Odnaleźli się po latach- historie miłosne
„Mnie się zdaje, żeśmy się wczoraj rozstali” – powiedziała Asia. „To było pięćdziesiąt lat temu” – odparł Romek, patrząc w czarne oczy swej pierwszej miłości. Padli sobie w objęcia. Szczęśliwi, że los znów połączył ich serca.
W domu Ireny (nazywanej przez bliskich Asią) i Romualda Blumskich na przedmieściach Manchesteru już od progu pachnie Polską. Na stole w kuchni czerwieni się w talerzach pomidorówka posypana koperkiem, w ogrodzie rosną jabłonie i grusze. Gospodarz stawia na stole gorącą szarlotkę, prosto z piekarnika. Sam ją upiekł, oczywiście ze swoich jabłek. Dodał do nich cynamon, skórkę pomarańczową i kieliszek rumu. Nie miał tylko laski wanilii. – Dziwne, nie ma jej w angielskich sklepach. Pamiętam, że w Polsce mama zawsze jej używała – wspomina pan Romek.
Z kresowego raju do piekła
Romek urodził się na Kresach, w Złoczowie, w województwie tarnopolskim. Jego ojciec był legionistą, oficerem polskiego wojska. – Mieszkaliśmy w Wilnie. Miałem jedenaście lat, gdy widziałem tatę ostatni raz w życiu. Zabrał mnie nad Wilię, łowiliśmy ryby. Wtedy powiedział: „Przyrzeknij mi, że jeśli coś mi się stanie, zaopiekujesz się mamą i siostrą”. Przyrzekłem. I słowa dotrzymałem. Po wojnie chciałem studiować medycynę, ale mama chorowała, siostra nieszczęśliwie wyszła za mąż. Zrezygnowałem ze studiów, poszedłem do pracy – mówi i znów wraca do czasów dzieciństwa: – Wtedy, nad Wilią, to była moja ostatnia rozmowa z ojcem. Następnego dnia mnie i mamę wywieziono na Syberię. Trafiliśmy aż do Ałtajskiego Kraju. O ojcu słuch zaginął. Dopiero wiele lat po wojnie dowiedziałem się, że był w wileńskiej Armii Krajowej, został aresztowany przez NKWD. Torturowany w Wilnie, potem przewieziony do Ostaszkowa, zmarł w roku 1946. Nawet nie wiem, gdzie jest jego grób – mówi pan Romuald.
Jego żona Irena-Asia, z domu Łańcucka, też wychowała się na Kresach, w majątku pod Nowogródkiem. Jej ojciec zarządzał okolicznymi lasami. – Mieszkaliśmy w leśniczówce, niedaleko płynął Niemen. Cudowna rzeka. Gdy wiosną wylewała, podmokłe łąki złociły się od kaczeńców. Biegałam boso po łąkach i polach, co nie podobało się niani i babci. Zwłaszcza babcia była damą zasadniczą. Włosy zebrane w kok, długa czarna suknia z żabotem, a na nim zawsze ta sama broszka: róża z bursztynu. Jeśli po obiedzie chciałam wstać od stołu, musiałam zapytać babcię o zgodę, grzecznie dygnąć i pocałować ją w rękę – wspomina. – Po paru latach wyjechaliśmy do Wilna. Był to wspaniały czas. Chodziliśmy do ślicznej szkoły imienia Matki Boskiej Ostrobramskiej. A w niedzielne popołudnia, gdy pogoda dopisywała, pływaliśmy statkiem po Wilii. W drodze powrotnej zachodziliśmy do cukierni na lody, chałwę lub kwas chlebowy z rodzynkami. Wszystko było jak w bajce, ale trwało krótko i skończyło się 10 lutego 1940 roku – wspomina.
– Był wieczór, taty nie było w domu. Tylko mama, moje siostry oraz służąca Jadzia. Do drzwi zapukali rosyjscy żołnierze. Jeden z nich odczytał nam z kartki wyrok: „Skazujemy was na wywózkę w głąb Rosji”. Moja mama, zawsze krucha, życiowo niezaradna, zaczęła płakać. Dali nam pół godziny na zabranie rzeczy. Jadzia wyjmowała z szafy sukienki, bluzki i wszystko zakładała na nas, dzieci. Jeden z żołnierzy, widać o dobrym sercu, załadował na sanie materace z łóżka i pierzyny. Potem wsadził nas na te sanie: zapłakana kobieta i czwórka jej dzieci, obok żołnierze na koniach, z karabinami – opisuje. – Gdy nasz ojciec wrócił do domu, doznał szoku. Nie było nas, nie wiedział, gdzie jesteśmy. Zgłosił się na NKWD, poprosił o połączenie z rodziną. Obiecali, że tak się stanie. Kłamali. Wywieźli go do obozu w Archangielsku. Torturowali, głodzili. Dopiero pół roku później wysłali go do nas. Był już bardzo wycieńczony, Syberii nie przeżył. Zmarł w grudniu 1941 roku. Chowałyśmy go w ziemi własnymi rękami – mówi Asia.
Tamtej mroźnej lutowej nocy zaczęła się jej tułaczka po świecie. Nigdy więcej do swej leśniczówki nie wróciła. W bydlęcym wagonie przez sześć tygodni jechała na Syberię. Mróz był taki, że rano budziła się przymarznięta do ściany wagonu. Na jej oczach umierały dzieci. Wyrzucano ich ciała z pędzących wagonów. – Ten okres strasznego ludzkiego upodlenia trwał trzy lata. Ocaliło nas tylko boże miłosierdzie i umowa między generałem Sikorskim a Majskim: jeśli Rosja udzieli amnestii zesłańcom na Syberię, Polska pomoże jej w wojnie z Niemcami. Tak rozpoczął się mój exodus w stronę życia: do Indii, wtedy kolonii brytyjskiej. Ostatnim transportem, 15 sierpnia 1942 roku, opuściłam Rosję, razem z mamą, siostrami i tysiącem ludzi. Znaleźliśmy się w Pahlevi w Persji. Potem w Teheranie, następnie w obozach przejściowych Country Club i Malir w Indiach.
Miłość w baśniowej krainie
Na piaskach pustyni, wśród słodko-korzennych zapachów, zaczęły wyrastać polskie osiedla, w nich przedszkola, szkoły, sklepy. Asia trafiła do największego osiedla o nazwie Valivade, zbudowanego na przedmieściach Kolhapuru. Był tu polski fryzjer, szewc, urząd pocztowy, a nawet małe kino. Działały cztery szkoły podstawowe i cztery średnie. Powstał kościół katolicki i hufiec harcerski. Mała Polska w krainie jak z tysiąca i jednej nocy. W innych miejscach Indii rosły sierocińce dla polskich dzieci. Jeden z nich urządził hrabia Michał Tyszkiewicz, mąż Hanki Ordonówny. Ona sama opiekowała się sierotami. To właśnie tu, w
Indiach, Asia poznała Romka. On też uratował się z Syberii. W Valivade chodzili do jednej szkoły, siedzieli obok siebie w ławce. – Pamiętam chudego chłopca w koszulinie i szortach, z zeszytem w ręku. Tak, to była miłość, pierwsza – Asia kiwa głową. – A ja pamiętam śliczną panienkę, która podawała mi ściągi. Była urocza, uczyła się pilnie. Ja chodziłem na wagary nad rzekę Pandżagangę. Bałem się krokodyli, ale i tak wskakiwałem do wody. Asia podobała mi się, choć pewnie nie powinna: miałem zaledwie 14 lat, a ona – 15. Była rezolutna, dzielna, charakterna. Umiała grać w siatkówkę i w dwa ognie. Lubiłem patrzeć, jak na ołówek nakręcała kosmyk włosów. Powstawał zmysłowy lok, który nazywałem „sercochwytka” – opowiada Romek. – Przychodziłem do Asi, gdy jej mamusi i sióstr nie było w domu – przyznaje. Jego żona dodaje: – Raz z trudem namówiłam mamę i siostrę, żeby poszły do kina. Wtedy przyszedł Romek. Siedzieliśmy przy kaganku. Pocałowaliśmy się. Pierwszy raz. Tylko tyle, niewiele – uśmiecha się. – To teraz mi to mówisz? – przekomarza się Romek. Asia ciągnie dalej: – Zdawało się nam, że jak mamy nie ma, to nikt nas nie widzi. Ale podglądała nas sąsiadka i o wszystkim powiedziała mamie. Skłamałam, że Romka wcale nie było. Nie wiem, czemu mama tak mnie przed nim broniła. Nam by do głowy nie przyszło, żeby posunąć się dalej niż ten pocałunek – przyznaje Asia. Owszem, były spacery pod rozgwieżdżonym niebem. Chodzili, trzymając się za ręce, Aleją Złamanych Serc, a w pobliżu biegały szakale. Kluczyli między drzewami, oświetlonymi nocą przez tysiące świetlików. – Noce w Indiach były niezwykłe. Gwiazdy świeciły jak brylanty. Można je było rwać garściami. I czytać książkę przy ich blasku. Razem z Romkiem wybraliśmy sobie naszą gwiazdę. Złożyliśmy obietnicę, że gdyby los nas rozdzielił, spojrzymy na nią i pomyślimy o sobie. – W Indiach mieliśmy jak u Pana Boga za piecem. Wiedliśmy beztroskie, rajskie życie. Ale z Polską w sercu – zastrzega Romek. – Działaliśmy w harcerstwie. Ja w drużynie „Zawisza Czarny”, Asia w drużynie imienia
Tadeusza Kościuszki. Dla mnie Asia była wszystkim, nawet nie spojrzałem na hinduskie piękności. Wolałem czarne oczy mojej dziewczyny – mówi starszy pan. Po pięciu bajkowych latach w Indiach zakochani musieli się rozstać. Kraj odzyskał niepodległość, obóz w Valivade zamknięto. Romka, młodego junaka, syna oficera polskiej armii, ewakuowano do Anglii. Asia z rodziną dostała przydział do Ugandy. Pierwszy wyjechał Romek. – Nasze pożegnanie? Wziąłem Asię do auta pożyczonego od kolegi, pojechaliśmy za miasto. Całowaliśmy się i płakaliśmy. Trzeba było wracać, mój pociąg już stał na dworcu. Ale wóz nie chciał odpalić. Jakby mówił: zostań – opowiada.
Nie wolno ci jej kochać
Nie widzieli się przez dwa lata. Asia w Ugandzie zrobiła maturę, Romek zdał ją w Anglii. Pisali do siebie listy pełne tęsknoty. W jednym z nich ona obwieściła: „Wkrótce się spotkamy, wysyłają nas do Anglii”. Romek podskoczył ze szczęścia. – W listopadzie 1950 roku wylądowaliśmy w Stafford. Przydzielono nam jakiś wojskowy barak. Pamiętam jak dziś: to była sobota, gdy Romek przyjechał z tortem na powitanie. Ale jakoś dziwnie się przywitaliśmy. Bez uścisku, przytulenia. On miał zajęte ręce, bo trzymał tort, ja miałam zajęte ręce, bo niosłam obiad – wspomina Asia. – Wynajął na noc pokój w hotelu, w niedzielę znów mnie odwiedził. Zanim się rozgościł, mama kazała mi iść po obiad. Nie miałam pojęcia, że zrobiła to celowo. Chciała zostać sama z Romkiem. Powiedziała mu coś, co wkrótce wpłynęło na to, jak potoczyło się moje życie.
Szukałam naszej gwiazdki
– Gdy wróciłam z obiadem, poszłam z ukochanym chłopakiem na spacer. Ale był jakiś inny. Ani za rękę mnie nie wziął, nie objął. Ciągle opowiadał o futbolu. Idę obok niego, niby go słucham, ale nic do mnie nie dociera, bo ciągle myślę: czy on mnie jeszcze kocha? Następnego dnia odprowadziłam go na pociąg. Zimne: cześć-cześć. Byłam przerażona. Postanowiłam dowiedzieć się, co się dzieje. Wiedziałam, że jeździ na każdy mecz. Za kilka dni miał być mecz niedaleko naszego obozu. Zapowiedział się na nim sam generał Anders. Myślę sobie: Romek tego nie przepuści. Pojadę, zapytam wprost, co z nami będzie. Pojechałam. Patrzę: mój Romek bryluje wśród dziewcząt. Rozbawiony. Trzyma w ręku czyjąś torebkę. Podchodzę: „Dzień dobry”. On się dziwi: „Asia, co tu robisz? Chodź, chcę ci coś powiedzieć” – na wspomnienie tej chwili głos więźnie w gardle. – Usiedliśmy na jakimś pniu. Wiem, że on mi mówił, coś mówił. Ale tak mi brzęczało w uszach – przerywa, zasłania ręką oczy. – Mnie tylko jedno w głowie było: że Romek mnie nie chce. Wróciłam do domu zdruzgotana, z oczami opuchniętym od płaczu. Spaliłam wszystkie pamiętniki, wszystkie listy od niego.
Byłam w takim szoku, że gdy następnego dnia poszłam do pracy do fabryki butów, nie mogłam trafić do swojej hali. Aż któryś z pracowników wziął mnie za rękę i zaprowadził na miejsce – opowiada. – Dalej? Jakoś szło. Spotkałam Jana, późniejszego męża. Nie mówię, że żadnego uczucia do niego nie miałam. Ale pomyślałam sobie: „Jak nie Romek, to wszystko jedno kto”. No i przeżyłam z Jankiem 36 lat. Urodziłam pięcioro dzieci. Kupiliśmy dom w Manchesterze. Ale nigdy nie zapomniałam o swej pierwszej miłości. Czasami leżałam obok męża w łóżku i spoglądałam na niebo. Mąż niepokoił się: „Asia, gdzie jesteś? Bo przecież nie tu ze mną”. Faktycznie, nie byłam z nim, bo patrzyłam na tę gwiazdkę: moją i Romka. Nie myślałam, by się z nim spotkać, broń Boże. Zastanawiałam się, co on teraz robi, gdzie jest. Czy się ożenił, ma dzieci, czy jest szczęśliwy? – Od tego czasu dwa razy byłem w Manchesterze – przyznaje Romek. – Pierwszy raz na zjeździe Polaków z Indii. Bo my, sybiracy uratowani do Indii, spotykamysię co dwa lata w różnych miejscach na świecie. Okazało się, że Asia też była na zjeździe, siedzieliśmy w jednej sali, ale się nie zobaczyliśmy. Pech czy tak miało być? Wtedy się dowiedziałem, że jest mężatką. Gdy drugi raz byłem w jej mieście, spotkałem Teresę, jej siostrę. Powiedziała mi, że Asia spodziewa się drugiego dziecka. Zrozumiałem, że jest szczęśliwa.
Wciąż te same zakochane oczy
– Dzieci rosły, zaczęłam je wysyłać na obozy harcerskie. Na te same obozy Romek, już wtedy ożeniony, posyłał swoje dzieci. Tam się spotkaliśmy przypadkiem. Serce biło mi jak oszalałe, gdy go zobaczyłam. Uścisnęliśmy się mocno. Ale nikt z nas nie śmiał niczego sobie proponować – zastrzega Asia. – Gdy wróciłam do domu rozradowana, mama powitała mnie pretensją: „Znów się z nim widziałaś”. Wtedy pierwszy raz w życiu podniosłam na nią głos: „Nie potrzebuję, żeby mama mi mówiła, z kim mogę się spotykać”. Ale nie spotykaliśmy się z Romkiem. Miałam jego adres, wysyłałam od czasu do czasu kartki na święta. Nie było żadnej odpowiedzi. Lata mijały. Asia nie wiedziała, że żona Romka zmarła. On nie wiedział, że Asia jest wdową. Mieszkali 300 mil od siebie, mieli siebie w sercu, ale żadne nie miało odwagi zrobić pierwszego kroku. Aż któregoś dnia Romek spotkał na ulicy przyjaciółkę Asi. I w przypływie szczerości wyznał, że tylko Asię kochał. „To jej to powiedz” – usłyszał. Zbliżało się Boże Narodzenie. Napisał do niej kartkę. Wspomniał, że ma troje dzieci, jest wdowcem. I że jedzie do Szkocji do syna. Gdy Asia dostała tę wiadomość, krzyknęła z radości: „Romek!”. Błyskawicznie odpisała: „Twoja kartka sprawiła mi wielką radość. Tym większą, że nieoczekiwaną. Mam nadzieję, że te życzenia zastaną Cię jeszcze w domu. Od 5 lat jestem wdową, dzieci dawno wyszły z domu, jestem sama. Wierzę, że jeszcze się spotkamy”. – Czy pani wierzy, że mój list dostał następnego dnia? – cieszy się Asia. Dwa dni później stanął w jej drzwiach. Starszy już pan, ale wciąż te same zakochane oczy. Patrzyli na siebie dłuższą chwilę, bez słów, potem rzucili się sobie w ramiona. – Mnie się zdaje,
jakbyśmy się wczoraj rozstali – powiedziała Asia. – To było pięćdziesiąt lat temu – przypomniał Romek. I po twarzy popłynęły mu łzy. Potem pogładził Asię po dłoni. – Gdy dotarłem do syna, zapytał: „Tata, co się stało? Promieniejesz szczęściem”. A ja na to: „Asię spotkałem!” – opowiada Romek. Podczas następnej wizyty u Asi zdjął ze ściany kalendarz. Zaznaczył datę: 29 sierpnia 1998. – Wtedy bierzemy ślub – zakomunikował. Asia, jak zawsze charakterna, kazała mu czekać na odpowiedź. – Trzymała mnie w niepewności tak długo, aż jej dzieci oburzyły się: „Mama, na co czekasz? Mało się na niego wyczekałaś?”. W końcu usłyszałem: „Tak” – opowiada Romek. – Po ślubie kościelnym odbyło się wesele. Bawiły się na nim nasze dzieci, wnuki, przyjaciele z indyjskich czasów. W prezencie ślubnym dostaliśmy… pokój w hotelu, a goście przenieśli się z restauracji do naszego domu. Zabawa była taka, że sąsiad nie mógł trafić do siebie, a mieszka naprzeciwko – mówi Romek. – Dzień po ślubie powiedziałam mu: „Tyle łez przez ciebie wylałam. Czemu mnie wtedy odrzuciłeś?”. Usłyszałam: „Wszystko przez twoją mamę”. Dopiero wtedy się dowiedziałam, co 50 lat wcześniej zaszło między nim a moją mamą. Mama powiedziała Romkowi, że sobie nie życzy, by się o mnie starał. „Z czego będziesz ją utrzymywał, co ty jej dasz?” A on, zamiast mi o tym powiedzieć, wycofał się. Często mu wypominam: ile byś nam oszczędził, gdybyś szedł prostą drogą. Nie zrozumiem, dlaczegoś mi nie powiedział – zżyma się. Romek ze skruchą: – Każdy popełnia błędy. – Teraz? Żyjemy głównie wspomnieniami z Indii. U nas każde zdanie zaczyna się od: „A pamiętasz?”. Gdy jechaliśmy w podróż poślubną do Szkocji, przez całą drogę śpiewaliśmy piosenki harcerskie, których nauczyliśmy się w Indiach. No i te wspomnienia trzymają nas razem jako tako – Asia puszcza oko. Romek się oburza: – Przepraszam, co to znaczy: jako tako?! – dopytuje się. – Po prostu, Romku, radosne wspomnienia naszej indyjskiej miłości łagodzą nieco trudy małżeńskiego życia – żartuje dalej Asia. Jej mąż niewzruszony odpowiada: – Miła ma. I tak jesteś moim słońcem. Niech ci będzie: indyjskim.







