Katarzyna Mizera, kobieta.pl: Czy historia polskiego gangstera Nikodema Skotarczaka, ps. „Nikoś” była Pani znana zanim dostała Pani rolę w filmie „Jak pokochałam gangstera” Macieja Kawulskiego?

Agnieszka Grochowska: Skłamałabym, gdybym powiedziała, że to był jakiś główny temat, który mnie zajmował. Zainteresował mnie scenariusz, rola, która miałam zagrać i rozmowa z reżyserem. Poczułam, że ma w sobie pasję i że jest kimś, z kim chciałabym pracować. Później zaczęłam interesować się samą postacią, ale już w ramach pracy nad rolą.

K.M.: Mam wrażenie, że w kinie pojawił się nowy trend psychologizowania czarnych charakterów – szukania uzasadnienia dla ich złych czynów. 

A.G.: Myślę, że to się w ogóle nie zmieniło, i że zawsze kino interesowały czarne charaktery, bo w jakimś sensie były po prostu ciekawsze niż pozostali. Podobają nam się tacy bohaterowie filmów, są wdzięcznym materiałem. Zwłaszcza my, aktorzy, zawsze czekaliśmy na takie role – złych charakterów. Wiadomo, że to zawsze będzie bardziej ekscytujące, niż granie dobrej postaci, która jest zazwyczaj poukładana, taka pod linijkę. I tak samo jest z widzami – całe amerykańskie kino opiera się na tym podejściu. My po prostu lubimy czarne charaktery. I to nie jest nowe zjawisko. Może dla równowagi trzeba nauczyć się opowiadać o kimś, kto nie jest zły? Na razie łatwiej i ciekawiej jest opowiadać o bardziej skomplikowanych czy też raczej mrocznych charakterach. 

K.M.: W kinie coraz częściej też historia, a świat mafii i gangsterki w dzikim kapitalizmie jest jej częścią, pokazywana jest z perspektywy kobiet. Takie spojrzenie wydaje się pani istotne w tym kontekście?

A.G.: Moja postać jest całkowicie fikcyjna. Gdy dostałam tę rolę, zrozumiałam, że będziemy opowiadać jakiś rodzaj bajki, opowieści zainspirowanej Nikosiem. Ukazanie tej historii z kobiecej perspektywy, której w kinie i nie tylko, jest ciągle za mało, na pewno jest zabiegiem słusznym. Świetnie, że możemy też o tym w taki sposób mówić, i że pojawia się coraz więcej książek, filmów, seriali, które odsłaniają świat lat 70./80./90. – to inny świat niż ten, który znamy teraz. Dużo o tym rozmawialiśmy z Maćkiem (przyp. red. reżyserem, Maciejem Kawulskim), że teraz mamy zupełnie inną rzeczywistość. Kobiety odgrywają obecnie inną rolę niż kiedyś – ale walka o to, abyśmy zajmowały taką pozycję, jaką powinnyśmy, cały czas trwa, to ciągły proces. Na moje uwagi dotyczące wizerunku kobiet w tym filmie Maciek odpowiadał mi: „Ja wszystko rozumiem, ale musimy zachować pewne realia tego, jak to wtedy było”. Część z nas pamięta jeszcze ten klimat, ten rodzaj patriarchatu z dzieciństwa, z domu. Z tej perspektywy Nikoś jest jeszcze ciekawszą postacią – na pewno też dlatego, że gra go Tomek Włosok, który ma w sobie mnóstwo uroku. Pozwala to też zrozumieć postępowanie Nikosia i  docenić, że stara się być w każdej sytuacji, za wszelką cenę fair. Także wobec kobiet. 

K.M.: Pani postać jest fikcyjna, ale jakoś symbolicznie oddaje ducha tamtych lat. Jak bajkowa syrena wyczekuje w wannie, w industrialnych światłach neonów na swojego księcia. Niczego od niego nie wymaga, cieszy się skrawkami jego czasu, uwagi. Pani, jako aktywna zawodowo aktorka, żona, matka potrafiła zrozumieć swoją bohaterkę?

Zobacz także:

A.G.: W aktorstwie zawsze tak jest, że gramy kogoś, kogo na pierwszy rzut oka, trudno zrozumieć. Jedne bohaterki są nam bardziej po drodze, inne mniej. Po mojej pierwszej rozmowie z Maćkiem, w której poruszyliśmy wątek ujęcia kobiet i odniesienia do XXI wieku, postanowiłam, że muszę w to wejść i przyznaję, że miałam wiele przyjemności z bycia w tej bajce. Z siedzenia w tej wannie, w świetle neonów – wyjścia ze swojego sposobu myślenia i zrozumienia, że może ktoś chcieć siedzieć, czekać. Ta postać to w ogóle symbol - domu, którego Nikoś nigdy nie miał – kochającego, spokojnego. W filmie jest tylko jedna scena, gdzie robię mu awanturę. Jedna. Bo reszta to tylko dobre momenty. Tak jakby przewijać swoje życie i wspominać tylko te dobre momenty, bo to one są ważne. Czasem fajnie jest uwierzyć w taką bajkę.

K.M.: Pani postać jest takim spokojnym portem dla Nikosia, który obraca się w okrutnym świecie.

A.G.: Tak, on nawet używa takiego sformułowania, że przy niej „będzie cumował”, co odnosi się też do morza, Gdańska i wielu innych rzeczy (śmiech). Są różne sceny, ale między nimi jest kontakt – coś dobrego, miłego, spotkania, zrozumienie - ona mu nic nie każe, niczego od niego nie wymaga. To bardzo wyidealizowana wizja, ale też ciekawa. Świetnie się bawiłam w tej roli. I bardzo mnie ekscytowało, że mogę kogoś takiego zagrać. Praca z Tomkiem to też była szalona przyjemność – jest bardzo energetyczny i mało egotyczny, co w zawodzie aktora wcale nie jest takie oczywiste. I to jest dla mnie bardzo cenne – praca z ludźmi, którzy mają taką pasję. Wszyscy byliśmy jak na jednej fali procesu twórczego.

K.M.: No właśnie, grała Pani na zagranicznych planach, z gwiazdami wielkiego formatu i znanymi na całym świecie twórcami. A mimo to w wywiadach zawsze podkreśla pani, że rodzime kino jest na bardzo wysokim poziomie. Czy praca na zwykłym planie różni się od tego, jakim jest praca dla takiej platformy streamingowej jak Netflix?

A.G.: Mamy świetne ekipy filmowe, mało rzeczy stanowi dla nich problem, a jeśli taki się pojawi, stają na głowie, żeby go rozwiązać. Mamy to chyba zapisane w naszym charakterze. Nie chcę powiedzieć, że za granicą jest inaczej, może bardziej jest wszystko poukładane, a u nas te obowiązki się bardziej przenikają. Myślę, że praca dla Netflix to jest znacznie większy komfort, większe możliwości, intrygujące scenariusze – to wszystko razem daje znacznie więcej możliwości. 

K.M.: Pani bohaterka ma w filmie wiele odważnych scen – czy potrzebowała Pani na planie koordynatora intymności?

A.G.: Rozmawialiśmy o tym z Maćkiem, ale ja też nie przypominam sobie filmu, w którym czułabym się tak bezpiecznie, jak w tym. I to było bardzo ciekawe – pytałam nawet z niedowierzaniem reżysera, co go skłoniło do tego, by powierzyć akurat mi tę rolę. Odpowiedział, że ja materializuje tego ducha, ten symbol. Scen obnażenia jest rzeczywiście dużo, ale zarówno reżyser, jak i aktorzy, zabezpieczali je w stopniu niesamowitym, po to abyśmy czuli się jak najbardziej komfortowo. Mężczyźni w kinie naprawdę zaczęli inaczej myśleć. Mam wrażenie, że to, co się dzieje, cała ta nowa fala z ruchem #metoo, nie pozostaje bez oddźwięku. Pewnie jest to też związane z wiekiem reżyserów czy twórców. Tak jakby nagle nastąpiła jakaś zmiana pokoleniowa. Oni mają kompletnie inne podejście, brak głupich komentarzy na planie – to wszystko się zmieniło. Miałam ogromne poczucie bezpieczeństwa. Nigdy jeszcze nie pracowałam z takim koordynatorem i jestem tego doświadczenia bardzo ciekawa. Ale pewnie różne sytuacje zdarzają się w takich przypadkach na planach. I dlatego dobrze, że osoba z taką funkcją pojawiła się na polskim planie.

K.M.: Czy zdarzało się Pani, że czuła się Pani jakoś niekomfortowo na planie?

A.G.: Na szczęście nie mogę przytoczyć żadnej strasznej historii ze swojego doświadczenia, ale może miałam szczęście lub potrafiłam nad tym zapanować. Ten świat w tym kontekście zmienił się bardzo. Bardzo miło dziś spotykać na planie mężczyzn, którzy inaczej myślą, inaczej mówią. Wzajemnie się szanujemy i to jest dla mnie dużą wartością.