Przecież nie jestem Leszkiem Kołakowskim! (śmiech) Przecież to podszczypywanie podszyte jest humorem. Bardzo często to, co Kuba pisze w „Polityce”, traktowane jest jak bezpardonowy atak i od razu nagłówki: „Kuba poniża...”, „Kuba obraża...”. To jest pogoń za tanią sensacją. Jak widać, negatywne tytuły „klikają się” najlepiej. O mnie napisał całkiem niedawno – po tym, jak okazało się, że będę prowadzić wakacyjne ,,Dzień Dobry TVN” i zostałam redaktor naczelną portalu Zpazurem.pl: „Sądząc po liczbie tatuaży, których jej przybywa, to będzie portal dla marynarzy albo recydywistów”. Po kilku godzinach przeczytałam w internecie: „To koniec przyjaźni między Szulim i Wojewódzkim”, „Wojewódzki niszczy Szulim” i tak dalej.

Przegadaliście to? Daliście sobie w twarz?

Tak, z otwartej, żeby nie było śladów, bo jednak pracujemy na wizji. No błagam! Przestańmy traktować siebie, a już zwłaszcza siebie w show-biznesie, tak strasznie serio. Co w tym strasznego, że ktoś ze mnie zażartuje? Że ktoś skrytykuje moje ciuchy, fryzurę, buty czy coś innego? Ja to naprawdę przeżyję bez uszczerbku na zdrowiu. Oczywiście można też tak jak Kasia Zielińska, która rozpętała aferę po tym, jak w naszym programie jeden z fotoreporterów nazwał ją królową focha. Tylko po co?

Czy Kasia Zielińska się do Pani odzywa?

Nie wiem, nie mamy okazji do spotkań. 

Mówiła Pani o tym portalu Zpazurem.pl, któremu szefuje. To strona o życiu kotków, piesków – one nie piszą podłych komentarzy, tylko się łaszą i kochają bezwarunkowo. Ucieka Pani w świat zwierząt, żeby nie zwariować?

Kocham je! Odreagowuję w ich obecności. To ma być miejsce dla tych, którzy zwariowali na punkcie psa albo kota. Sama dobra energia. Chciałabym, żeby Polacy wariowali z miłości do zwierząt, a nie z nienawiści podczas pisania komentarzy na Pudelku. Niech lepiej pokochają prawdziwego pudelka.

Nie widziałem tam zdjęć pudli.

Nie ma ich. Ale nie przez to, że jestem uprzedzona do tej rasy. Tak wyszło.

I ta nazwa: z pazurem...

To celowe.

A Pani ma dzisiaj zielone, ,,łagodne” paznokcie. Kiedy Agnieszce Szulim rosną pazury? Były wcześniej? Było ostrzej?

Odkąd pamiętam, miałam swoje zdanie, poglądy, opinie, lubiłam ich bronić, prowokować. Sama lgnę do takich ludzi, za to całkiem naturalnie omijam bezpiecznie nijakich, których w naszym show-biznesie jest pod dostatkiem. Staram się być prawdziwa i bardzo to cenię u innych. Poza tym nie znoszę nudy.

A pustki? Coś Pani umknęło w życiu?

W jakim sensie?

Zamiast siedzieć tutaj z dziennikarzem „Gali”, mogłaby Pani teraz iść Marszałkowską, którą ma za plecami, z wózkiem i mężem za rękę.

Aaa, do tego pijemy... To nie jest kwestia tego, że coś mi umknęło. To raczej świadome wybory. Ja miałam dużo czasu na różne rzeczy. Zanim pojawił się program „Na językach”, naprawdę byłam królową swojego czasu. Dyżury w telewizji czy w radiu nie zajmowały aż tyle czasu. Zdarzało się, że miałam prawie cały tydzień wolny. 

Klawe życie.

Ale teraz jest zupełnie inaczej. (śmiech) 

Czuje Pani presję otoczenia? Na przykład rodziców, którzy pytają: „Agnieszko, kiedy ułożysz sobie życie?”.

Nie czuję żadnej presji, zresztą do końca nie wiem, co to znaczy: ułożone życie? Domyślam się, że to jest życie w rozumieniu tradycyjnym: mąż i dzieci... No to ja nie jestem tradycjonalistką, moje życie ułożone jest trochę inaczej. Ale nadal całkiem fajnie. Nie narzekam, niezależnie od tego, czy jestem sama, czy się z kimś spotykam. Jak ktoś pyta: „Kiedy ułożysz sobie życie”, to w domyśle pojawia się: „Kiedy sobie kogoś znajdziesz?”. 

Wygląda na to, że Pani znalazła, jeśli wierzyć doniesieniom prasy kolorowej.

Nie wierzę, że pan wierzy...

 

Myślałem, że rozmawiamy o związkach i show-biznesie, a nie religii. Mogłaby Pani żyć solo?

Ale z przyjaciółmi? Wyobrażam to sobie. Dla mnie bardzo ważna jest w życiu praca, to co robię, czy się rozwijam, czy chce mi się rano do tej pracy wstawać. Jak to mam opanowane, a do tego mam blisko przyjaciół, rodziców, to mogę żyć solo. Co wcale nie znaczy, że tak chciałabym spędzić życie, w końcu każdy z nas potrzebuje drugiej osoby, miłości, bliskości, emocji, których praca i przyjaciele nam nie dostarczą.

Pani musi walczyć o szczęście czy je już wywalczyła?

Zawsze byłam szczęśliwą osobą, jestem w czepku urodzona. Po drodze coś może się nie układać, jak to w życiu, ale w ogólnym bilansie wychodzi, że jestem szczęśliwa. (śmiech) 

Jeśli człowiek jest szczęśliwy, to robi różne rzeczy. Na przykład uwiecznia swój związek w sesji. Pani tak zrobiła. Boli jak cholera, kiedy tego związku już nie ma, a sesja została i fruwa sobie po internecie. Pani to przerobiła.

Przerobiłam taką sesję, mam piękne wspomnienia ze związku i piękne zdjęcia. Boli mnie to, że kiedyś sprzedałam swoją intymność. Dlatego nie pociągniemy tego tematu...

Przyjaciele wiedzą, że Pani ich wykorzystuje?

A jak?

Kiedy na przykład wrzuca Pani zdjęcie z koncertu Depeche Mode na Instagram. A to było prywatne wyjście z Nergalem i Maciejem Żakowskim? 

Na koncert Depeche Mode poszliśmy dużą grupą. Moi znajomi zawsze wiedzą, że wrzucam ich zdjęcia na Instagram.

A jeśli protestują?

To nie wrzucam. Ale mój profil to nie problem. Nie podoba mi się, kiedy wykradane są zdjęcie z profili moich znajomych, na których jesteśmy razem, a nawet takie, na których są sami. Często to nie są osoby publiczne. A wracając do zdjęcia z koncertu – to był wspólny żart i komentarz do tych wszystkich bredni, jakie się ukazywały wtedy na nasz temat. Więcej komentarzy nie przewiduję.

Zauważyła Pani, że przyjaciele zaczęli się cenzurować przy Pani? Uważają na to, co mówią... Ludzie mają przecież prawo reagować również strachem...

To ja ich cenzuruję! (śmiech)

A filmowanie z ukrycia, które Pani dosyć dobrze opanowała? Nagrała kawałek z prywatnych urodzin Maćka Musiała, a potem z zamkniętej imprezy w knajpie Czesława Mozila.

Na te urodziny trafiliśmy z kamerą przypadkiem. Szukaliśmy lokalu na imprezę zamykającą pierwszy sezon programu „Na językach”. Menedżerka chciała nam pokazać to miejsce. Akurat były urodziny Maćka. Trudno nie wykorzystać takiej okazji, jeśli się robi taki program...

Nieładnie.

Bez przesady. Nakręciłam też filmik z otwarcia knajpy Czesława Mozila. W obydwu przypadkach obaj – Maciek i Czesław – wiedzieli, że te materiały ukażą się w programie. Maciek obejrzał materiał przed emisją, a Czesław wiedział, że będzie, ale nie oglądał.

To niebezpieczna pokusa. Oni mogą – pomimo wszystko – mieć do Pani żal. 

O co? O to, że mieli fajne relacje z otwarcia knajpy, urodzin i zgodzili się, żeby je pokazać? Z tego co wiem, Czesław nie ma żalu. Jasne, że chcemy mieć widownię i o nią walczymy, ale na tablicy w redakcji nikt nie napisał: „Po trupach do celu”.

Z czego wynika to, że Pani więcej wybaczają?

Ale to chyba nie jest kwestia: wybaczają, nie wybaczają. Jeśli ktoś ma dystans do siebie i świata, to nie ma problemu. Problem mają ci, którzy traktują siebie zbyt serio. Marzę o tym, żeby nasze gwiazdy miały taki dystans do siebie jak amerykańskie, które pokazują się na przykład w show u Jimmy’ego Kimmela. Marzę o tym, żeby Marta Żmuda Trzebiatowska zamiast wydawać oświadczenie, odebrała Węża – nagrodę dla najgorszej aktorki, tak jak Halle Berry Złotą Malinę. Moja praca byłaby wtedy o wiele bardziej zabawna. Zresztą mam przeczucie, że w tym sezonie program „Na językach” będzie bardziej zabawny. Zapraszam przed telewizory.

Od lat krąży o Pani taka historia, która urosła do rangi legendy. Ponoć kiedy była Pani słuchaczką Akademii Telewizyjnej TVP, na początku swojej pracy, któryś z wykładowców miał powiedzieć w Pani obecności: „Szulim jest drugą Torbicką”. I Pani w to uwierzyła?

Grażyna Torbicka była jedną z moich wykładowczyń w tej akademii. Nie pamiętam takiej historii. Porównywano mnie wtedy do Magdy Mołek, bo obie miałyśmy blond grzywki, ale z Grażyną Torbicką? Jeśli to prawda, to czuję się zaszczycona, chociaż trudno nie zauważyć, że wybrałam trochę inną drogę. 

Czy na początku, gdy narodziła się legenda Szulim, drugiej Torbickiej, były wielkie oczekiwania, nadzieje? Szła Pani po swoje?

Już na początku pracy w TVP miałam świadomość, że trafiłam do bardzo elitarnej i hermetycznej redakcji, ale i kuźni talentów – czyli redakcji oprawy „Jedynki”. To właśnie stąd wyszły najbardziej znane twarze telewizji, Kinga Rusin i Magda Mołek również. Wiedziałam, że to wielka szansa, ale na początku nie potrafiłam jej wykorzystać, bo byłam słaba.

I to dlatego zaczęła się Pani uczyć włoskiego, którym biegle włada Grażyna Torbicka? 

Nie. Dlatego że to język piękny, seksowny. Poza tym znam więcej prezenterek i dziennikarek mówiących po włosku.

„Tak bardzo rośnie w siłę w TVN, że może zagrażać Magdzie Mołek i Kindze Rusin w »Dzień Dobry TVN«” – to już z korytarzy TVN. A dokładniej: pojawia się w tych newsach czasownik „wygryźć”... Że wygryzie je Pani, tak jak wcześniej wygryzła Maję Sablewską. Zaszczyt tak wygryzać?

W tych plotkach jest tyle prawdy co w tej, że wygryzłam Maję Sablewską. Maja cały czas pracowała nad swoim programem, który właśnie startuje w TVN Style i teraz jej program i mój „Stylowy magazyn” znajdą się w nowej ramówce TVN Style, która rusza we wrześniu. Tak że, jak pan widzi, nikogo z niczego nie wygryzłam.

A teraz będzie jak u Pani w „Na językach”: znalazła Pani nową miłość!

No to będzie dokładnie tak jak w „Na językach”, bo tam o moim prywatnym życiu nie rozmawiamy!(śmiech)